BANDA JASKINIOWCÓW Z PRL-u

 Wódka szła w dni targowe jak woda. Targi w Chełmie były kiedyś we wtorki. We wczesnym okresie PRL handel na targowisku przy ulicy Lwowskiej nie ograniczał się jak obecnie do wyznaczonego placu nieopodal dworca PKS. Kramy i budki ze starzyzną wylewały się na chodniki i na jezdnię. Kierowcy musieli uważać, żeby nie rozjechać kury, która uciekła z koszyka wiejskiej gospodyni.

3 lutego 1959 roku, parę minut przed godziną 18. Janina Zan, kierowniczka sklepu monopolowego MHD nr 36 przy Lwowskiej 10 przymknęła drzwi, a ekspedientka Aniela Gaj opuściła okiennice. We dwie obliczyły całodniowy utarg. Sporo tego było, ponad 56 tysięcy złotych. Zgodnie z obowiązującymi przepisami, kierowniczka sporządziła raport kasowy i schowała gotówkę do torebki. Następnie obie z ekspedientką zamierzały odnieść utarg do kasy MHD. Dzwony  katedry na Górze Chełmskiej zabiły sześć razy…

Strzelił prosto w głowę

W tejże chwili do sklepu wszedł spóźniony interesant. Był to wysoki mężczyzna około trzydziestki. Szczupłą wymizerowaną twarz ozdabiały wąsy. Miał na sobie zielony płaszcz, przerobiony z wojskowego szynela, a na głowie czapkę pilotkę. Ekspedientka już otwierała  usta żeby poinformować klienta, że nieczynne, gdy głos uwiązł jej w krtani. Mężczyzna trzymał w dłoni pistolet. Drugą ręką zerwał z głowy pilotkę i schował ją do kieszeni. Pchnął kobiety na ladę, po czym wyrwał kierowniczce torbę  z utargiem.

– Ty swoją też oddaj, księżniczko – zwrócił się do Anieli Gaj, wyciągając rękę po jej torebkę. Na tym jego krótka wizyta w sklepie  nr 36 skończyła się. Gdy wybiegł, sparaliżowane dotąd strachem kobiety rzuciły się w pościg za rabusiem. Wzywały milicję i krzyczały, żeby łapać złodzieja. Człowiek w zielonym płaszczu, wciąż trzymając w ręku pistolet, biegł środkiem ulicy, roztrącając przechodniów. Z powodu lutowego mroku pogoń była utrudniona. Ludzie nie bardzo wiedzieli kto kogo goni i dlaczego.

Błyskawicznie ocenił sytuację młody mężczyzna, który stał z narzeczoną nieopodal monopolowego. Był to Stefan Jarocki, kierownik znajdującego się po sąsiedzku sklepu MHD z tekstyliami. Zobaczył, że wymachujący bronią człowiek przecina ulicę Lwowską. Ruszył koleżankom w sukurs. Dobiegł do rabusia i chwycił go za rękę, w której tamten ściskał kurczowo damskie torebki. Mężczyzna, który napadł na sklep monopolowy, odwrócił się i z odległości pół kroku wypalił kierownikowi z pistoletu w głowę. Jarocki osunął się na bruk. Napastnik nawet się  nie obejrzał, tylko pobiegł dalej.

Stefan Jarocki został przetransportowany do kliniki neurochirurgii w Lublinie. Znajdował się w beznadziejnym stanie. Kula trafiła go w czoło i uszkodziła tkankę mózgową. 11 lutego Jarocki zmarł, nie odzyskując przytomności. Miał 23 lata.

Poszukiwany wąsacz

Zabójstwo młodego handlowca głęboko oburzyło mieszkańców województwa lubelskiego. Jarocki zginął, próbując odebrać bandycie zrabowany łup ze sklepu. Powszechne było potępienie dla sprawcy, który nie zawahał się strzelić w głowę bezbronnemu człowiekowi.

Poruszone tragedią były też władze. Kiedy w szpitalu trwała walka o życie rannego kierownika, minister handlu wewnętrznego kazał się codziennie informować o stanie jego zdrowia. Jarocki został pośmiertnie odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi. Pogrzeb odbył się na koszt państwa. Dyrekcja MHD otoczyła opieką rodzinę i narzeczoną Stefana, która widziała jak bandyta do niego strzelił. Wszczęto energiczne śledztwo, zaangażowano najbardziej doświadczonych dochodzeniowców z wydziału kryminalnego Komendy Wojewódzkiej Milicji Obywatelskiej w Lublinie oraz Komendy Powiatowej w Chełmie.

Udało się odtworzyć kierunek ucieczki sprawcy. Z zeznań świadków wynikało, że mężczyzna w zielonym płaszczu, po oddaniu strzału do Stefana Jarockiego, skręcił z Lwowskiej w przecznicę. Przy zbiegu ulic znajdował się Dom Dziecka. Podłużny niski barak otaczał park. W to miejsce doprowadził śledczych pies milicyjny. Dalej jednak ślad się urywał. Zabezpieczono łuskę kuli, która trafiła w głowę kierownika sklepu i ustalono, że sprawca strzelał do niego z pistoletu parabellum.

Janina Zan i Aniela Gaj zapamiętały, że człowiek, który z bronią w ręku wtargnął do sklepu, miał około 30 lat i nosił wąsy. Milicja poszła tym tropem. Poszukiwania postawnego mężczyzny z wąsem prowadzono tak intensywnie, że dochodziło do absurdów. Każdy młody wąsacz był traktowany jak potencjalny zabójca. W rezultacie, w Chełmie wzrosła sprzedaż brzytew i maszynek do golenia, a fryzjerzy zarabiali krocie.

Dużo do myślenia dawało zachowanie sprawcy podczas napadu. Rabuś po wejściu do sklepu i sterroryzowaniu kobiet pistoletem, zdjął czapkę. Mógł to być odruch dobrego wychowania – zupełnie nie na miejscu w takiej sytuacji – lub nerwowy gest człowieka, który ma przed sobą trudne i ryzykowne zadanie.

Albo ani jedno ani drugie. W sklepie było cieplej niż na zewnątrz, ale nie na tyle, żeby po wejściu do pomieszczenia czuć dyskomfort z powodu gorąca i zdejmować część ubioru. Jednak, gdy napastnik odsłonił głowę, kierowniczka i ekspedientka zobaczyły, że mężczyzna się poci. Jakby miał gorączkę. Zapamiętały jego wychudzoną twarz i podkrążone oczy. Tak zachowuje się i wygląda ktoś, kto jest chory.

Dla niektórych członków milicyjnej grupy operacyjnej, powołanej w celu schwytania zabójcy, spostrzeżenia pracownic sklepu były czymś więcej niż tropem. Przysłuchując się relacji kobiet niemal widzieli sprawcę. Zdawali sobie sprawę, że zdarzenie z 3 lutego stanowi fragment większej całości. Musieli też mieć świadomość, że ktoś popełnił błąd, którego ceną okazało się życie człowieka.

Od jesieni 1955 roku nie było miesiąca, żeby w powiecie chełmskim nie doszło do zuchwałego napadu rabunkowego lub włamania.
Od jesieni 1955 roku nie było miesiąca, żeby w powiecie chełmskim nie doszło do zuchwałego napadu rabunkowego lub włamania.

List jaskiniowców

7 lipca 1955 roku był tropikalny upał. Kasjer z huty szkła w miejscowości Ruda Huta w powiecie chełmskim w asyście uzbrojonego w pepeszę konwojenta przywiózł z banku pobory dla pracowników huty.

Gdy szli od stacji kolejowej do wsi, zostali na drodze zaatakowani przed dwóch mężczyzn, którzy zagrozili im pistoletami. Jeden z napastników odebrał konwojentowi pepeszę, wyciągnął z niej magazynek a z magazynku naboje. Drugi wyszarpnął kasjerowi teczkę z wypłatami dla robotników. W teczce, oprócz 142 tysięcy złotych, znajdowała się firmowa pieczątka. Potem bandyci zatrzymali jadącą rowerem kobietę, zabrali jej pojazd i zniknęli w oddali.

Poszkodowani nie przyjrzeli się sprawcom. Cały napad trwał najwyżej 2 minuty. Szanse milicji na szybkie schwytanie rabusiów były więc znikome. Kilka dni później do Komendy Powiatowej w Chemie przyszedł list o następującej treści: „Kochana władzo! Jak tam przebiega śledztwo, my spokojnie jedziemy do Gdańska”. Wtedy po raz pierwszy w tej sprawie padło słowo „Jaskiniowcy”. Tak przedstawili się autorzy listu.

Czy faktycznie byli to sprawcy napadu na kasjera? A może list napisał jakiś dowcipniś? Czy informacja o wyjeździe przestępców do Gdańska była prawdziwa, czy miała wprowadzić milicję w błąd? Odpowiedzi na te pytania poznano już wkrótce. Inne zagadki, związane ze śledztwem musiały czekać na rozwiązanie kilka lat.

Sprawa polityczna?

Mniej więcej od jesieni 1955 roku nie było miesiąca, żeby w powiecie chełmskim nie doszło do zuchwałego napadu rabunkowego lub włamania. Napadano na sołtysów, ogołacano z gotówki i towarów sklepy GS. Milicja była bezradna, chociaż wiedziała, że przestępstw dokonywali ci sami sprawcy, którzy napadli na kasjera z huty.

Skąd ta pewność? A stąd, że rabusie każdemu z napadniętych chłopów i w każdym okradzionym sklepie zostawiali… pokwitowania, opatrzone pieczątką, zrabowaną latem wraz z gotówką kasjerowi. Nader interesująca była treść tych pokwitowań. Podawano dokładną kwotę skradzionej gotówki z informacją, że pieniądze zostały zarekwirowane na potrzeby tajnej organizacji wojskowej.

Tajna organizacja wojskowa… To brzmiało jak zabawa nastolatków. Milicjanci obawiali się, że jak powiedzą o tym zwierzchnikom, zostaną przez nich wyśmiani. Z drugiej strony, jeśli przemilczą tę informację, a okaże się, że coś jest na rzeczy, będą mogli mówić o szczęściu, jeśli nie pójdą na wiele lat za kraty za sprzyjanie „reakcyjnym bandom”. W tej sytuacji postanowiono skoncentrować się na ustaleniu osoby, która wypisywała pokwitowania. Okazało się, że spod tej samej ręki wyszedł „dowcipny” list, wysłany do Komendy Powiatowej w Chełmie. Kolejny napad rabunkowy sprawił, że trzeba było tę pracę przerwać.

Trop wiódł do Leśniczówki

W nocy 14 września 1956 roku  „jaskiniowcy” okradli z gotówki i towarów wiejską spółdzielnię w miejscowości Srebrzyszcze, kilka kilometrów od Chełma. Włamanie jak włamanie, natomiast pies tropiący doprowadził milicję do pobliskiej wsi Leśniczówka. Zatrzymano kilka osób, które szybko wypuszczono, ponieważ nie było dowodów, że maczali palce w napadzie. Jeden z mężczyzn, który zdaniem milicji miał „nieciekawy” wygląd, otrzymał dyskretny „ogon”.

Jan G. kontaktował się m.in. z niejakim Stanisławem W. W czasie dyskretnej obserwacji jego gospodarstwa zauważono na podwórku rzeczy, podobne do tych, które zostały wymienione wśród zrabowanych przez „jaskiniowców”. Zapadła decyzja o zatrzymaniu Stanisława W. Było to jednak niemożliwe, bo mężczyzna zniknął.

Poszukiwania prowadzono intensywnie a jednocześnie bez rzucania się w oczy. W trakcie działań operacyjnych milicja zwróciła uwagę na innego mieszkańca Leśniczówki, 26-letniego Tadeusza H. Z trzech powodów. Po pierwsze Tadeusz H. kilka lat temu nie zgłosił się do odbycia zasadniczej służby wojskowej. Po drugie od dłuższego czasu nie mieszkał w domu. Widywano go czasami we wsi i w innych pobliskich miejscowościach, ale tam, gdzie był zameldowany, nie pokazywał się.

Trzecim powodem zainteresowania milicji młodym mężczyzną była „niewłaściwa” przeszłość jego bliskich. Starszy brat Tadeusza, w czasie II Wojny Światowej żołnierz AK, po tzw. wyzwoleniu wstąpił do oddziału WiN. W podziemiu niepodległościowym działał do aresztowania w 1950 roku. Został skazany na 2,5 roku więzienia. W 1952 roku warunkowo wyszedł na wolność i – jak wynikało z informacji – nie kontynuował wcześniejszej działalności.

To wszystko było za mało aby uznać Tadeusza H. za podejrzanego o udział w napadach i włamaniach. Tym bardziej, że ekspertyza próbki jego pisma, jakie udało się zdobyć, nie rozstrzygała kwestii czy to on pisał pokwitowania i był autorem listu zaczynającego się od słów: „Kochana władzo”.

Pojawiał się i znikał

Bezskutecznie poszukiwany Stanisław W. sprawił śledczym dużą niespodziankę, pojawiając się na początku 1958 roku w prokuraturze w Chełmie: – Nie będę się już ukrywał – oświadczył. Trafił za kraty, ale po kilku miesiącach znów był wolny.

Stanisław W. okazał się „twardym” gościem i inteligentnym przeciwnikiem. Wyjaśniał, że przedmioty z rabunku i kradzieży, które milicja znalazła w jego gospodarstwie, podrzucono mu w czasie jego nieobecności.

 – Łatwo się do mnie dostać, a jak jestem w polu, to nie zamykam mieszkania. Każdy może wejść – tłumaczył. Kłamał? Najprawdopodobniej, ale należało mu to udowodnić, co na razie nie było możliwe.

Chyba jednak Stanisław W. nieco przeszarżował, podrażniając ambicję śledczych. Jak ktoś ma stuprocentową pewność, że czarne jest czarne, a nie pomarańczowe, to prędzej czy później zobaczy właściwy kolor. Milicja wzmogła inwigilację gospodarza. Do współpracy zaprzęgnięto tajnych informatorów. Jeden z nich pod koniec 1958 roku zameldował, że nieopodal lasu widział Stanisława W. w towarzystwie młodego, postawnego mężczyzny o niezdrowym wyglądzie, który odpowiadał rysopisowi Tadeusza H. Żeby była pełna jasność – Stanisław W. zwracał się do niego „Tadeusz”. A żeby było ciekawiej – obaj mieli broń: jeden pistolet, drugi pepeszę. Elementy układanki pasowały do siebie.

Porucznik milicji, dowodzący grupą inwigilacyjną uważał, że należy ich zatrzymać. Napady i włamania w powiecie nie ustawały i chciał położyć im kres. Zwierzchnicy zdecydowali, że trzeba czekać i obserwować. Banda z pewnością jest liczniejsza. Jeśli za kraty trafi tylko dwóch, pozostali pochowają się do mysich dziur i trudno będzie ustalić ich tożsamość. Wierchuszce marzyło się złapanie całej grupy na gorącym uczynku przy okazji jakiegoś grubszego skoku.

Obserwacja zabudowań Stanisława W. wykazała, że Tadeusz H. jest tu częstym gościem. Milicjanci próbowali przyjrzeć się z bliska temu człowiekowi, naturalnie występując incognito. Gdy widzieli, że odwiedził Stanisława W., udając nietutejszych, którzy zabłądzili, zachodzili do rolnika, pytali o drogę i bacznie rozglądali się po mieszkaniu i obejściu. Rzecz zdumiewająca – nigdy nie udało im się natknąć na Tadeusza H. chociaż obserwujący teren koledzy przysięgali, że facet nie ulotnił się w tym czasie „po angielsku” z gospodarstwa. Może gdyby ktoś głębiej zastanowił się, dlaczego przestępcy podpisują się „jaskiniowcy”, zagadkę dziwnych zniknięć Tadeusza H. łatwiej byłoby rozwiązać.

W pierwszych dniach lutego 1959 roku śledczy otrzymali informację, że Tadeusz H. odwiedził dom starców pod Leśniczówką, prowadzony przez zakonnice. Celem wizyty tym razem nie był rabunek. Tadeusz H. potrzebował pomocy lekarskiej i konsultował się w tej sprawie z jedną z sióstr zakonnych. Był poważnie chory i musiał przyjmować zastrzyki. Ustalono, że lek, bez którego nie mógł funkcjonować, jest bardzo drogi.

Niewątpliwie Tadeusz H. potrzebował pieniędzy, żeby się leczyć. Gdyby milicja potrafiła odczytać to co kryło się w tej wiadomości między wierszami, rodzina Stefana Jarockiego nie opłakiwałaby jego śmierci.

Kryjówka pod podłogą

Przypuszczano, że po napadzie na sklep w Chełmie, Tadeusz H. będzie szerokim łukiem omijał Leśniczówkę. Faktycznie – przez miesiąc ani razu tam się nie pokazał. Ale już na początku marca milicja otrzymała elektryzującą wiadomość, że podejrzany zjawił się u Stanisława W. Tym razem nie czekano.

5 marca, godzina 8.55. okratowane wozy i trzy grupy szturmowe uzbrojonych po zęby funkcjonariuszy MO.

– Ręce do góry! – nakazano Stanisławowi W., który stał przy domu. Rolnik wykonał polecenie. Milicja weszła do mieszkania. A tam na stole dwa talerze i dwie szklanki.

 – Gdzie on jest? – padło pytanie. Gospodarz zrobił minę człowieka, który nie ma pojęcia czego od niego chcą. Zapewnił, że jest sam w domu.

– Jeśli jest ktokolwiek w moich zabudowaniach, to możecie mnie powiesić – dodał. W jego głosie była pewność siebie i coś w rodzaju kpiny. Jednak w mieszkaniu faktycznie nie było Tadeusza H. Podobnie jak w oborze, spichrzu na zboże i w stodole. Milicjanci wynieśli beczki, stare narzędzia i najrozmaitsze graty, sprawdzali każdy kąt. Bez skutku.

W pewnym momencie milicyjny pies Ebro zaczął drapać podłogę w narożniku stodoły. Okazało się, że kilka desek się rusza. Po chwili oczom funkcjonariuszy ukazało się zejście do ukrytego schowka. Nie była to jaskinia, ale – jak się potem okazało – piwnica o powierzchni kilkunastu m.kw. Pies niecierpliwił się; w środku ktoś przebywał. Milicja wezwała ukrywającego się człowieka do wyjścia bez broni z podniesionymi rękami. Nie posłuchał. Padła więc przyzwalająca komenda opiekuna i Ebro wskoczył do otworu. Po kilku sekundach rozległ się huk wystrzału i skowyt psa.

Milicja podała potem do publicznej wiadomości, że do piwnicy wrzucono gaz łzawiący. W chwilę później padł drugi strzał i usłyszano łoskot upadającego ciała. Po wejściu do schowka funkcjonariusze zobaczyli martwego psa a kilka metrów dalej leżały zwłoki Tadeusza H. z przestrzeloną głową. Stwierdzono, że mężczyzna popełnił samobójstwo. Użył tego samego pistoletu parabellum, z którego zastrzelił Stefana Jarockiego. Broń leżała obok ciała.

W piwnicy znaleziono kilka sztuk innej broni palnej oraz sporo  amunicji. Pod drewnianą pryczą leżało 30 tysięcy złotych oraz przedmioty, które miały w swoich torebkach pracownice obrabowanego sklepu MHD w Chełmie.

Ustalono, że Stanisław W. był przywódcą bandy rabunkowej działającej przez kilka lat na terenie powiatu chełmskiego a Tadeusz H. jego prawą ręką. Niebawem milicja zatrzymała  kilkunastu innych członków grupy przestępczej. W przemyślnie ukrytych schowkach znaleziono broń długą i krótką, naboje, wojskowe mundury polskie i niemieckie, gotówkę oraz wiele przedmiotów pochodzących z rabunków i włamań.

Pod koniec 1959 roku dwunastu oskarżonych stanęło przed Sądem Okręgowym w Lublinie. Prokurator przedstawił dowody. Osoby, które zostały przez bandytów napadnięte i obrabowane, rozpoznały ich. Oskarżeni nie przyznali się do winy. Wyroki zapadły 22 grudnia 1959 roku. Na dożywocie i pozbawienie praw publicznych i obywatelskich na zawsze skazano Stanisława W. i Jana G. Pozostali otrzymali kary od 3 do 10 lat więzienia.

Mariusz Gadomski

 

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*