Czas pożegnań

Nie sposób rozpocząć recenzji ostatniej powieści Marcina Wrońskiego zatytułowanej „Czas Herkulesów” od smutnej refleksji, zwłaszcza dla fanów twórczości lubelskiego pisarza, których niemało pojawiło się w ostatnich latach, że to już naprawdę ostatnia powieść kryminalna z komisarzem Zygą Maciejewskim.

I nie będzie żadnym pocieszeniem, zapowiadana przez autora, finalna dziesiąta książka wydawniczej serii wydawnictwa W.A.B., która składać się będzie z opowiadań kryminalnych, w których historie przedwojennego policjanta z pewnością jeszcze zagoszczą. „Czas Herkulesów” to prawdziwy czas pożegnań, jakże godny, ale – nie ukrywam, choć dla wielu zabrzmi to obrazoburczo – jakże jednocześnie właściwy i w punkt trafiający w ścieżkę rozwoju literackiej kariery autora „Skrzydlatej trumny”

Lektura recenzowanej książki to prawdziwa przyjemność i w żaden sposób czas niestracony. Nie przez przypadek parafrazuję jednego z największych europejskich pisarzy. Wroński do kanonu literatury kontynentu europejskiego jeszcze nie należy (póki co nic tego nie zapowiada, ale z sympatią dla jego talentu i pracowitości życzę mu tego), ale dziewiątą powieścią ze znanego cyklu kryminalnego niejako potwierdza swoją pozycję we współczesnej prozie polskiej. Nie chodzi wyłącznie o retro kryminał ani też o gatunkowe mistrzostwo spod znaku zagadek kryminalnych.

Lubelski pisarz w „Czasie Herkulesów” udowadnia po raz kolejny, że artystyczne słowo czy szerzej – styl jest dla niego materią nie dość, że wyjątkowo wdzięczną, to również niejednokrotnie kunsztownie i doskonale ukształtowaną. Podczas lektury łapałem się bowiem niejednokrotnie na tym, że tropienie kryminalnej intrygi, czy też podziwianie bogactwa literackich postaci, nie jest tak ważne, jak samo smakowanie poszczególnych słów, zdań czy też ukazywanych za ich pomocą scen powieściowych.

W prowadzonej przez autora „Kwestji krwi” narracji ukrywa się cała gama emocjonalności i plastyczności. W wielu miejscach czuć, jak Wroński bawi się słowem, bawiąc przy tym nas, ale też i bawiąc się nami. Mrugnięcia okiem do swoich bohaterów są tak samo częste, jak mrugnięcia do czytelników, nie mówiąc o mrużeniu tych samych oczu w akcie autoironii czy nawet prowokacji. Gra z czytelnikiem to stały element powieściowych narracji prawie we wszystkich książkach w cyklu z Maciejewskim. Z każdą kolejną ten rodzaj literackiego chwytu Wroński doprowadza wręcz do perfekcji.

Narracja u autora „Morderstwa pod cenzurą” nie jest jednak tylko formą dialogu z odbiorcą. Jeszcze większe wrażenie robi dbałość o poziom artystyczny prowadzonej opowieści oraz autentyzm i bogactwo osobowościowe właśnie na poziomie języka dialogów. Charaktery wykreowanych przez Wrońskiego postaci to jedno, o czym za chwilę. Bohaterowie różnią się między sobą i „żyją” także na poziomie języka. Pisarzowi taka troska o „żywotność” swoich postaci przychodzi dość lekko i daje poczucie dużego realizmu. Jeszcze dobitniej jest to widoczne w warstwie opisowej świata przedstawionego, którego w ostatniej powieści serii główną scenerią jest Chełm z końca lat 30. XX wieku. Nieustannie czujemy, że w przeciwieństwie do ukochanego Lublina, a nawet wcześniej sportretowanego Zamościa (w powieści „Kwestja krwi”), Chełm jest typową prowincją z ówczesnymi zadatkami na wybicie się do pierwszej ligi wielkomiejskich aglomeracji. Wroński bardzo trafnie i przekonująco uchwycił te niespełnione aspiracje małego miasteczka. Począwszy od barw i zapachów ulicy, mieszkań czy wyszynków, a skończywszy na zachowaniach i przemyśleniach jego mieszkańców. W tym lubelski pisarz jest prawie doskonały. „Retro” w jego wykonaniu żyję, skrzy się i – powtórzę jeszcze raz – przekonuje autentyzmem.

Mam wrażenie, że Wroński lekcję historycznego realizmu, zamkniętego w ogólnej scenerii powieściowej i jeszcze silniej w mocy drobiazgu, odrabia od kilku lat jeśli nie sprawniej, to ciekawiej niż Marek Krajewski. Nie sądzę zresztą, aby obaj przyjaciele po piórze uprawiali jakąkolwiek konkurencję. Inaczej tylko stawiają akcenty podczas kreowania przestrzeni literackiej w kryminale retro. U autora „Głowy Minotaura” z powieści na powieść twórcza wizja przesuwa się ku gonitwie idei, a u autora „Haiti” wyraźniej liczy się obraz, dźwięk czy smak terytorium literackiego. W „Czasie Herkulesów”, pomimo wielkich i wnikliwych starań o oddanie realizmu przedwojennego Chełma, co potwierdzają liczne i gorące podziękowania w posłowiu skierowane do historyków i miłośników miasta, wyczuwalny jest jednak drobny dystans emocjonalny. Może to tylko czytelnicze wrażenie po lekturze kilku powieści z Lublinem w tle, że Chełm stanowi wyłącznie zadanie literackie, uprawdopodabniające biografię Maciejewskiego i wzbogacające mapę pisarskich peregrynacji Wrońskiego. Lublin wyglądał mimo wszystko autentyczniej i czuć było na kartach bicie „serca miasta”.

Chełmska opowieść autora „Pogromu w przyszły wtorek”, wycyzelowana pod względem pisarskiej dbałości o autentyzm i wypieszczona językowo, z punktu widzenia fabularnej atrakcyjności zamkniętej – jak przystało w kryminale – w poprowadzonej intrydze, jest chyba jednym ze słabszych dokonań pisarskich Wrońskiego. Od razu dodam, że życzę takiej „słabości” autora „Kina Venus” innym, nie tylko debiutującym pisarzom, który zaczynają zapasy z literackim gatunkiem kryminału. Czas Herkulesów, który stawia Zygę Maciejewskiego w bardzo ciekawej, jednak nie w pełni komfortowej, bo związanej głównie z papierkową robotą, sytuacji bycia po prostu polskim „rewizorem” policyjnym, proponuje historię kryminalną z początku wciągającą. Wraz z lekturą, gdzieś od połowy książki, jakby trochę przeciągniętą, na granicy znużenia czytelniczego „nosa” śledczego. Czytelnik nie zdąży się znużyć, ale jest bliski postawienia pytania, czy naprawdę tak trudno pozlepiać policyjnym bohaterom kawałki prowadzonego śledztwa. Czy tak częste braki śladów zbrodni i namnażające się zniknięcia świadków, po pierwsze, są uzasadnione realizmem toczącej się fabuły i, po drugie, nie ograniczają możliwości i kompetencji, nawet tych najbardziej kontrowersyjnych, policjantów? Nie mówiąc już o samym Maciejewskim. Po raz pierwszy miałem podczas lektury kryminału Wrońskiego drobne przekonanie, że kryminalna zagadka i proces jej rozwiązywania został rozciągnięty (by nie powiedzieć „naciągnięty niczym guma do żucia”) bardziej pod układankę fabularną, tworzącą strukturę całej książki, niż pod wymogi intrygi kryminalnej.

Kłopot z kryminalną warstwą „Czasu Herkulesów” dla mnie jest wyraźnym sygnałem, że dziewiąta historia powieściowa z Zygą Maciejewskim faktycznie powinna być ostatnia. To bardzo trafny wybór Wrońskiego– przynajmniej w tym miejscu kariery lubelskiego pisarza. „Czas Herkulesów” dowodzi bowiem, że literacki kunszt narracyjny, wyrażający się w bogactwie charakterologicznym bohaterów i wypracowanym realizmie przestrzeni powieściowej, a już niekoniecznie w konstrukcji intryg kryminalnych, jest niezbywalnym atutem Wrońskiego. Jedni nazywają to wnikliwą i prawdziwą obyczajowością, inni nadprzeciętnym realizmem pisarskim, a jeszcze inni mówią o mistrzostwie prozatorskiej sztuki. Czas Herkulesów utwierdza w przekonaniu, że moment pożegnań nie musi być czasem smutku i żalu, lecz może dawać nadzieję na kolejne, jeszcze lepsze literackie spotkania z czytelnikami. Zostaje jeszcze tylko pytanie, czy będą to ci sami czytelnicy, uformowani/zorientowani? gatunkowo i zamknięci w świecie kryminalnych zagadek, czy też rzesza odbiorców powiększy się wraz z nową formułą pisarskiej propozycji Wrońskiego. A akurat tego pisarza stać na wszystko!

Marcin Wroński

Czas Herkulesów

W.A.B., Warszawa 2017

Leszek Koźmiński

Twórca Kryminalnej Piły

www.blog.kryminalnapila.pl

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*