Trup bez głowy pod jabłonką

Człowiek wyszedł rano na pokrzywy, następnego dnia jego ciało wykopano spod jabłonki nad rzeką. Trup nie miał głowy, nigdy jej zresztą nie znaleziono, a sprawa zabójstwa Wacława G. – chociaż minęło prawie dwadzieścia lat – pozostaje niewyjaśniona.

Była ciepła, majowa sobota 2000 roku. Mieszkający w kolejowym budynku przy przejeździe w Biadaszkach Małych pod Kętrzynem 73-letni Wacław G. sadził z żoną kapustę. Po robocie wziął sierp, żeby naciąć pokrzyw dla kaczek. Gdy długo nie wracał, zaniepokojona żona zaczęła go szukać w okolicy torów kolejowych, gdzie wcześniej razem kosili pokrzywy. Zachodziła tam parę razy, nawoływała, lecz nikt się nie odzywał. Kobieta ze zmartwienia nie przespała nocy, a następnego dnia wcześnie rano zadzwoniła do mieszkającej w Kętrzynie córki.

Policja została zaalarmowana w niedzielę o godzinie 7. Do Biedaszek wysłany został policjant z psem tropiącym. Pies dostał do powąchania rzeczy Wacława G. i bez wahania poprowadził w kierunku torów.

W wypełnionym wodą przepuście pod wysokim nasypem pływała porzucona płachta z pokrzywami. W środku był sierp, którego używał mężczyzna, a ślady na brzegu rowu wskazywały, że ktoś przechodził na drugą stronę. Kilkadziesiąt metrów dalej, pod jabłonką rosnącą nad przepływającą tam rzeką Guber, widać było świeżo skopaną ziemię. Pies minął to miejsce, lecz jakieś dwieście metrów dalej stracił trop. Policjant cofnął się i kazał towarzyszącemu mu zięciowi zaginionego Wacława G. przynieść z domu łopaty. Razem zaczęli rozkopywać ziemię. Już na głębokości pół metra natrafili najpierw na jeden, potem drugi worek. Spod niego widać było drelich podobny do tych, jakie nosił Wacław G. Mężczyźni przestali rozkopywać grób, z przerażeniem spostrzegli bowiem, że ciało może nie mieć szyi.

Piłą uciął głowę

Straszną robotę dokończyła za nich wezwana na pomoc ekipa dochodzeniowa. Ciało zabitego, w drelichowym ubraniu i gumowcach, ale ze spuszczonymi do kostek spodniami, rzeczywiście pozbawione było głowy. Pokryta krwią ręczna piła z plastikową rączką, leżała obok w wysokim zielsku. Biegły lekarz stwierdził potem, że właśnie tą piłą sprawca (sprawcy?) mógł odciąć głowę Wacławowi G. Żadnych innych ran, od noża, kuli, śladów tego, że mężczyzna próbował się bronić, sekcja zwłok nie wykazała. Wykazała za to duże stężenie alkoholu we krwi zabitego, jakby sprawca siłą wlał swojej ofierze wódkę do gardła.

fot 2
Narzędzie zbrodni/ fot z akt sprawy

Na miejscowych padł blady strach. Cała wioska z daleka przypatrywała się, co robi policja, próbując zrozumieć, co komu mógł być winien taki Wacław G. Wśród nich kręcił się także Kazimierz W., wdowiec; znany wszystkim, bo kiedy ksiądz przyjeżdżał do Biedaszek na niedzielną mszę, służył w wiejskiej kaplicy za zakrystiana. Jak wszyscy sąsiedzi, Kazimierz W. brał udział w pogrzebie zamordowanego, położył mu kwiaty na grób. Wtedy nawet nie mógł przypuszczać, że to właśnie jego prokurator z Kętrzyna oskarży o tę, wołającą o pomstę do nieba, zbrodnię.

Początkowo, nie mogąc się doszukać żadnego „normalnego” motywu, śledztwo obracało się wokół tezy, że miał miejsce jakiś rytualny mord, że dokonali go sataniści, albo jeszcze gorzej. Okazało się, że jakiś chłopak, który wzdłuż kolejowego nasypu zbierał krytycznego dnia ślimaki, widział kręcącego się po okolicy nieznanego, młodego mężczyznę w kapturze na głowie. Na podstawie różnych relacji policja sporządziła aż kilka portretów pamięciowych. Dotarła w końcu do ubierającego się na czarno członka grupy rockowej z Kętrzyna, który miał w Biedaszkach dziewczynę. Chłopak rzeczywiście był w sobotę na wsi, widział osoby sadzące kapustę, także starszą kobietę wypatrującą czegoś koło nasypu. W momencie, kiedy prawdopodobnie doszło do morderstwa, miał jednak próbę swojej kapeli i koledzy dali mu mocne alibi. Poza tym zdecydowanie odciął się od satanizmu.

Ślady krwi na koszulce

 Policja dalej jednak trzymała się tej hipotezy. Do tego stopnia, że zgarnęła biwakujących pod Kętrzynem rycerzy z bractwa z Ostródy, którzy akurat w tę sobotę wieczorem dali w mieście pokaz walki na miecze. Miecze bardzo pasowały do odciętej głowy, ale Wacławowi G. głowę przecież odpiłowano! Odkopane wraz z trupem narzędzie zbrodni ciągle jest jednym z najważniejszych dowodów w sprawie i punktem zaczepienia dla śledczych z Archiwum X, gdyby do policji dotarły jakieś nowe informacje.

Wtedy jednak policja najbardziej liczyła na to, że znajdzie się gdzieś głowa ofiary. Guber został przeszukany na odcinku kilku kilometrów. Bez rezultatu. Zaraz zresztą jest granica, i Rosja. Wątek rosyjski też był brany pod uwagę, parę lat wcześniej po kaliningradzkiej stronie granicy miejscowy leśnik zamordował trzech polskich handlarzy drewnem. Powystrzelał ich z obrzyna, obcięte głowy i dłonie utopił w kanale, resztę zostawiając na żer krukom. Ale tam chodziło o kilka tysięcy dolarów, a zbierający pokrzywy Wacław G. nie miał przy sobie ani grosza.

Na zakrystiana z Biedaszek, Kazimierza W., naprowadziła śledczych córka zabitego. Przypomniała sobie dziwne zdarzenie, do jakiego miało dojść na rok przed tragedią. W nocy jej rodzinny dom miał odwiedzić ubrany na czarno nieznajomy. Wyrwana ze snu zapytała go, czego chce, a on miał mówić, że „musi wszystko pospisywać”. Zostawiając pozapalane wszędzie światło, wyszedł, a przez resztę nocy jeździł po pastwisku dosiadając konia Kazimierza W.

Chyba jednak nie to było powodem przeszukania jego domu i znajdującej się obok stolarni, z której korzystał jego syn. Nie mając nic, policja spróbowała i tego, w końcu Kazimierz W. mieszkał najbliżej miejsca zbrodni. W rezultacie przeszukania zabrano do badania trochę zaplamionych ubrań. Kilka miesięcy później, więcej niż rok po zabójstwie, okazało się, że na jednej z zabrudzonych koszulek, czy chustce do nosa, jest krew Wacława G. Badania DNA wykluczały jakąkolwiek pomyłkę.

Niech będzie, że ja!

Na wniosek prokuratury Sąd Rejonowy w Kętrzynie natychmiast wydał nakaz aresztowania Kazimierza W. Wszyscy poczuli ulgę. Formalnie podejrzany nigdy się nie przyznał. Wyszło jednak potem na jaw, że na komendzie w Kętrzynie, zaszokowany aresztowaniem i tak ciężkim zarzutem, dodatkowo co chwila wzywany z „dołka” na przesłuchania Kazimierz W. na zadane mu po raz setny pytanie: „ty to zrobiłeś?” nie wytrzymał i miał powiedzieć: – Jak już tak chcecie, to niech będzie, że ja!

Miał wtedy 65 lat, był po zawale, od samego ganiania po schodach tracił dech, skołowany chciał mieć wreszcie spokój. W tymczasowym areszcie dostał go na niemal dwa lata.

Proces w sprawie zabójstwa w Biedaszkach toczył się przed Sądem Okręgowym w Olsztynie.

– Znałem go od 40 lat, można powiedzieć, że był moim przyjacielem. To musiał zrobić ktoś nienormalny. Ja jestem normalny – Kazimierz W. z całą prostotą starał się wyjaśnić, że nigdy nic do sąsiada nie miał, fatalnego dnia widział sąsiada rano w sklepie, a co się potem z nim działo, nie wie. Jeśli chodzi o krew na koszulce, którą u niego znaleziono, od początku twierdził, że kiedyś odganiał psa, który pogryzł Wacława G. i wtedy mógł się pobrudzić krwią sąsiada.

Prokurator z Kętrzyna, pamiętając pewnie, że Kazimierz W. „pękł” raz na komendzie, nie wierzył oskarżonemu do końca. Na szczęście uwierzył mu sąd. I to aż dwa razy. Pierwszy wyrok uniewinniający Kazimierza W. wydany został 4 czerwca 2003 roku, ale zakwestionował go Sąd Apelacyjny w Białymstoku. Po raz drugi Kazimierz W. został uniewinniony 22 października 2004 r.

Sąd nie podważył wyników badań genetycznych. Na starej koszulce była krew zabitego, ale sąd uznał, że nikt nie jest w stanie określić bez wątpliwości, kiedy i w jaki sposób się tam się znalazła. Poza tym ktoś, kto na żywca rżnie człowiekowi głowę, musiałby się cały unurzać we krwi, nie skończyłoby się na paru kropelkach. Do uniewinnienia walnie przyczyniła się psychologiczna opinia o oskarżonym. Dobiegający siedemdziesiątki dziadek w żadnym razie nie miał charakteru zbrodniarza, wystarczyło na niego spojrzeć. Jednak nawet jeśliby tylko udawał niewiniątko, jasne było, że fizycznie nie dałby rady zabić sąsiada, wlec przez co najmniej kilkadziesiąt metrów, odciąć piłą do drewna głowę, a ciało niepostrzeżenie zakopać w dość widocznym miejscu.

Stanisław Brzozows

 

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*