Gdzie są święte relikwie?

Skradzione w bazylice ojców dominikanów relikwie były jednymi z trzech największych fragmentów Krzyża Świętego

 Niemal dwa tygodnie od makabrycznego odkrycia zwłok studentki pedagogiki w miasteczku akademickim, Lublinem wstrząsnęła kolejna kryminalna historia. Tym razem śledczy musieli się zmierzyć ze świętokradztwem, kradzieżą relikwii drzewa Krzyża Świętego, na którym umarł Jezus Chrystus. W kraju objętym transformacją ustrojową panował chaos. Milicja Obywatelska przekształciła się w Policję. Trwała weryfikacja funkcjonariuszy. Wiele ówczesnych śledztw było umarzanych ze względu na niewykrycie sprawców.

Skradzione w bazylice ojców dominikanów relikwie były jednymi z trzech największych fragmentów Krzyża Świętego. Były bezcenne. Nie wiadomo, gdzie są, czy był to zwykły rabunek, czy też miał religijne podłoże. Przepadły bez śladu.

Puste tabernakulum

Był zimowy niedzielny poranek, 10 lutego 1991 roku. Brat Iwo, 79 -letni zakrystianin zakonu dominikanów, mimo podeszłego wieku, jak co dzień rano o godzinie 5.50 żwawym krokiem podąża z klasztoru w stronę bazyliki, by przygotować świątynię przed porannym nabożeństwem. Do jego obowiązków należy otwieranie i zamykanie kościoła i dwóch bocznych kaplic.

Do bazyliki są tylko dwa wejścia. Przez drzwi frontowe od ulicy Złotej i przez klasztor od strony zakrystii. Klucze miał tylko on. Zapalił wszystkie światła. Wewnątrz na wysokości ołtarza ukląkł, oddał hołd Panu. Po czym skierował się do drzwi wejściowych. Zamarł w bezruchu. Rygiel zabezpieczający środkowe drzwi jest w pozycji odsuniętej, a drzwi są lekko uchylone. Pokonawszy je, zbliżył się do wrót głównych. Smuga światła dziennego pada na posadzkę. One również są otwarte.

– Jak to możliwe? – zachodzi w głowę. Przecież poprzedniego dnia sam zamykał główne wrota na klucz a drugie drzwi na rygiel. Trzecich w kolejności, przeszklonych drzwi nie zamykał, bo nie miał tego w zwyczaju. Doskonale to pamięta.

Zakonnik podejrzewa najgorsze. Pędzi w stronę prawej nawy bocznej, aby sprawdzić, czy nic się nie stało z relikwiami. Krata zabezpieczająca wejście do Kaplicy Krzyża Świętego jest zamknięta. Otwiera. Biegnie do ołtarza. Panuje tam nieład, obrusy są rozrzucone, brudne. Podchodzi do tabernakulum. Przez metalowo – ażurową kratkę widzi, że w schowku nie ma mniejszego relikwiarza. Przerażony otwiera zamek. Tabernakulum jest puste.

Brat Iwo zawiadomił przełożonego zakonu. Wiadomość rozeszła się lotem błyskawicy. Między 7.00 a 8.00 w klasztorze panowało już wielkie poruszenie. Korytarze wypełniły się zrozpaczonymi zakonnikami. Nie dowierzają. Taka tragedia, to się w głowie nie mieści. Na śniadanie do refektarza nikt się nie wybiera. Przeor zakonu dominikanów, ojciec Juliusz tego dnia choruje. Ma wysoką gorączkę. Prosi swojego zastępcę, aby ten powiadomił policję. Chwilę później ulica Złota na lubelskim Starym Mieście wypełnia się radiowozami, a bazylika technikami kryminalistyki. Zabezpieczają dowody, ściągają odciski palców, robią zdjęcia. Oględziny wszystkich wejść, krat, drzwi i otworów okiennych świątyni trwają do późnych godzin, podobnie jak przesłuchania świadków.

Pierwsze pytania dotyczą kluczy. Brat Iwo wyjaśnia policjantom, że po zamknięciu kaplicy klucze kratki tabernakulum i kraty głównej kaplicy zawsze pozostawia w szufladzie z kielichami mszalnymi w zakrystii. Do swojej klasztornej celi zabiera natomiast klucze do wejścia głównego i od drzwi w zakrystii. Oznacza to, że główne wrota można otworzyć tylko od wewnątrz. To daje śledczym do myślenia.

Kocim krokiem

Relikwiarze zawsze przechowywane były w tabernakulum ołtarza Kaplicy Krzyża Św. Za wyjątkiem piątków i niedziel. Wtedy zabierano je do ołtarza głównego. Duży stał wówczas na tronie ołtarza, zaś mały trzymał zakonnik odprawiający drogę krzyżową.

Ostatnim z zakonników, który miał kontakt z relikwiami był ojciec Wacław. To on w piątek, 8 lutego, odprawiał drogę krzyżową. Zgodnie z ceremoniałem, z małym relikwiarzem obchodził wszystkie stacje drogi krzyżowej. Po zakończeniu nabożeństwa wziął relikwiarz i wyszedł z nim na środek bazyliki do wiernych, aby mogli ucałować Święty Krzyż. Po czym zaniósł „święte drzewo” do tabernakulum. Miał problem z przekręceniem klucza w zamku od kratki. Z pomocą przyszedł mu brat Iwo.

W sobotę relikwiarze były zamknięte w schowku. Na ostatnią tego dnia Mszę św., na godzinę 18.00 przyszła garstka wiernych, 7 może 8 osób. Stali bywalcy bazyliki. Nabożeństwo odprawiali o. Szczepan i o. Wacław. W konfesjonale w pobliżu chóru siedział spowiednik o. Roman. To on zwrócił uwagę na dziwnego osobnika, który kocim ruchem przemierzał bazylikę.

– Około godziny 18.15 przed konfesjonałem przemknął mężczyzna, kierując się w stronę kaplicy świętej Magdaleny. Ciemne włosy, średni wzrost, szczupła budowa ciała. Był w ciemnej kurtce i obcisłych, ciemnych spodniach. Wydawało mi się, że skoro przeszedł na prawą stronę konfesjonału, to zaraz powinien przystąpić do spowiedzi. Tak się jednak nie stało. Do czasu zakończenia mszy nikt nie wyszedł z tej kaplicy. Gdy wychodziłem, zerknąłem jeszcze w tamtą stronę, ale nikogo nie zauważyłem. Było ciemno. Pomyślałem, że brat Iwo wyprosi tego człowieka, jak będzie zamykał bazylikę – relacjonował zakonnik.

Po sobotnim nabożeństwie bracia udali się do refektarza na kolację. Byli na niej wszyscy. Następnie oglądali „Wiadomości”. A po godz. 20 rozeszli się do swoich pokoi.

Radiesteci w akcji

Od razu było wiadomo, że relikwiarze nie były odpowiednio zabezpieczone. Zamki w kracie były starego typu. Pokonanie ich nie wymagało specjalnej wiedzy ani umiejętności. Kaplica nie posiadała żadnego systemu alarmowego.

Ekspertyza mechanoskopijna wykazała na wewnętrznych elementach zamków obecność zarysowań, które powstały podczas otwierania nieodpowiednimi kluczami lub wytrychami. Zabezpieczono 6 śladów linii papilarnych (4 w obrębie tabernakulum), ustalono, że nie zostały pozostawione przez żadnego z zakonników.

Śledczy od razu przyjęli hipotezę, że sprawca najprawdopodobniej po ostatniej sobotniej mszy ukrył się w kościele, co nie nastręczało większej trudności, zważywszy na rozległość świątyni, ilość zakamarków i nisz. Następnie posługując się wytrychem lub dorobionym kluczem otworzył zamki w kracie kaplicy i schowka. Relikwie wyniósł wejściem głównym.

Śledczy, licząc się z możliwością wywiezienia bezcennych relikwii z kraju, skierowali do wszystkich przejść granicznych stosowne meldunki zawierające szczegółowe opisy relikwiarzy i ich zdjęcia.  Policjanci penetrowali też okoliczne komórki, meliny i piwnice. Jako pierwsi w kręgu podejrzeń znaleźli się lubelscy paserzy dzieł sztuki, znani organom ścigania, osoby karane za włamania do obiektów sakralnych, skarbonek kościelnych oraz muzeów. Byli wielokrotnie przesłuchiwani. Sprawdzano ich alibi i przeszukiwano ich miejsca zamieszkania. Obserwowano też kolekcjonerów dzieł sztuki, jubilerów, osoby mające kontakty z antykwariuszami z RFN i Austrii.

Któregoś dnia na tacę podczas mszy w katedrze ktoś położył banknot 100 złotych, na którym flamastrem było napisane: „Drzewo krzyża św. ukradli ci sami, którzy włamali się do piwnicy od ulicy Rybnej 4. Widzieliśmy”.
Któregoś dnia na tacę podczas mszy w katedrze ktoś położył banknot 100 złotych, na którym flamastrem było napisane: „Drzewo krzyża św. ukradli ci sami, którzy włamali się do piwnicy od ulicy Rybnej 4. Widzieliśmy”.

Przeor na własną rękę próbował wyjaśnić sprawę kradzieży. Zaangażował radiestetę, który wytypował jako miejsce przechowywania relikwii gospodarstwo rolne w Majdanie Sobieszczańskim koło Niedrzwicy. Jego wizja się nie sprawdziła. Z kolei radiesteta z Hamburga poinformował listownie, że jego zdaniem relikwiarze znajdują się w ogrodzie zoologicznym lub miejscu, gdzie są gady i płazy. W pobliżu sztucznego źródła wody, w rurze lub kanale. Policjanci sprawdzali każdą informację, nawet absurdalną.

Pomoc w ustaleniu sprawców oferowali nie tylko różdżkarze, ale i więźniowie. Oczywiście nie bezinteresownie, w zamian za pomoc w uzyskaniu przerwy w odbywaniu kary.

Typowano też byłych zakonników, którzy zrzucili habit, byłych pracowników świeckich zakonu oraz ministrantów. Do Kurii Biskupiej wpłynął list od mieszkańca Nowego Sącza, który podejrzewał prawosławnego duchownego z miejscowości Zdynia. Miał słyszeć, jak pop skarżył się podczas kazania na „łacinników”, że obrabowali Kościół Wschodni z relikwii. Oczywiście wystąpiono do KWP w Nowym Sączu o operacyjne rozpracowanie duchownego. Ustalono, że rzeczywiście wskazany w liście ksiądz pracował w cerkwi, ale od 1984 roku nie mieszka na ich terenie.

Do śledczych i przeora docierały liczne anonimy z informacjami. Któregoś dnia na tacę podczas mszy w katedrze ktoś położył banknot 100 złotych, na którym flamastrem było napisane: „Drzewo krzyża św. ukradli ci sami, którzy włamali się do piwnicy od ulicy Rybnej 4. Widzieliśmy”.

Jestem Bogiem

Zastępca dyrektora szpitala psychiatrycznego w Lublinie  poinformowała śledczych, że osobiście tuż przed kradzieżą widziała w kościele dominikanów mężczyznę stojącego z rozłożonymi rękami przed ołtarzem, który trzymał w ręku różaniec. Na podstawie swojej wieloletniej praktyki stwierdziła, że posiada on zaburzenia psychiczne, których jednak nie leczy.

Przy okazji wytypowała osoby, które mogłyby dokonać świętokradztwa. Jej zdaniem mógł to być mężczyzna z zespołem paranoicznym na tle religijnym, zakonnik na tle zemsty lub sataniści. Śledczy powołali w tej sprawie biegłych psychiatrów, którzy po przeanalizowaniu akt sprawy stwierdzili jednak, że za kradzieżą stoi osoba zdrowa psychicznie, którą cechuje chłód uczuciowy. Przyjęli za pewnik, że człowiek wierzący i praktykujący nie byłby w stanie dopuścić się takiego świętokradztwa. Nie tylko z lęku przed potępieniem w sensie kary za grzech. Ich zdaniem chorzy psychicznie znacznie rzadziej kradną. A kradzieże z obiektów kultu religijnego są niezwykłą rzadkością. „Oczywiście zdarza się, że chorzy psychicznie mają urojenia religijne. Twierdzą, że są Jezusem, Bogiem, Maryją. W 1988 r. głośna była działalność mieszkańca Kraśnika. Miał urojenia. Uważał się za proroka głoszącego nową religię. Niszczył wespół ze swym uczniem obiekty kultu religijnego, uważając je za bałwany nie zasługujące na oddawanie czci” – napisali w opinii. 

Wpadka „Papieża”

W połowie marca wydało się, że nastąpił zwrot w sprawie. Policja w Tarnowskich Górach namierzyła 16-latka, który opowiedział im ciekawą historię. Otóż oświadczył, że kilka tygodni wcześniej na dworcu PKP spotkał kolegę Daniela.

– Zapytał mnie, czy nie chcę pojechać z nim i jego kumplami do Lublina. Mieli w planie kradzież w jakimś klasztorze. Gość o ksywie „Papież” miał spore rozeznanie, co do miejsc przechowywania cennych przedmiotów. Mówił, że łup może mieć wartość pół miliarda złotych. Daniel pokazał mi tego„Papieża”. Dwa dni później dowiedziałem się, że kumpel był w Lublinie z „Papieżem”. Wściekał się, bo stracili tylko kasę – zeznał nastolatek.

Policjanci namierzyli wszystkich uczestników tej wycieczki.

– „Papieża” poznaliśmy na dyskotece. Zaproponował nam wyjazd do Lublina. Umówiliśmy się nazajutrz na dworcu PKP. Był to początek lutego. Pojechaliśmy sporą grupą. Z osiem osób. „Papież” powiedział nam, że w klasztorze poda się za mnicha, a potem go okradnie. Chciał, żebyśmy zapłacili za podróż do Lublina. On miał się zrewanżować wycieczką w góry. Gdy wszedł do klasztoru, my czekaliśmy na niego w taksówce. Wszystko miał załatwić sam. Ale znudziło nam się to czekanie i pojechaliśmy na dworzec. Tam też się nie pojawił. Po prostu nas wykiwał. Przejechał się pociągiem za nasze pieniądze i uciekł – mówili.

Okazało się, że był to mylny trop. „Papież” rzeczywiście był w klasztorze, ale u Misjonarzy Afryki na ul. Warszawskiej. Jeden z zakonników przypomniał sobie, że 3 lutego przyszedł do nich młody mężczyzna, który okradł jednego z braci na kwotę  300 tysięcy złotych i zbiegł przez okno.

Długo jednak nie cieszył się wolnością. Wpadł 28 maja, będąc w Lublinie. Stało się to… podczas próby „wstąpienia” do zakonu dominikanów. Był u przeora Juliusza na rozmowie. Zakonnik wyszedł i wrócił już z policjantami.

Okazało się, że okradanie mnichów był to jego sposób na życie. Szybki i łatwy zarobek. Nauczył się modlitw, obrządku katolickiego i jeździł po rożnych klasztorach, mamiąc zakonników, że chce zasilić ich szeregi.

Znowu sprawa utkwiła w martwym punkcie.

W kwietniu 1992 roku, śledztwo zostało umorzone z powodu niewykrycia sprawców. Lata poszukiwań, tropienie nawet najmniejszych śladów, nie przyniosły odpowiedzi na pytanie, kto i dlaczego dokonał tego świętokradztwa. Przesłuchano 244 świadków, dokonano 101 przeszukań mieszkań, a nawet otwarto grobowiec przy ul. Lipowej. Dokonano penetracji 255 pomieszczeń, wykonano 33 ekspertyzy mechanoskopijne, daktyloskopijne, fizykochemiczne, psychiatryczne, pobrano odciski palców od 164 osób, sprawdzano 12 anonimowych informacji, 10 informacji od radiestetów.

Kryptonim „Zakon”

Choć oficjalnie śledztwo umorzono, policjanci nadal prowadzili działania operacyjne pod kryptonimem „Zakon”. Dwa lata po zamknięciu śledztwa w krakowskim Areszcie Śledczym przesłuchano jednego z tamtejszych osadzonych, mężczyznę skazanego na 4  lata więzienia za włamania do  kościołów w Małopolsce. Jego łupem padły wota (łańcuszki, medaliony, obrączki). wartości 13,5 miliona ówczesnych złotych. Wpadł nazajutrz po włamaniu.  Zeznał, że w styczniu 1991 roku, na bazarze Różyckiego w Warszawie, poznał K.

– Zaproponował mi pomoc w znalezieniu pracy. Zamieszkaliśmy w „Domu Chłopa”. Zorientowałem się, że on handluje przedmiotami pochodzącymi z kościołów. Domyśliłem się, na czym będzie polegać moja praca. Pod koniec stycznia 1991 roku, gdy byliśmy z K. na bazarze, podszedł do nas jego znajomy o pseudonimie „Cacek”. Zapytał, czy nie wybieramy się do Lublina po krzyże z relikwiami drzewa świętego, na którym umarł sam Chrystus. Mówił, że w Lublinie są dwa piękne, srebrne relikwiarze – opowiadał osadzony. Nie chciał jechać, ale sprawa krzyży bardzo go zainteresowała. Wielokrotnie wracał do tego tematu. Mówił, że można by na tym sporo zarobić.

DSCF4300
Brat Iwo wyjaśnia policjantom, że po zamknięciu kaplicy klucze kratki tabernakulum i kraty głównej kaplicy zawsze pozostawia w szufladzie z kielichami mszalnymi w zakrystii

Mężczyźni postanowili pojechać do Lublina, przyjrzeć się relikwiom z bliska. Było to na początku lutego: – W bazylice byliśmy o godzinie 10. Drzwi były otwarte. W środku nie było wiernych. Przy ołtarzu głównym stał jakiś stary zakonnik. Podeszliśmy do prawej nawy bocznej. Krata odgradzająca ołtarz, w którym umieszczone były relikwie, była zamknięta. K. dokładnie obejrzał zabezpieczenia i powiedział, że w ciągu minuty otworzy drzwi. Z kratą nie miałby żadnych problemów. Zastanawiał się, gdzie w bazylice można by się schować. W ołtarzu w lewej nawie, pod pulpitem stołu z boku są niezamykane drzwiczki. Otworzył je i powiedział, że może tam wejść nawet „pluton wojska”. Wieczorem wyjechaliśmy do Warszawy. K. napalił się na te relikwie. Mówił, że je ukradnie. Gdy mu to odradzałem, powiedział, że bez problemu znajdzie na nie kupca.

Między 8 a 10 lutego mężczyźni byli w Krakowie. Zameldowali się hotelu „Polonia”. 11 lutego wrócili do Lublina.

– K. powiedział, że jest tam dużo kościołów, można się rozejrzeć za czymś cennym. Od razu z dworca PKP poszliśmy do bazyliki dominikanów. W środku był zakonnik i facet po cywilnemu, który robił zdjęcia ołtarza, w którym były relikwie. Zakonnik powiedział do nas, byśmy opuścili kościół. Doszedłem do wniosku, że osobą fotografującą jest policjant, że relikwiarze skradziono. Wyszliśmy i w jednym z kiosków kupiliśmy gazetę. Pisali o kradzieży relikwii.

Ktoś im sprzątnął relikwie sprzed nosa. Wrócili do stolicy. Pewnego razu „nasz” osadzony w jednej z restauracji zamówił dwie pięćdziesiątki wódki i tatara. Przy sąsiednim stoliku siedzieli jego znajomi. Jeden z nich elegancki, elokwentny i wykształcony warszawiak, w przeszłości zajmował się kradzieżami na Dworcu Centralnym: – Zawsze widywałem go z dwoma kumplami. Siedząc nad tym tatarem, usłyszałem, jak Janusz powiedział do kolegi „po co robiliśmy ten Lublin, będą z tego same kłopoty, ni jak nie można tego sprzedać, za dużo przy tym szumu”. Skojarzyłem, że chodzi o kradzież relikwiarzy. Spytałem Janusza, czy mogę się do nich dosiąść. Zgodził się. Wtedy zapytałem wprost, czy mówią o relikwiarzach skradzionych u dominikanów w Lublinie. Potwierdził. Rozmawialiśmy półgłosem. Opowiedział, jak we trzech weszli do bazyliki i zostali tam na noc. Z otwarciem kraty nie mieli żadnych problemów. Jedynym kłopotem jaki mieli, był chłód panujący w kościele. Mówił, że zmarzli niemiłosiernie. Relikwiarze schowali do dwóch toreb ortalionowych. Z bazyliki wyszli rano po jej otwarciu. Pojechali autobusem do Ostrowca Świętokrzyskiego, poszli do gościa o pseudonimie „Dziadek”. Rozpakowali torby i zaczęli oglądać relikwiarze. Byli rozczarowani, że nie są z czystego złota. Janusz mówił, że planowali je sprzedać na bazarze na Kole w Warszawie. Ale jak sprawa zrobiła się głośna, przestraszyli się i ze sprzedaży zrezygnowali. Relikwiarze gdzieś schowali. 

Śledczy jednak nie poszli tym tropem. Może uznali je za wytwór fantazji osadzonego, efekt skrupulatnego przeglądania prasy pod kątem kościelnych zainteresowań.

Sprawcy kradzieży mogą dziś spać spokojnie. 10 lutego 2016 roku upłynął termin przedawnienia karalności. Ale nie paserzy. Chodzi bowiem o dobro o szczególnym znaczeniu dla kultury i dziedzictwa. Sprawą zajmują się policjanci z lubelskiego Archiwum X.

 Aneta Urbanowicz

 

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*