NAZWANO GO UPIOREM WARSZAWY

Proces Skwierawskiego budził ogromne zainteresowanie / fot Narodowe Archiwum Cyfrowe

Międzywojenna prasa nazwala Władysława Skwierawskiego  upiorem Warszawy. Było to nieco przesadne nawiązanie do „upiora Paryża”, wielokrotnego mordercy, Eugene’a Weidmanna. Pod względem liczby popełnionych zbrodni Skwierawski nie mógł się równać z Weidmannem. Niemniej, pościg za zabójcą warszawskiego taksówkarza przez tydzień ekscytował całą Polskę.

18 stycznia 1938 roku, około godziny 14. w lasku pod osiedlem Młociny, które wówczas były ulubionym miejscem spędzania wolnego czasu przez warszawiaków, bawiące się dzieci zauważyły kopczyk usypanej ziemi a nim medalik z krzyżykiem. Jeden z chłopców powiedział o tym ojcu, a ten poszedł w to miejsce i stwierdził, że w ziemi są zakopane zwłoki ludzkie.

Ostatni kurs

Posterunkowi z pobliskich Łomianek odkryli pod warstwą piachu na głębokości około 150 centymetrów nagie zwłoki młodego mężczyzny. W tylnej części czaszki ujawniono śmiertelną ranę postrzałową od kuli z rewolweru, Ze wstępnych ustaleń wynikało, że zabójca i jego ofiara przyjechali do lasu samochodem. Na polnej drodze widniały ślady kół. Zagadką było pozostawienie na zaimprowizowanym grobie medalika z miniaturowym krzyżem św. Krzysztofa.

O znalezieniu w Młocinach zwłok młodego mężczyzny powiadomiono komendę policji powiatu warszawskiego. Stołeczni śledczy rozpoczęli natychmiastowe dochodzenie. Ustalili, że kilka dni wcześniej w tajemniczych okolicznościach zaginął 27-letni Jan Szlendak, zatrudniony jako taksówkarz w warszawskiej firmie transportowej małżonków Chojnackich. Rysopis zaginionego jak ulał pasował do wyglądu denata.

– Tak, to Janek – potwierdzili Chojnaccy, wezwani na identyfikację zwłok. Szlendak pracował u nich zaledwie od 10 dni. Jeździł czarnym samochodem marki steyr. Dał się poznać jako sumienny pracownik. W nocy 11 stycznia zbudził szefa i poinformował, że trafia mu się długi kurs. Pasażer chciał jechać na Pomorze, m.in. do Grudziądza i Bydgoszczy. Szlendak obliczył, że podróż tam i z powrotem potrwa dwa dni. – W takim razie jedź. Tylko bądź ostrożny! – zezwolił Chojnacki.

Taksówkarz nie wrócił na czas. 16 stycznia pracodawcy otrzymali nadany w Bydgoszczy list, rzekomo od Szlendaka. Autor informował, że otrzymał na Pomorzu dłuższe zlecenie. Został zaangażowany do wożenia jakiejś bliżej niesprecyzowanej komisji technicznej. Chojnacki nabrał podejrzeń. List podpisano nie „Szlendak” lecz „Szlenduk”.  Porównawszy charakter pisma, był już pewien, że listu nie napisał jego pracownik i powiadomił policję o zaginięciu kierowcy.

Jeździł jak swoim

Po znalezieniu w lesie zwłok Szlendaka, stało się jasne, że taksówkarz został napadnięty i zamordowany w celu rabunkowym. Sprawcy chodziło o kradzież samochodu. Nie wiadomo było, czy zabił Szlendaka bezpośrednio po napadnięciu, czy w ciągu siedmiu dni, jakie upłynęły od zamówienia kursu.

Zabójstwa i napady na taksówkarzy w celu zaboru auta były plagą w czasach PRL. Sporo takich przypadków odnotowano też w latach 90. W okresie międzywojennym zdecydowanie mniej. Przyczyną była nie tylko mniejsza liczba samochodów, ale również  kierowców – także wśród przestępców. W tej sytuacji łup w postaci auta nastręczał wielu problemów.

Zabójca Szlendaka był nieostrożny i zostawiał za sobą ślady. Okazało się, że w dniu 11 stycznia, młody wysoki mężczyzna w eleganckim płaszczu proponował kurs do Bydgoszczy innym warszawskim taksówkarzom, którzy czekali na postoju przy Nowym Świecie, nieopodal Cafe Paradis. Był to znany warszawski lokal rozrywkowy: występowała w nim m.in. Wiera Gran, a na pianinie przygrywał Jerzy Petersburski. Pasażer był natarczywy, mówił też, że z powodu  trudnych warunków na drodze, trzeba zabrać w podróż łopatę. Taksówkarze, na swoje szczęście, odmówili mu. To nie mógł być przypadek. To musiał być morderca.

Wieści o zabójstwie błyskawicznie rozeszły się po całej Polsce. O zbrodni codziennie informowała prasa. Do publicznej wiadomości podano markę i kolor skradzionego samochodu. Mimo to, zabójca przez kilka dni jeździł nim po Warszawie jak swoim własnym. I najwyraźniej miał towarzystwo. 21 stycznia, o ósmej rano czarny steyr przyjechał do garażu przy Alejach Jerozolimskich. Pracownicy i klienci widzieli wysiadających wcześniej z auta kilku mężczyzn i kobietę. Kierowca, przystojny szatyn przed trzydziestką, w mundurze i czapce kolejarza, poprosił o umycie wozu.

fot 2
Na postoju taksówek przy Nowym Świecie, nieopodal Cafe Paradis Skwierawski szukał ofiary

Wśród klientów myjni był jeden z taksówkarzy, którzy 11 stycznia odmówili jazdy na Pomorze. Zaintrygowany, zaczął oglądać samochód, którym przyjechał kolejarz. Zobaczył ślady po wymontowanym taksometrze. Tamten musiał zauważyć to zainteresowanie.

– Rezygnuję z mycia, muszę jechać – powiedział nagle, po czym spłoszony wsiadł do auta i uruchomił silnik. Próbowano go zatrzymać, ale był szybszy.

Odjechał w niewiadomym kierunku i już go w mieście nie widziano. Policja przypuszczała, że uciekł z Warszawy. Stołeczna komenda rozesłała do wszystkich jednostek policyjnych w kraju komunikaty o poszukiwaniu podejrzanego o zabójstwo mężczyzny, który poruszał się czarnym samochodem marki steyr. Ostrzegano, żeby w razie próby zatrzymania, zachować ostrożność, ponieważ zbieg jest bardzo niebezpieczny i może być uzbrojony. Podobne informacje podawało kilka razy dziennie Polskie Radio.

Wyższy urzędnik kolejowy

Tymczasem w Warszawie pojawił się kolejny ślad. Policja dotarła do zamieszkałego na Mokotowie Michała Trafasa. Pod jego domem widziano parę dni temu czarną taksówkę. Mężczyzna wyjaśnił, że odwiedził go kolega z wojska, niejaki Władysław Skwierawski. Wizyta nie miała towarzyskiego charakteru. Skwierawski przyjechał czarnym steyrem. Miał na sobie mundur kolejarski. Powiedział, że jest wyższym urzędnikiem kolejowym i jeździ autem na inspekcję. Wyjaśnił też, że wóz, którego używa, kolej odkupiła od jakiegoś taksówkarza. Na aucie wciąż były numery boczne a w środku znajdował się licznik.

– Prosił, żebym mu pomógł to usunąć. Wymontowaliśmy taksometr i zamalowaliśmy karoserię – wyjaśnił Trafas. Po chwili zastanowienia dodał, że była to druga wizyta Skwierawskiego. Niecały tydzień wcześniej prosił go pożyczenie rewolweru. Tłumaczył, że jedzie gdzieś, gdzie jest bardzo niebezpiecznie i na dwa dni potrzebuje rewolweru do obrony. Trafas niechętnie pożyczył mu broń, uzyskawszy zapewnienie, że będzie zwrócona w terminie. Skwierawski dotrzymał słowa.

Mężczyzna powiedział, że nie zna zbyt dobrze dawnego kolegi, wiedział jedynie, że tamten pochodzi z Pomorza, bodajże z Rumii. Śledczy uzyskali wkrótce szereg informacji o Skwierawskim. Okazały się nader interesujące.

Niedoszły lotnik

Władysław Skwierawski urodził się w 1914 roku w Rumii, w ówczesnym powiecie morskim, w rodzinie konduktora kolejowego. Był pojętnym chłopcem. Kształcił się w Państwowym Seminarium Nauczycielskim w Kościerzynie, ale nie czuł powołania pedagogicznego. Przejawiał natomiast zdolności techniczne. Ukończył kurs radiotelegrafisty a następnie szkołę podoficerską w Gdyni. Odbył dwuletnią służbę wojskową w pułku lotniczym, a potem przez rok służył jako kapral nadterminowy.

Skwierawski  lubił paradować w mundurze /fot. Archiwum Akt Nowych
Skwierawski lubił paradować w mundurze /fot. Archiwum Akt Nowych

Zamierzał zostać lotnikiem, zapisał się do szkoły pilotów, ale jej nie ukończył. W atmosferze skandalu pożegnał się z karierą w wojsku. W 1937 roku został zatrzymany pod zarzutem kradzieży motocykla na szkodę jednego z oficerów. Komuś innemu ukradł odbiornik radiowy. Sąd skazał go na karę aresztu w zawieszeniu. Musiał odejść z wojska.

Po wydaleniu z armii, czepiał się różnych zajęć. Pracował m.in. w portach. Ale ciężka fizyczna praca mu nie odpowiadała. Mierzył znacznie wyżej. Niestety, coraz niżej się staczał. Policja ustaliła, że przystał do szajki złodziejskiej, która dokonała kilku kradzieży oraz włamania do sklepu jubilerskiego w Gdańsku. Pod koniec 1937 lub na początku 1938 roku, czując zapewne, że grunt zaczyna mu się palić pod nogami, Skwierawski opuścił Wybrzeże. Policja nie znała miejsca jego pobytu.

Okazało się, że przyjechał do Warszawy. Szkoda, że nie dowiedziano się o tym wcześniej. Taksówkarz Szlendak zapewne by żył.

 Ustalono adres stancji, którą wynajmował przez kilkanaście dni. Właścicielka mieszkania i służąca, spodziewały się wizyty policji. Powiedziały, że sublokator, zachowywał się podejrzanie. Raz przedstawiał się jako lotnik, raz jako wysoki urzędnik kolejowy. Znikał na całe dnie.

– Skwierawski mówił, że przyjechał do Warszawy z Bydgoszczy, żeby się ożenić. Pytał o adresy biur matrymonialnych, pisał w tej sprawie ogłoszenia do gazet – zeznała właścicielka stancji. Podczas rewizji pokoju, który wynajmował, policja znalazła dowód tożsamości Jana Szlendaka. 21 stycznia,  będąc tu po raz ostatni, Skwierawski polecił służącej, żeby spaliła dokument w piecu, tłumacząc, że jest nieważny. Rezolutna służąca nie zrobiła tego.

Ucieczka z obławy

23 stycznia skradzionego steyra odnaleziono w Lublinie. W nocy do płatnego garażu przy ulicy Bernardyńskiej 11 przyjechał czarnym autem tej marki młody mężczyzna ubrany jak kolejarz. Pozostawił wóz w garażu i poinformował obsługę, że odbierze go za 10 dni. Spytał też, gdzie w pobliżu jest jakiś przyzwoity hotel. Polecono mu „Victorię” na rogu Krakowskiego Przedmieścia i Kapucyńskiej. Rano auto zobaczył właściciel garażu. Zorientował się, że tego właśnie samochodu (a zapewne również człowieka, który go tu zostawił) od paru dni szuka policja w całym kraju, w związku z zabójstwem taksówkarza.

Wezwał policję, która potwierdziła domysły. Ruszono na poszukiwania Skwierawskiego. Obsługa hotelu „Victoria” zapamiętała młodego mężczyznę w mundurze kolejarza, który kilka godzin wcześniej wynajął pokój. Bez wątpienia był to Władysław Skwierawski, ponieważ zameldował się pod swoim imieniem i nazwiskiem. Niestety, już się wymeldował. Jeszcze w nocy opuścił hotel. Wyszedł w cywilnym ubraniu z dwiema walizkami i wsiadł do taksówki. Taksówek w Lublinie nie było wtedy dużo, policja szybko znalazła tę, którą pojechał Skwierawski. Okazało się, że zamówił kurs na dworzec kolejowy. Kasjer nie był w stu procentach pewny, ale przypuszczał, że sprzedał młodemu mężczyźnie, o rysopisie podobnym do poszukiwanego zabójcy, bilet do Warszawy.

Policja uznała, że to pomyłka. Powrót do stolicy byłby ze strony Skwierawskiego szczytem idiotyzmu! Chyba, że chciał wystawić śledczych do wiatru. I tak właśnie było. W rzeczywistości udał się do Lwowa, tyle że z przesiadką w Nałęczowie.

Zgubiły go pantofle

–  Pod chajrem,  panie przudowniku, ale Skwierawskiego u nas ni ma i nie było – takie mniej więcej oświadczenia słyszeli lwowscy funkcjonariusze w recepcjach hoteli i pensjonatów. Z podobnym skutkiem rozpytywali w środowisku „batiarów”, którym mogli wierzyć na słowo. Lwowska ferajna miała mordercę bezbronnego taksówkarza w głębokiej pogardzie i gdyby wiedziano gdzie jest, nie ukrywano by tego przed policją.

W schwytaniu Skwierawskiego dopomogła przytomność umysłu właściciela sklepu radioaparatów Phillips na placu Mariackim. 26 stycznia w sklepie zjawił się młody, elegancko ubrany mężczyzna. Przedstawił się jako podkomisarz policji, wyciągnął legitymację. Powiedział, że chce kupić na raty odbiornik radiowy. Zastanawiając się nad wyborem radia, zachowywał się swobodnie; mówił, że jest wielkim sympatykiem Szczepcia i Tońcia, nadających na „Wesołej Lwowskiej Fali”, pomstował na Hitlera. Zdecydował się na egzemplarz za 600 złotych.

 – Proszę go odnieść do mojego mieszkania – powiedział i podał adres: dom przy ulicy Brajerowskiej.

Kupiec osobiście dostarczył aparat. W czasie spisywania umowy ratalnej nabrał podejrzeń. Imię i nazwisko rzekomego podkomisarza brzmiało Władysław Skwierawski – identycznie jak poszukiwanego od tygodnia mordercy taksówkarza. Pasował wiek i wygląd… Kupiec dyskretnie odkręcił w aparacie śrubkę i oznajmił, że z niewiadomych przyczyn radio nie działa. – Najmocniej szanownego pana przepraszam, muszę je sprawdzić w sklepie. Proszę poczekać, to potrwa niedługo – powiedział.

Prosto z Brajerowskiej udał się do najbliższego komisariatu policji. Opowiedział o spotkaniu z przypuszczalnym mordercą. Rozpoczął się gorączkowy pościg za Skwierawskim. Jak się okazało, nie ukrywał się w hotelu ani na melinie. Wynajął  natomiast pokój w prywatnym mieszkaniu, należącym do ogólnie szanowanej pani majorowej. Kobieta nie miała pojęcia kim jest sublokator. Oświadczyła, że ów miły i przystojny młodzieniec nie dalej jak przed kwadransem opuścił jej dom i wsiadł do taksówki.

Najwyraźniej Skwierawski wyczuł pismo nosem. Na kolejny ślad zabójcy natrafiono w hotelu „Polonia” przy Rzeźnickiej. Ale i tu już go nie było. Bardzo się spieszył i zostawił bagaż. W walizkach znaleziono m.in. podrobioną legitymację podkomisarza policji, mundur kolejarza i kilka gazet, w których zakreślił ołówkiem napisany przez siebie i opublikowany w prasie anons matrymonialny o treści: „Pilot-automobilista, posiadający własny samochód, szuka posażnej panny”.

Naturalnie, śledczy woleliby natknąć się na Skwierawskiego niż na jego rzeczy. Nie upłynęło wiele czasu, a życzenie się spełniło. To niewiarygodne, ale zabójca wrócił do hotelu po trzewiki, których zapomniał zabrać. Przyjechał pod „Polonię” taksówką. Wysłał po pantofle boya hotelowego a sam został w aucie. W chwilę później policja już go miała.

Posłano go do Tworek

Przygwożdżony dowodami Skwierawski przyznał się do zamordowania taksówkarza z chęci zysku. Chciał mu ukraść samochód. Szlendak jeździł steyrem a on kochał tę markę. Zbrodnię zaplanował: pożyczył od kolegi rewolwer, następnie napadł na Szlendaka i zastrzelił go. Bezpośrednio po zabójstwie pojechał do lasku młocińskiego zakopać zwłoki. Potem w ogrodzie przy ulicy Prusińskim wyrzucił ubranie ofiary.

– A co miało znaczyć pozostawienie na kopcu ziemi medalika ze świętym Krzysztofem? – spytał sędzia śledczy. Skwierawski wyjaśnił, że jest człowiekiem głęboko wierzącym. Chciał w ten sposób oddać hołd zmarłemu…

Zatrzymano wspólników Skwierawskiego, zamieszanych w morderstwo, m.in. brata zabójcy. To on był autorem błędnie podpisanego listu wysłanego z Bydgoszczy do Chojnackich  w imieniu Szlendaka. Szajka planowała użyć skradzionego auta do innych przestępstw. Wypadki potoczyły się inaczej. Jeszcze przed ucieczką z Warszawy Skwierawski odciął się od kompanów. Marzyło mu się poślubienie bogatej panny. Chciał zakosztować pełni życia. Lublin uznał za zbyt ryzykowny więc pojechał do Lwowa. Żeby jednak móc błyszczeć, potrzebował pieniędzy. W tym celu zawarł w salonie Phillipsa umowę na zakup radioodbiornika. Nie miał zamiaru płacić rat. Planował pokątnie sprzedać radio za gotówkę i przeznaczyć pieniądze na „fundusze reprezentacyjne”…

Władysław Skwierawski odpowiadał za morderstwo przed Sądem Okręgowym w Warszawie. Akt oskarżenia przygotowano w ekspresowym tempie. Już w marcu 1938 roku odbyła się pierwsza rozprawa. Proces budził ogromne zainteresowanie. Przy kanonadzie fleszów fotoreporterów, wprowadzono do oskarżonego pod silną eskortą do wypełnionej publicznością sali sądowej. Skwierawski w niczym nie przypominał pewnego siebie dandysa, jakim był jeszcze miesiąc temu. Ostrzyżony tuż przy skórze, w burym płaszczu i ze zbolałą miną, sprawiał żałosne wrażenie.

W czasie procesu symulował chorobę psychiczną. Twierdził: –  W moim życiu działa jakaś tajemnicza siła, która mnie opanowuje co pewien czas i wtedy nie wiem, co robię.

 Często wybuchał płaczem i demonstracyjnie się modlił. Krokodyle łzy nie wzruszyły jednak ani prokuratora Janusza Turskiego, ani sądu. 10 marca 1938 roku Władysław Skwierawski został skazany na karę śmierci przez powieszenie.

Nie trafił jednak w ręce kata Brauna. Na wniosek obrony, sprawę rozpatrywał Sąd Apelacyjny. Uznano za zasadne przebadanie stanu psychicznego zabójcy. Na początku 1939 roku Skwierawski znalazł się w szpitalu w Tworkach. Tu najprawdopodobniej zastała go wojna. W przeciwieństwie do wielu polskich szpitali psychiatrycznych, zakład w Tworkach nie został zniszczony przez nazistów. Ocalało wielu pacjentów. Może był wśród nich Skwierawski?

Mariusz Gadomski

 

 

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*