KOBIETA ZE SKRZYNI

Zabójca kobiety, której ciało znaleźli bezdomni, jest na wolności. Być może już nie żyje. Ale możliwe jest, że planuje kolejny atak. Gdyż policyjny profiler uznał zbrodnię, o której jest ten artykuł, za część serii.

2 kwietnia 2005 roku załogę radiowozu patrolującego warszawski Targówek skierowano na stację benzynową przy ulicy Radzymińskiej, gdzie jak poinformował radiooperator „ekipa sprzątająca miała ujawnić zwłoki człowieka”.

Tego dnia bezdomni z pobliskiego Schroniska imienia św. Brata Alberta porządkowali okolice Lasku Bródnowskiego. Robili to regularnie, co kilka miesięcy. Dwaj z nich, nazwijmy ich Zbyszkiem i Leszkiem, mieli za zadanie uporządkować dzikie wysypisko śmieci na trójkątnej działce między ulicami Bystrą a Radzymińską.

Jak zanotował przybyły na miejsce funkcjonariusz: „w/w wskazali nam w zaroślach miejsce, w którym leżał rozerwany worek koloru żółtego, umieszczony w drewnianej skrzynce. W miejscu, w którym rozerwany był worek, widoczne było ludzkie ciało. Prawdopodobnie część pleców”.

 Nagie ciało w folii

Na miejsce przyjechało pogotowie, dotarły kolejne załogi policyjne. Podjęto rutynowe działania. Sprowadzony pies tropiący nie podjął śladu. Niestety rejon ten leży na uboczu i jest raczej bezludny. Innych świadków niż dwaj bezdomni nie udało się ustalić. Ci zaś mieli do powiedzenia niewiele.

W pewnym momencie w krzakach po lewej stronie ul. Bystrej patrząc od ulicy Radzymińskiej, znaleźliśmy jakiś pakunek przykryty starą szmatą – wyjaśniał Zbyszek – Pakunek był w miarę płaski. Był wielkości pudła od telewizora. Wraz z Leszkiem chcieliśmy wrzucić ten pakunek do worka, który mieliśmy wcześniej przygotowany. W momencie gdy zdjęliśmy tę szmatę, to zobaczyłem, że w rozerwanym worku foliowym koloru żółtego leży tułów człowieka. Ja nie zaglądałem dalej, głębiej zajrzał Leszek i stwierdził, że jest tam głowa, a na szyi prawdopodobnie jest pętla. Jedyne co zauważyłem, że ciało jest sine.

fot2
Zdjęcia z akt sprawy pokazujące miejsce zabójstwa podczas oględzin. W głębi widoczne szczątki skrzyni i zwłoki owinięte folią

Drugi z mężczyzn zeznał: – W miejscu gdzie jest szyja, zobaczyłem wystający sznurek i zawiniętą głowę. Folia, którą była zawinięta głowa, była poplamiona krwią, tak mi się wydaje. Ja chciałem się upewnić, co to jest, i odchyliłem kawałek tej folii, i zobaczyłem ucho oraz kawałek włosów.

Gdy przeglądałem zdjęcia z oględzin, kojarzyła mi się z fotografiami egipskich mumii. Ciało stało się ciemne, prawie brązowe. Umieszczono je w drewnianej skrzyni, na boku, w pozycji embrionalnej. Było nagie i owinięte budowlaną folią. Bez wątpienia zwłoki należały do kobiety.

Zmarła w mękach

Przeprowadzona sekcja zwłok nie udzieliła odpowiedzi na wiele pytań. Nie sposób było ustalić, kiedy bezimienna kobieta zmarła. Ekspert medycyny sądowej dr Tadeusz Ruszczak – na podstawie pleśni, jaj owadów, pogody, tego że było zimno i gnicie było powolne, ale za to były dobre warunki do rozwoju grzybów – określił, że zgon nastąpił miesiąc do trzech miesięcy przed ujawnieniem.

Korespondowało to z faktem, że poprzednio nielegalne wysypisko śmieci, na którym teraz znaleziono zwłoki, było porządkowane w grudniu.

Protokół nie pozostawia złudzeń. Kobieta ze skrzyni została brutalnie zamordowana. Miała podbite prawe oko, posiniaczone czoło. Ktoś bił ją po całym ciele. Stan zwłok nie pozwolił stwierdzić, czy doszło do gwałtu.

Ujawnione obrażenia w obrębie powłok głowy, okolicy obręczy barkowej, obręczy biodrowej po stronie prawej, oraz w obrębie kończyn górnych i dolnych, jak również wylewy krwawe w tkankach miękkich klatki piersiowej i grzbietu powstały w następstwie tępych urazów mechanicznych godzących w te okolice ze średnią siłą, przy czym na podstawie samego wyglądu i charakteru obrażeń nie jest możliwa bliższa a zwłaszcza indywidualna identyfikacja narzędzia skutkującego te obrażenia” – stwierdził biegły, który podejrzewał, że kobietę uduszono. Wskazywał, że być może trafiła do skrzyni pobita, ale nadal żywa, że zmarła w mękach dopiero tam.

W odniesieniu do osoby żywej tego rodzaju czynności, jak np. silny ucisk klatki piersiowej z jej unieruchomieniem, założenie folii na głowę z jej przewiązaniem na szyi, czy też umieszczenie (zwłaszcza osoby nieprzytomnej) w ciasnym pomieszczeniu skrzyni w niekorzystnej pozycji ciała, mogą doprowadzić do wystąpienia ciężkich zaburzeń ze strony układu oddechowego i krążenia, wielokrotnie skutkujących zgon”.

We krwi ofiary wykryto 2,1 promila alkoholu, oraz co ważne Haloperidol. Lek ten jest stosowany w leczeniu chorób psychicznych i jest często nazywany „farmakologicznym kaftanem bezpieczeństwa”.

Mówiąc w skrócie należy przyjąć, że zabójca odurzył kobietę alkoholem i lekami, bił, torturował i dusił w sposób przywodzący na myśl jakieś drastyczne sadomasochistyczne rytuały – owinięcie folią i zawiązanie sznurkiem szyi tak, by ofiara powoli się udusiła, gdy jednocześnie była naga i zdana na łaskę i niełaskę oprawcy. A potem zapakował do skrzyni i czekał na jej śmierć.

 Uduszona po seksie

 Skoro ciało leżało w skrzyni od kilku miesięcy, to śledczy spodziewali się, że kobieta figuruje w rejestrze osób zaginionych. W ten sposób trafili na obiecujący trop.

Elżbieta B., pielęgniarka z jednego ze stołecznych szpitali, zniknęła w drodze z pracy w listopadzie 2004 roku. Jej syn zgłosił zaginięcie i właściwie od razu poinformował, że jego zdaniem matka nie żyje, zaś zabił ją były konkubent.

fot 3
Na zdjęciu Elżbieta B. – zaginiona w Warszawie w listopadzie 2004 roku pielęgniarka. Prokuratura przed długi czas podejrzewała, że to jej zwłoki znaleziono na dzikim wysypisku przy ulicy Bystrej

Wolscy policjanci zatrzymali Andrzeja O., on zaś przyznał się do zabójstwa. Zeznał, że czekał na Elżbietę B. pod jej pracą. Poszli razem do pubu. Wypili piwo. Potem pojechali do jego mieszkania. Tam ponownie trochę wypili i wylądowali w łóżku. W pewnym momencie, w trakcie aktu seksualnego, naga Elżbieta B. zerwała się z łóżka i wyszła do kuchni. Andrzej O. poszedł za nią. Kobieta otworzyła puszkę piwa, a następnie bez powodu zaczęła go lżyć. On zaś utracił nad sobą kontrolę, złapał Elżbietę za szyję i udusił. Gdy ochłonął, zawinął nagie ciało w zieloną narzutę i wyrzucił do kontenera na śmieci.

Śledczy z warszawskiej Woli, którzy badali sprawę zaginięcia Elżbiety B., przyjęli założenie, że ciało kobiety trafiło na wysypisko śmieci. Stołeczna policja zaangażowała więc duże środki w jego odnalezienie. Użyto helikoptera z kamerą termowizyjną, spychaczy, koparek. Niestety zwłok kobiety nie odnaleziono.

Firma zajmująca się wywozem śmieci nie pozostawiała złudzeń. Śmieci z Warszawy trafiały wtedy na wysypisko, gdzie były od razu miażdżone przez ogromne, 40-tonowe zgniatarki. Procesu tego nie dało się zatrzymać, gdyż stolica szybko utonęłaby w śmieciach. Jeśli ciało Elżbiety B. trafiło do kontenera, to było nie do odnalezienia.

I właśnie wtedy – gdy wydawało się, że sprawa zaginięcia Elżbiety B. jest beznadziejna, bo nie ma zwłok, zaś Andrzej O. pouczony przez kolegów z celi zmienił zeznania i oświadczył, że nie wie, czy kogoś zabił, czy było to tylko urojenie spowodowane dwutygodniowym ciągiem alkoholowym – w okolicy Lasku Bródnowskiego znaleziono ciało.

Czasem, aż trudno uwierzyć w to, jakie zbiegi okoliczności przygotowuje życie. Oto policjanci z dzielnicy Wola szukają ciała Elżbiety B., gdy ich koledzy z dzielnicy Targówek odnajdują ciało podobnego wzrostu, nagie, przykryte czymś, co przypominało narzutę. Co ważne, Andrzej O. twierdził, że zabił Elżbietę B. w kamienicy na Pradze Północ, a więc stosunkowo niedaleko od Lasku Bródnowskiego. Oglądając zdjęcia zwłok ze skrzyni i zdjęcie Elżbiety B., widziałem autentyczne podobieństwo.

Mimo tych wszystkich podobieństw, badania DNA sprawiły, że ta teoria runęła jak domek z kart. Kobieta ze skrzyni nie była Elżbietą B. O tym zaś, jak potoczyła się sprawa tej ostatniej, napiszę w jednym z najbliższych numerów Reportera.

 Nastąpił przełom

 Kim była kobieta, której ciało znaleziono na dzikim wysypisku przy ulicy Bystrej? Bez odpowiedzi na to pytanie, nie było realne znalezienie jej zabójcy.

Specjalistom udało się odtworzyć prawdopodobny wygląd zmarłej: „Wiek z wyglądu 40 – 50 lat, wzrost 157 cm, rasa biała, prawidłowa budowa ciała. Postać wysmukła, twarz owalna. Włosy na głowie brązowe, faliste, długości około 6 cm, nos średni, prosty, długości 4,5 cm, koniec nosa zadarty. Uszy średnie”.

Co jest ważne, była to osoba właściwie odżywiona, o dobrym stanie uzębienia. Wstępnie można było założyć, że nie była to kobieta bezdomna. Kim więc była? I dlaczego nikt jej nie szukał?

Ważnym śladem wydawał się lek – Haloperidol. Jest on wydawany na receptę. Policjanci sprawdzali szpitale, domy opieki, dokumentację medyczną. Bez skutku. Może to wskazywać, że kobieta nie leczyła się psychiatrycznie, zaś lek podał jej morderca. Ale to tylko gdybanie.

Stworzono grafikę wskazującą prawdopodobny wygląd kobiety za życia. Opublikowały go wszystkie dzienniki. I nic. Zero odzewu.

Gdy 25 października 2005 roku prokurator umarzał śledztwo w sprawie zabójstwa kobiety znalezionej w skrzyni, w uzasadnieniu napisał: „Najbardziej prawdopodobna wydaje się hipoteza, że w/w była cudzoziemką przebywającą w Polsce, której zaginięcia nie zgłoszono. Na obecnym etapie postępowania zabezpieczono ślady kryminalistyczne, które mogą być wykorzystane w przypadku pozyskania jakichkolwiek danych, mogących przyczynić się do wykrycia sprawcy, bądź ustalenia tożsamości n/n osoby”.

W kolejnych latach wracano do sprawy jeszcze kilkukrotnie, łącząc ją z innymi, bądź typując sprawcę podejrzanego „o szereg zabójstw na osobach bezdomnych na terenie Warszawy.” Bez skutku. (Do tego wątku wrócę jeszcze na łamach Reportera).

Gdy przygotowałem niniejszy artykuł, jak zawsze udałem się na miejsce ujawnienia zwłok. Już po drodze zastanawiałem się, po co podrzucać zwłoki na Bródnie, skoro wokół stolicy jest tyle kompleksów leśnych? Tym bardziej zaskoczony byłem, gdy dojechałem na miejsce. Spodziewałem się rozległej, pustej przestrzeni, zaś zastałem niewielką, porośniętą małymi drzewami działkę, otoczoną z trzech stron budynkami – firmy budowlanej, stacji benzynowej oraz co ważne, domami jednorodzinnymi. Ponadto ulica Radzymińska jest tak blisko, że cały czas widać i słychać przejeżdżające samochody.

Zwłoki znaleziono nieopodal stacji benzynowej

Trudno zakładać, że zabójca chodził z nagimi zwłokami i szukał skrzyni. Użył zapewne części wersalki, w której przechowuje się pościel (co ciekawe, na jej dnie pozostała dziecięca skarpetka) i taki „pakunek” przywiózł na ulicę Bystrą samochodem dostawczym. Był w tym momencie widoczny z okien okolicznych domów i stacji benzynowej. Dużo ryzykował. Wydaje mi się wręcz, że nie chciał ukryć zwłok. Chciał, by je odnaleziono wiosną, gdy zaczną gnić i przeraźliwie śmierdzieć.

Potem zrozumiałem coś jeszcze innego. W styczniu, a zapewne wtedy zabójca pozostawił tu zwłoki, ciemno jest od godziny 16.00. Zabójca nie był dobrze widoczny. Był niewyraźnym kształtem. On zaś widział całe otoczenie. Okna, światła samochodów. Tak podczas zabójstwa, jak i pozbywania się zwłok chciał mieć poczucie, że to on jest panem sytuacji i wszystko kontroluje.

Przełom w tej sprawie nastąpił w 2015 roku. Policyjna baza danych Genom połączyła DNA kobiety ze skrzyni z profilem poszukiwanej listem gończym Krystyny G. Ustalenie, kim była kobieta, otworzyło nową szansę na poznanie jej środowiska, miejsc pobytu w okresie poprzedzającym śmierć, a także zażywanych leków. Do tego wątku również postaram się wrócić.

Akta sprawy trafiły do młodego, rzutkiego prokuratora. Gdy z nim rozmawiałem i zadawałem konkretne pytania dotyczące zaniedbań w śledztwie, prokurator wyjaśnił, że sam doszedł do podobnych wniosków i obecnie próbuje nadrobić stracony czas. Właśnie dlatego w tym artykule pomijam niektóre szczegóły.

Analizując akta sprawy nabrałem przekonania, że zamordowana kobieta nie była jedyną ofiarą tego samego sprawcy. Do podobnego wniosku doszedł policyjny profiler. Dlatego w kolejnym wydaniu opowiem o innej zamordowanej kobiecie. O sprawie, której nadano kryptonim „Basia”.

Bartłomiej Mostek

 

 

 

1 komentarz do KOBIETA ZE SKRZYNI

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*