Kochankowie na podwójny zabój

Jacek Z. na zdjęciu z wizji lokalnej

Jacek Z. – lat 25, typowy „dresiarz”, więcej siły niż rozumu. Wiesława Z. energiczna blondynka po czterdziestce. Skutek – dwie osoby zabite, jedna ciężko ranna, do tego trzy martwe psy.

Wyznanie na jakie zdobył się raz Jacek Z.:   – Co jakiś czas muszę kogoś udusić obojętnie czy człowieka, czy psa – kosztowało go dożywocie.

Właśnie mija 15 lat od chwili, gdy mieszkająca w Nakomiadach pod Kętrzynem para kochanków rozpoczęła swoje krwawe żniwo.

Wszystko z miłości

Choć związek Wiesławy Z. z mieszkającym po sąsiedzku chłopakiem, który z jej córką chodził kiedyś do szkoły, od samego początku był gorszący. Raz z powodu różnicy wieku, drugi raz ze względu na męża kobiety. Zwłaszcza, że ten mąż, Tadeusz Z. nawet pomagał chłopakowi i zabierał ze sobą, kiedy dostawał jakąś dorywczą robotę.

Ale młodemu prędko się znudziło, i gdy stary machał widłami gdzieś w gospodarstwie pod Mrągowem, to Jacek Z. w jego domu, z jego żoną „pił kawę”. Forsy oczywiście nie miał, trochę kradł, trochę kombinował. Tak właśnie wpadł na pomysł ograbienia Henryka G. mieszkającego samotnie w tzw. „koszarce”, kolejowym budynku przy torach w Martianach, jakieś parę kilometrów od Nakomiad. Wiedział, że ma on emeryturę, stały dochód, spodziewał się, że nieźle się obłowi.

Do Henryka G. zapukał 18 lipca 2002 roku, w biały dzień, krótko po południu. Naprawdę zapukał, tak bardzo był pewny swego. Drzwi nikt mu nie otworzył, ale słyszał, że ktoś jest w środku. Obszedł dom, uciszając po drodze psa, który szczekał na widok obcego. Walnął go po prostu jakimś drągiem w łeb i wrzucił do chlewika. Zachodząc od strony ogródka wybił okno i nie zważając na nic wpakował się do środka. W izbie na wersalce leżał Henryk G. Mężczyzna miał 74 lata, chorował na raka, ledwie się ruszał.

– Co tu robisz, czego szukasz? – zapytał

– Chciałem wody. – odpowiedział nieproszony gość.

– Wyjdź stąd, bo zadzwonię na policję, za chwilę wróci mój syn – Henryk G. sięgnął ręką po leżący na stole telefon komórkowy – Złodziej! – zaczął krzyczeć wstając, bo intruz ani nie myślał wychodzić. Popchnął chorego go na wersalkę, chwycił kabel od radia czy żelazka i zacisnął mu na szyi. Henryk G. nie miał żadnych szans.

Nie oglądając się więcej na niego Jacek Z. zaczął plądrować mieszkanie. Pakował do torby jakąś lornetkę, maszynkę do strzyżenia włosów i podobne drobiazgi, wygarnął jedzenie z lodówki. Pieniędzy nie znalazł, ale pomyślał, że może będzie je miał syn gospodarza, kiedy wróci z Kętrzyna. Słyszał, że syn ma astmę i z tego powodu rentę. Sądził, że i z nim nie będzie miał kłopotów.

Uciekał cały we krwi

Marek G. (43 lata) przyjechał z Kętrzyna pociągiem o godzinie 14.40. W ojcowskiej „koszarce” był może kwadrans później, taszczył ciężką torbę z zakupami i musiał odpoczywać po drodze. Gdy otwierał kluczem drzwi napastnik skrył się na kuchennymi drzwiami.

– Jego już go załatwiłem, a ty nie dasz mi rady – z tymi słowami objawił się Markowi G, który widząc, że ojciec z otwartymi oczami i ustami leży na wersalce, poleciał od progu, żeby go ratować.

– Stałem przy stole, zobaczyłem, że napastnik trzyma w ręku trzonek noża. Nie pamiętam, w której ręce. Trzonek był złamany, tak że pozostawało ostrze. Na stoliku leżał scyzoryk, to był scyzoryk z rączką, składany, całość była w granicach 15 centymetrów. Wziąłem krzesło i nogami skierowałem w kierunku napastnika – zeznawał potem w sądzie Marek G.

Doszło do krótkiej walki. Jacek Z., wymachując nożem, wyrwał mężczyźnie stołek. Ten broniąc się chwycił za ostrze noża, próbował też dosięgnąć zbója zgarniętym ze stołu scyzorykiem. Dostał cios w pierś (nóż przebił mu płuco) szczęśliwie wyrwał się jednak i wyskakując przez wybite okno, pobiegł do wioski po ratunek. Nie pamiętał jak dobiegł do popegeerowskich bloków, o 15.15 jakaś kobieta zauważyła go, całego we krwi z okna i zadzwoniła do Kętrzyna po karetkę.

Jacek Z. też był ranny, dostał scyzorykiem pod pachę, kiedy Marek G. uciekł na chwilę nawet stracił przytomność. Zemdlał jeszcze raz, kiedy wyszedł z domu. Mało brakowało, a złapaliby go na gorącym uczynku, bo i karetka, i policja po pół godzinie byli na miejscu. Udało mu się jednak uciec, obmył się wodą z jeziora, doczłapał jakoś do bunkra z czasów wojny i z odległości kilkuset metrów obserwował wielki ruch wokół „koszarki”. Kiedy zapadła noc, przekradając się lasami, dotarł do Nakomiad do swojej „słomianej wdówki”.

Wiesława Z. opatrywała go tak jak mogła. Męża nie było więc, niby nikt nic nie widział, ale na niedzielę wpadł starszy syn kobiety i musiał zauważyć, że Jacek Z. nie skaleczył się przy krojeniu chleba. Jego ciotka z Sątop pod Reszlem, do której pojechał po tygodniu, kazała mu wręcz jechać do lekarza. Oczywiście nie słuchał tych rad, wiedział że policja szuka zabójcy z Martian i wolał się nie afiszować. Jakoś tam się pozbierał i wrócił do Nakomiad, nie do domu rodziców, ale do sąsiadki.

Dobijanie męża

Męża przeważnie nie było, z innymi sobie radził. Na przykład z oddanym do domu dziecka, najmłodszym 16-letnim synem kochanki, któremu też się nie podobały nowe porządki. Kiedy przyjeżdżał na niedzielę do matki, nieraz brał za to po łbie od Jacka Z.

A gdy pretensje o dorabianie rogów miał legalny mąż kobiety, wówczas Jacek odparowywał, że dopóki nie złapał go z jego żoną w łóżku, to w ogóle nie ma sprawy. Wiesława Z. też trzymała się tej linii. Tadeusz Z., który był jej drugim mężem, trochę się przydawał, bo jednak jakieś parę groszy do domu przynosił. Ona, w całym życiu uczciwie przepracowała może 2-3 lata, a teraz kwitła i tleniła włosy.

Tadeusz Z. został zamordowany 14 maja 2003 roku. Gdy około 22. wrócił do domu, zastał żonę i Jacka Z. przy kawie. Zaczęły się wyzwiska, bo Tadeusz Z. był w sąsiedniej wiosce u siostry i nasłuchał się, że cała okolica śmieje się z tego, co się u niego w domu wyrabia. Był podpity, więc się zrobił odważny. Zaczęły padać coraz grubsze słowa.

W pewnym momencie Wiesława Z. sięgnęła po leżące przy piecu polano i walnęła męża w głowę. Od uderzenia poleciał on ze stołkiem do tyłu na szafę:- Dobij, jesteś silniejszy – zakomendrowała wówczas kobieta, a jej kochanek zabrał się do tego, co umiał najlepiej, czyli do duszenia. Dusił Tadeusza Z. rękami, sznurem od żelazka, ale stary się szarpał, wierzgał nogami. Wiesława Z. usiadła mu wtedy na nogi i jakoś dali radę.

Kiedy sprawa się po kilku miesiącach wydała i kochankowie uczestniczyli w wizji lokalnej, dokładnie pokazali, jak wszystko przebiegało. Oczywiście wtedy już każde pilnowało swego. Jacek Z., mówił, że to Wiesława Z. go podkusiła, ona przeciwnie – grała zaskoczoną całą sytuacją wdowę.

Tamtej nocy działali jednak ręka w rękę. Gdzieś koło godziny 1. w nocy, wzięli trupa Tadeusza Z. za ręce i nogi i przeciągnęli kilkaset metrów wrzucając do głębokiej studzienki kanalizacyjnej w pobliżu szkoły w Nakomiadach. Zabrali pogrzebacz, żeby otworzyć pokrywę i wrzucili ciało głową w dół, do głębokiej na dobrych kilka metrów dziury. Potem wrócili do domu, wypili jeszcze jedną kawę i poszli spać.

Nie żyli jednak długo i szczęśliwie. Kiedy ze wszystkich stron zaczęły się mnożyć pytania o męża Wiesława Z. nie mogła bez przerwy powtarzać, że jest pod Mrągowem w robocie. Radzili jej zgłosić zagnięcie na policję, ale nie uczyniła tego. A panoszącego się coraz bardziej kochanka zwyczajnie zaczynała się bać. W śledztwie opowiedziała potem, że kiedy jesienią byli razem na grzybach Jacek Z. złapał jakiegoś włóczącego się kundelka i na jej oczach udusił go gołymi rękami. To właśnie wtedy miał powiedzieć, że co jakiś czas musi kogoś udusić obojętnie czy człowieka, czy psa. Może Wiesława Z., która i wcześniej widziała, jak kochanek udusił własnego psa, „Cygana”, pomyślała, że to ona jest następna w kolejce.

Wiadomo, że anonimowy telefon na komendę w Kętrzynie wykonała kobieta, i że dzwoniła z automatu w Nakomiadach. Informacje były bardzo ścisłe. Niedaleko szkoły, w studzience sterczącej jak wyrzut sumienia w środku pola, policja znalazła na dnie rozkładające się zwłoki. Był początek marca 2004 roku.

Wyrok w tej sprawie Sąd Okręgowy w Olsztynie wydał 22 czerwca 2005 roku. Dla Jacka Z. dożywocie z niebywałym obostrzeniem, że o przedterminowe warunkowe zwolnienie będzie mógł się starać dopiero po odbyciu 35 lat kary. Wiesława Z. została skazana na 25 lat więzienia, ale – dobiegając obecnie sześćdziesiątki – jakoś sobie radzi. Mimo pobytu za kratkami, poznała jakiegoś starszego mężczyznę, wyszła po raz trzeci za mąż, zmieniła nazwisko i liczy, że uparcie powtarzane prośby o ułaskawienie zostaną wreszcie wysłuchane.

Stanisław Brzozowski

 

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*