Muszkiety na celowniku

Gdy szef bandy zobaczył  inkrustowane muszkiety był  pewien, że są wiele warte, i mogą zapewnić dobrą kasę. Co do wartości się nie pomylił. Reszta nie poszła jednak zgodnie planem.

Po uroczystych obchodach 850-lecia Jeleniej Góry z bezcennym pucharem w tle (pisaliśmy o tym w Reporterze), w kasie Miasta powiało pustką. Nieźle zarobił miejski teatr na wypożyczaniu sali na liczne uroczystości z udziałem władz. Aby zapełnić kulturalną pustkę radni miasta prześcigali się w pomysłach na nowe, lokalne święto. Niebawem padło hasło „Wrzesień Jeleniogórski”. Z tej okazji Muzeum Karkonoskie miało przygotować ekstra wystawę eksponatów historycznych. Główną atrakcją, miała być „Perła w Koronie”, specjalnie sprowadzona z Muzeum Okręgowego we Wrocławiu – ekspozycja zabytkowych muszkietów z przełomu XVI – XVII wieku. Przygotowania szły pełną parą. Muszkiety sprowadzono do muzeum, gdzie zostały zamknięte w specjalnym sejfie, oczekując na swoje 5 minut chwały.

Była wrześniowa niedziela, bezchmurne niebo w Kotlinie Jeleniogórskiej unosiło się babie lato.

– Przygotowałem się  na ćwiczenia ratunkowe z goprowcami w Karkonoszach. Rutynowo, wcześniej wpadłem do komendy. – wspomina kpt. Stanisław Bryndza, naczelnik Wydziału Służby Kryminalnej – Oficer dyżurny porucznik Stanisław Bójko złożył meldunek, że przed chwilą przyjął zgłoszenie o włamaniu do Jeleniogórskiego Muzeum, z którego zniknęły bezcenne eksponaty muzealne. Niezwłocznie wysłałem patrol milicyjny dla zabezpieczenia miejsca zdarzenia.

Po linie po skarby

 W muzealnej auli ekipa kryminalna zastała porzucone liny. Rabusie przez wyłom w dachu opuścili się po nich do środka. Tym samym nie wzbudzili żadnych podejrzeń i zrobili to praktycznie bezszelestnie. Co ciekawe, wśród wielu dostępnych eksponatów ukradli jedynie pożyczoną ekstra ekspozycję muszkietów z Muzeum Okręgowego we Wrocławiu. Postawiono tezę, że musieli działać na zamówienie. Mogli być miejscowi. Niewątpliwie wcześniej zwiedzali wystawę i dokładnie obejrzeli eksponaty. W pierwszej kolejności uwzględniono środowisko antykwariuszy.

Technicy kryminalistyki zabezpieczyli wiele śladów odcisków palców nadających się do identyfikacji, oraz ślady obuwia. Na podstawie zabezpieczonych dowodów stwierdzono, że przestępstwa dokonało co najmniej dwóch sprawców, trzeci mógł stać na czatach. Zabezpieczono też porzucony łom.

Na światło dzienne wyszedł również interesujący fakt, tej nocy muzeum nie było strzeżone. Na pytanie: dlaczego, nikt nie potrafił udzielić odpowiedzi.

Rabusiom wybitnie sprzyjało szczęście, muzeum znajdowało się na odludziu, do tego akurat tej nocy było pozbawione ochrony. Pies tropiący wielokrotnie podejmował ślad, prowadząc na wzgórze Żymierskiego i dalej do centrum miasta, w okolice postoju taksówek. W tym miejscu trop się urywał. Był to pewien punkt zaczepienia, przesłuchano taksówkarzy.

– Przesłuchaliśmy wszystkie osoby zatrudnione w muzeum. Pozyskaliśmy fotografie skradzionych rekwizytów. Od personelu pobraliśmy odciski palców, aby je wyeliminować – wspomina naczelnik Bryndza – Drogą służbową, zarządziłem krajowe poszukiwania skradzionych eksponatów, załączając fotografie. Naszą jedyną szansą było pozyskanie interesujących nas informacji. Chłopcy ruszyli w teren.

W miarę rozwoju sytuacji, pojawiły się ciekawe informacje ze środowiska jeleniogórskich prostytutek i drobnicy przestępczej. Jednak ciągle brakowało tej jedynej, konkretnej wskazówki.

Mijały tygodnie a sprawa ciągle była niewykryta, zaś sprawcy na wolności. Coraz bardziej niepewny był los zagrożonej ekspozycji muzealnej. Prokuratura  mocno  naciskała na śledczych.

– Prokurator bezpośrednio nadzorujący Leopold Biesiada często przesiadywał w moim gabinecie, i nadzorował co się dało, aby mieć odpowiedź na zarzuty natarczywej władzy – podkreśla kapitan Bryndza

Pomogła prostytutka

Przełom przyszedł wraz z melodią graną podczas dancingu w Hotelu Europa. Jedna z młodych prostytutek opowiedziała nadzorującemu prostytucję porucznikowi Mieciowi o trzech chłopakach w wieku mniej więcej dwadzieścia lat, którzy już trochę podpici przysiedli się do niej i koleżanki. Szybko nawiązała się koleżeńska rozmowa. Andrzej, jeden z nich, gestem podniesionej ręki przywołał kelnera i zaczęła się niezła zabawa. Około północy taksówką pojechali do Siedlęcina koło Jeleniej. Po chwili znaleźli się w mieszkaniu Andrzeja: – Chata wolna, starzy na wczasach – mruknął gospodarz. Otworzył barek ojca, nieźle zaopatrzony jak na tamte czasy. W oparach alkoholu prostytutka podsłuchała rozmowę telefoniczną, prowadzoną przez Andrzeja z rozmówcą we Wrocławiu. Rozmawiali na tematy związane z antykami. Padały informacje, kto do kogo ma przyjechać. Andrzej zapewniał swego rozmówce, że ma dobry towar.

– Na to czekaliśmy, to był ten brakujący element – podkreśla Stanisław Bryndza – Oczywiście zachowaliśmy pełną dyskrecję. Samochodem operacyjnym bez problemu namierzyliśmy miejsce zamieszkania Andrzeja. Wywiadowcy ustalili jego dane. W kartotece kryminalnej był zarejestrowany jako młodociany przestępca działający w grupie. Głównie dokonywał kradzieży w samochodach na parkingach Jeleniej Góry.

Szybko okazało się, że Andrzej bardzo przysłużył się milicji. Z jego pomocą udało się rozwiązać wiele zagadek kryminalnych. Głównie w środowisku antykwariuszy, numizmatyków i filatelistów. Był informatorem i był w tym bardzo dobry.

Postanowiono sprowadzić byłego oficera prowadzącego i doprowadzić do ponownego nawiązania współpracy: – Było to bardzo ryzykowne, gdyż nie wiedzieliśmy, jak głęboko w tej sprawie Andrzej jest umoczony i jaką pełni rolę. Po czyjej stanie stronie. Byliśmy przygotowani, że w razie oporu zwijamy całą szajkę – opowiada naczelnik Bryndza.

Współpraca pasera

Operacyjna rozmowa z Andrzejem okazała się trafiona. Kryminalni blefowali, że znają jego paserskie kontakty we Wrocławiu. Wspomnieli również o próbach nawiązania kontaktu w sprawie dobrego towaru. Andrzej był zaskoczony. Tłumaczył się, że w sprawę antyków został wrobiony przez swoich kumpli, z którymi kiedyś siedział w więzieniu. Jest tylko pośrednikiem. Nie ma nic wspólnego z żadnym przestępstwem. Spełnia prośbę za odpowiednim wynagrodzeniem. Istotnie jest w kontakcie z panem Władysławem, handlującym antykami we Wrocławiu. Podejrzewał, że antyki mogą pochodzić z przestępstwa. Jednak nigdy ich nie oglądał i nie znał miejsca, gdzie się znajdują obecnie. Działał w ciemno, na wiarę. Miał pełne zaufanie chłopaków.

Kluczył, gdy padło pytanie, na jakim etapie znajduje się sprawa handlu antykami. Wreszcie powiedział, że kumple zwierzyli się mu, że chodzi o muszkiety. W tej spawie był we Wrocławiu i rozmawiał z panem Władysławem, który jest bardzo zainteresowany zakupem takiego towaru. Ma czekać na telefoniczny sygnał. Podał nam jego namiary oraz dane dwóch kumpli z Siędlęcina: Krzysztofa i Jurka, oraz Janusza z Jeleniej Góry. Najważniejsze jednak było to, że zgodził się na dalszą współpracę ze służbą kryminalną. Ustalono kody nawiązania kontaktu, i miejsce odbywania spotkań.

Nie było już wątpliwości, że antyki pochodzą z rabunku w Muzeum Regionalnym w Jeleniej Górze. Specjaliści od kartoteki kryminalnej mieli pełne ręce roboty. Przygotowali szczegółową analizę daktyloskopijną, która zawierała aktualną informację o członkach grupy przestępczej.

Banda osaczona

 Z uwagi na ewentualne problemy ze świadkiem, postanowiono, że zamiast pana Władysława w roli kupca z gotówką w ręku, wystąpi oficer prowadzący.

O czym poinformowany zostanie Andrzej. Sam Andrzej będzie przygotowany do zaplanowanej ucieczki. Specjalnie dla niego pozostawiono lukę w pierścieniu. Obowiązkiem Andrzeja miało być ustawienie całej transakcji. Miał się zwrócić do swoich kumpli o wyznaczenie daty, miejsca oraz godziny, kiedy dojdzie do kupna-sprzedaży. Miał też im przekazać niezbędne informacje dotyczące kupca, Władysława.

Szef bandy Janusz Piotrowski ustalił z Andrzejem szczegóły wymiany towaru. Polecił, aby te ustalenia przekazać do Wrocławia do realizacji. Zażądał potwierdzenia. Wymiana towaru miałaby nastąpić w październiku, wieczorem, w okolicach godziny 18.00. Na miejsce spotkania złodzieje wyznaczyli polną drogę, przylegającą do ogródków działkowych, przy charakterystycznym wiadukcie kolejowym. Płatne z góry, pełną kwotą w gotówce.

– Operacja została starannie i profesjonalnie przygotowana. Mieliśmy pewne doświadczenie, odpowiedni sprzęt radiowy, noktowizor, oraz zakamuflowane stanowiska obserwacyjne – wspomina Stanisław Bryndza – Wzorowaliśmy się na sprawie kryptonim „Beatka”. Rok wcześniej, w tym samym miejscu, za wiaduktem kolejowym tylko po prawej stronie, w poniemieckim bunkrze przestępcy wyznaczyli miejsce do złożenia okupu. Udało nam się wtedy ująć całą bandę.

W wyznaczonym terminie o zmierzchu, około godziny 18.00, na drodze w rejonie wiaduktu pojawił się oczekiwany samochód osobowy alfa romeo na tablicach wrocławskich. Minął „Narzędziówkę”, gdzie mieścił się sztab operacji „Muszkieter”. Na chwilę zatrzymał się przed wiaduktem na prawym poboczu, przepuścił pojazdy jadące z naprzeciwka i natychmiast skręcił w lewo, wjeżdżając na polną drogę. Po kilku metrach kierowca wygasił światła i wyszedł z szoferki. Od tej pory był bacznie obserwowany przez grupę operacyjną. Do kierowcy podeszło dwóch mężczyzn. Coś gestykulowali rękoma. Po chwili z najbliższej altanki wyszło następnych dwóch, którzy dźwigali jakiś duży pakunek. Informację o tym potwierdził punkt obserwacyjny schowany za nasypem.

Zapanowała pełna gotowość do odcięcia drogi ewentualnej ucieczki, „Trop” ostrzył zęby. Dowodzący „Perłą” był poinformowany o zaplanowanej ucieczce Andrzeja. Wiedział, że ma przepuścić chłopaka i go nie gonić.

W tym samym czasie transakcja dochodzi do skutku. Kierowca alfa romeo głośno zamknął wypełniony bagażnik.

– Wiadomość ta lotem błyskawicy dotarła do sztabu operacji. Niemal w tym samym momencie, z czterech stron startują zastępy zwiadowców. Zaskoczenie było niemal całkowite – podkreśla naczelnik Bryndza – Rozproszenie było niewielkie, przestępcy stracili orientację.

„Trop” namieszał

 „Trop” dość hałaśliwie pilnował, aby nikt nie opuścił zamykającego się kręgu. Zgodnie z planem na odcinku powstała luka operacyjna. W tym miejscu Andrzej rzucił się do ucieczki, podążając w kierunku ogrodów działkowych. W tej sytuacji nikt specjalnie go nie gonił.

Przewodnik psa tropiącego, starszy sierżant Tadeusz Staszewski brał udział w odprawie operacji „Muszkieter” i dokładnie znał swoją rolę. Na mapie topograficznej dowodzący operacją dokładnie zaznaczył teren stanowiący lukę operacyjną, gdzie pies nie miał prawa się pojawić.

Gdy o zmroku akcja rozwijała się na całego, wówczas „Trop” zerwał się ze smyczy pognał za uciekinierem. Nie pomogły nawoływania przewodnika, zwyciężył psi instynkt. Po chwili z oddali słychać było rozpaczliwe wołanie o pomoc. Zanim dobiegł do niego przewodnik, „Trop” na płocie odzierał ze spodni swoją ofiarę.

Po chwili przy samochodzie alfa romeo znalazło się czterech zakutych w kajdanki rabusiów. W tym jeden niechciany, klient „Tropa”. Co do jego roli w śledztwie wykorzystano uprawnienia świadka koronnego.

Łup odzyskany

 – Prawdziwej satysfakcji doznaliśmy w momencie otwarcia bagażnika i rozplątania pokaźnego zawiniątka. W świetle latarek błyszczały swoją pięknością inkrustowane muszkiety różnych wielkości – opowiada naczelnik – Mieliśmy przed sobą XVI i XVII-wieczne dzieła sztuki. W olśnieniu triumfu, spojrzeliśmy na siebie, przyznając, że trafnie nadaliśmy sprawie kryptonim „Perły w Koronie”. Na horyzoncie pojawił się samochód terenowy gaz-69 wraz konwojentami, i technikami kryminalistyki. Skarby znalazły się w bezpiecznym miejscu.

W czasie przeszukania altanki w ogrodzie, która należała do ojca szefa bandy Janusza Piotrowskiego, w podpiwniczeniu znaleziono połowę przedartego na pół wojskowego koca. W bagażniku alfa romeo była jego druga część, posłużyła sprawcom jako zawiniątko. Dowodami zajęli się technicy kryminalistyki, por. Stefan Ćwikliński i insp. Andrzej Trepka.

Zatrzymanych osadzono w tymczasowym areszcie milicyjnym – do dyspozycji prokuratora. Następnego dnia z udziałem prokuratora Leopolda Biesiady przesłuchano podejrzanych.

Szef bandy Janusz Piotrowski złożył obszerne zeznanie. Przyznał się do zorganizowania włamania do Muzeum Regionalnego w Jeleniej Górze, oraz rabunku cennej ekspozycji. Podkreślił, że wcześniej zwiedzał wystawę i spodobały mu się inkrustowane muszkiety. Był pewien, że mają wysoką wartość i mogą zapewnić dobrą kasę. Podejrzani, Krzysztof Banaszak i Jerzy Sowa z Siędlęcina przyznali się do winy. Obaj złożyli zeznanie, że byli pod wpływem Janusza Piotrowskiego. Wykluczyli z udziału we włamaniu Andrzeja, wykazując jego rolę jako pośrednika.

Prokurator Rejonowy Wiesław Śliwa wobec trzech sprawców włamania do Muzeum Regionalnego w Jeleniej Górze zastosował areszt tymczasowy. Zaś Andrzej dostał dozór milicyjny. Otrzymał również status świadka koronnego podczas procesu. Wobec wszystkich winnych sędzia zastosował wysoki wymiar kar.

Justyna Bryndza-Bilewicz

 

 

 

 

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*