Bardziej ofiara prowokacji a nie terrorysta

Nie trzynaście, lecz łącznie z aresztem dziewięć lat za kratkami ma spędzić Brunon Kwiecień, skazany za organizowanie zamachu na sejm. Tak w ostatnich dniach postanowił Sąd Apelacyjny i wyrok ten jest prawomocny. Uważam jednak, że sprawa krakowskiego bombera nakłada się na ogólnie żałosny stan polskiego wymiaru sprawiedliwości.

Jedną z moich ulubionych scen z przedwojennej komedii „Dodek na froncie” jest ta, w której grający carskiego porucznika Iwanowa, Adolf Dymsza, oprowadza po froncie Wielkiego Księcia Władimira Pawłowicza. By wkraść się w łaskę księcia oficer stosuje pewien fortel, czy jak on to sam nazywa „fiuki – miuki”. Kiedy schodzą do okopów, Iwanow wyłapuje własnoręcznie lecące wprost na Pawłowicza kule i granaty, które podrzucają mu umówieni wcześniej na tę okoliczność żołnierze. Wielki książę zachwycony bohaterstwem Iwanowa przypina mu na miejscu ordery.

Otóż są powody, by przypuszczać, że w sprawie Brunona Kwietnia podobne „fiuki – miuki” mogły być udziałem ABW. Poprzednia ekipa rządowa zapowiadała bowiem poważną reorganizację tej służby oraz ograniczenie jej śledczych i procesowych uprawnień. Wiązało się to oczywiście z redukcją etatów. Dlatego „należało” wykazać, że ABW jest instytucją bardzo potrzebną i zachowanie jej dotychczasowych struktur i kompetencji to konieczność. Patrzcie, w Polsce istnieje zagrożenie terrorystyczne, a my wykryliśmy właśnie groźnego zamachowca, który chciał wysadzić w powietrze budynek sejmu wraz z prezydentem, premierem i wszystkimi politykami! Czy to przypadek, że na konferencji zorganizowanej po zatrzymaniu Kwietnia krakowski prokurator zapędził się nieco, kiedy zaczął bronić ABW przed planowanymi zmianami? Zaś jeden z posłów od Palikota grzmiał wówczas: „Dzisiejsze wydarzenia pokazują też, jak bardzo ważnym elementem w zapewnieniu bezpieczeństwa państwa są służby, takie jak ABW. Nie bez powodu podkreślam też plany, jakie premier ma wobec ABW, udaremnienie tego zamachu powinno odwieść premiera od planów ograniczania działalności ABW”.

Potem okazało się, że ojciec tego posła – po pobycie na kilku placówkach dyplomatycznych – znalazł pracę właśnie w ABW, więc była to troska, by nie stracił etatu.

Ponoć w „grupie zamachowej” Kwietnia było kilku (pięciu?) funkcjonariuszy ABW, którzy pod przykryciem pracowali rok. Oskarżony twierdził, iż był mocno przez nich inspirowany do organizowania zamachu i popełniania innych przestępstw. Takich rzeczy agentom prowadzącym działania operacyjne nie wolno robić. Lecz w tym przypadku sąd, który miał co prawda pewne zastrzeżenia do pracy ABW, nie snuł już opowieści o „owocach pochodzących z zatrutego drzewa”, co było podstawą do uniewinnienia w apelacji oskarżonej o korupcję Beaty Sawickiej.

Dziś Brunon Kwiecień twierdzi, iż żartował, rozprawiając o zamachu, a ABW nie poznała się na jego żartach. Nie uważam, aby był on całkiem bez winy, pewnie część zarzutów, przed którymi stanął ten piroman – mitoman była zasadna. Żyjemy w takich, a nie innych czasach, i nie należy lekceważyć zagrożenia terroryzmem. Jednak wyrok 13 lat pozbawienia wolności w przypadku, gdy nie znaleziono ani 4 ton materiałów wybuchowych, ani wozu bojowego, którym miały być transportowane pod sejm, ani też broni, którą rzekomo miał handlować oskarżony – to jakieś kuriozum. Nie zdziwiłbym się, gdyby końcowym etapem zmagań Brunona Kwietnia z polskim wymiarem sprawiedliwości był Strasburg.

Radosław Rzepka

 

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*