Trzy, dwa, jeden – zabijamy!

Paweł M. ma lat 19, lecz wgląda jak dzieciak, Krzysztof  N. jest starszy o dziesięć lat. W zapomnianej przez Boga wiosce, trzy kilometry od granicy z obwodem kaliningradzkim, jednego człowieka skopali na śmierć, a drugi przeżył tylko dlatego, że przyleciał po niego helikopter. Ich proces rozpoczął się 8 sierpnia przed Sądem Wojewódzkim w Olsztynie.

W Sławoszach, w powiecie kętrzyńskim, gdzie w nocy z 11 n 12 lipca ubiegłego roku doszło do zbrodni, jest ośrodek dla samotnych matek. Niestety przyciąga on także konkubentów tych kobiet, takich jak jeden ze sprawców –  Krzysztof N., zwany „Faza”. Kręcił się przy ośrodku, coś tam pomagał przy drobnych remontach, na piwo chodził do sklepu w sąsiednich Mołtajnach. Rozwiedziony, dzieciaty, podróżujący po kraju w ślad za kolejnymi „miłościami” mógł imponować młodszemu Pawłowi M. Ten z kolei po prostu nudził się na wsi, miał dość domu, matki i młodszego rodzeństwa, dzień mu upływał na wyczekiwaniu  pod sklepem na okazję. Jakąkolwiek okazję. To właśnie pod sklepem w Mołtajnach, po trzech czy czterech piwach, zgadał się ze starszym kolegą, że trzeba „dać nauczkę” mieszkającym w ośrodku w Sławoszach kierowcy Krzysztofowi D. oraz  innemu Krzysztofowi, na którego mówili „Kulafeta”, bo lekko kulał. Pierwszy podpadł, bo pisał esemesy do dziewczyny Pawła M. a drugi podobno próbował się „przyspawać” do konkubiny Krzysztofa N.

Wracając wieczorem ze sklepu nakręcali się wzajemnie i dodawali odwagi. Ale na miejscu, dla pewności Krzysztof N., wziął ze swojego pokoju pół litra ruskiej wódki z przemytu. To było też hasło, dzięki któremu „Kulafeta” łatwo dał się wyciągnąć na dwór.

Jak w Afganistanie

 Jak na królewskim sądzie zasiedli we trzech na kamieniach, zapalili po skręcie  i poleli. Nim przeszli do rzeczy, czarny kubek obszedł parę kolejek. Krzysztof N. wziął się do przekonywania, że jego dziewczyna „nie jest szmata”, a potem zwyczajnie walnął  rywala pięścią w twarz, aż temu okulary spadły. Następnie zaczął go metodycznie „okopywać”,  a nastolatek solidarnie dokładał kopniaki ze swojej strony.

– Czy masz nóż? – spytał go Krzysztof N.

– Powiedziałem, że mam, ale nie chciałem dać, pomyślałem, że chyba „Faza” ma coś nie tak z głową. Ten nóż kupiłem  w Mrągowie, dla obrony, bo kiedyś dostałem od jakichś chłopaków po pysku, Nóż był sprężynowy, ale mechanizm nie działał, trzeba było długo naciskać guzik – tłumaczył w pierwszym zeznaniu Paweł M. Jednak nóż koledze dał. Ten zaraz przyłożył go, mocno już sponiewieranemu, „Kulafecie” do gardła.

– Ja ci pokażę, jak się załatwia takie sprawy w Iraku i Afganistanie  – straszył Krzysztof N.

– Chłopaki przestańcie, więcej nie będę – błagał pobity, skarżąc się, że wszystko go boli i jest mu zimno. Potem okazało się, że od „okopywania” miał połamane prawie wszystkie żebra, a od noża kilka ran szyi i klatki piersiowej. Cud, że w ogóle przeżył. Na razie go zostawili odciągając parę kroków w krzaki, dali mu nawet wódki „na znieczulenie”.

Pęknięte serce

 Jednak sąd na trzech kamieniach na tym się nie zakończył. Za pisanie esemesów i obgadywanie pod sklepem mieli jeszcze sprawę z Krzysztofem K. Czuli, że będzie im trudniej sprowadzić go do parteru, dlatego „Faza” poszedł do siebie po kolejną flaszkę, a Paweł M., który niby wpadł do mamusi, żeby coś przekąsić, wracając wsunął sobie w rękaw pałkę z metalową rączką.

– Choć, bo nie mamy z kim wypić!  Z nami się chyba napijesz? – długo namawiali kierowcę, który chyba czuł, co się święci. Zwłaszcza kiedy zajmując w końcu miejsce na kamieniach zauważył jęczącego parę metrów dalej kolegę „Kulafeta”.

– Ale się schlał – próbował ściemniać Krzysztof N. a potem, po kolejnym kubku wódki, rzucił hasło.

– To co, starujemy?

– Trzy, dwa, jeden i od razu wyjechał mu z buta w twarz – relacjonował potem Paweł M. W ruch poszły nie tylko pięści, buty i znowu nóż, ale też okuta pałka. Wszystko wskazuje, że sprawcy także skakali  po swojej ofierze. Biegły, który wydawał opinię lekarską powiedział w sądzie, że przez więcej niż dwadzieścia lat pracy, kogoś tak pobitego jeszcze nie widział. Skakali po nim, krzycząc, że zaraz trafi do dołu. Krzysztof N. chociaż dotąd nigdy nie siedział w więzieniu, wiedział nawet, że dla kompletnego poniżenia ofiary należy ją… obsikać. Dali spokój, kiedy wdeptany w ziemię kierowca przestał się ruszać. Potem się okazało, że bezpośrednim powodem jego śmierci było pęknięcie serca.

IMG_4748 e

– Byłem tak pijany, że ledwie trzymałem się na nogach – zeznawał Paweł M. Ledwie trzymał się na nogach, ale był  na tyle przytomny, żeby nagrać komórką duże fragmenty akcji. Do sieci nagrania wrzucić nie zdążył, ale lepszego dowodu swojego udziału w masakrze dać prokuratorowi nie mógł. Wtedy, w nocy z 11 na 12 sierpnia 2016 poszedł do ośrodka i zabrał z korytarza jakiś dziecięcy wózek, żeby przetransportować nie dającego już oznak  życia Krzysztofa K. bliżej zabudowań. Ciągnęli  go we dwóch, ale nie dali rady. Sił mieli tylko na tyle, by dowlec do chlewika przy ośrodku  „Kulafetę”, który teraz znów był ich kolegą, a w trakcie bicia kierowcy nawet ich dopingował, żeby i za niego mu dokopali. Żeby biedakowi nie było zimno, rzucili na niego płachtę walającej się w budzie szklanej waty.

I poszli sobie.

– Nie zdziw się, jak pójdziesz siedzieć – przywitała „Fazę” jego konkubina. Młodemu Pawłowi  M., który parę razy wpadał do nich rozgorączkowany w końcu ostro kazała iść precz. Chłopak poszedł do domu, ale nadal  go nosiło. Długo w nocy szwendał się po okolicy, dopiero gdzieś pod Skandawą powoli zaczęło do niego docierać, w co wdepnął. Dziś wie, że za zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem, i usiłowanie drugiego, grozi  minimum 12 lat

– Nie chciałem nikogo zabić – tłumaczył się w sądzie.

– Chcieliśmy dać im tylko nauczkę – tak samo broni się „Faza”, dodając jednak, że to młody był bardziej agresywny. On był zresztą przekonany, że pobitym nic strasznego się nie stało, sam spokojnie przespał całą noc. Spokojnie, ale tylko do szóstej,  bo właśnie o tej porze bracia B. z Mołtajn jadący przez  Sławosze traktorem po drewno do lasu, zauważyli obok drogi mężczyznę, który leżał w nienaturalnej pozie i nie dawał znaku życia. Woleli nie podchodzić, zadzwonili po pomoc. Najszybciej na miejscu pojawiła się straż graniczna, potem policja i karetka. Przyleciał też helikopter,  po szczęśliwie znalezionego w chlewiku, naprawdę już ledwie zipiącego  „Kulafetę”.

Dwa dni rozprawy nie pozwoliły na wydanie wyroku. Jednak nie dlatego, żeby były jakieś wątpliwości, co do sprawców, olsztyński sąd ma kłopoty ze ściągnięciem wszystkich świadków. Większość osób z ośrodka w Sławoszach, po tym co się tam wydarzyło rok temu, spakowała manatki i rozjechała po kraju. Brakujących świadków sąd wezwał na 20 września, wtedy powinien zapaść wyrok.

Stanisław Brzozowski

 

 

 

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*