Bajerantki z Kamczatki

Kamczatka, tak wśród więźniów nazywany jest Areszt Śledczy i Zakład Karny dla kobiet na warszawskim Grochowie, to cel mojej podróży. Droga prowadzi przez liczne tory kolejowe, wokół których rozpościerają się warsztaty oraz opuszczone domy mieszkalne. Kamczatka, bo zimno, bo taki specyficzny mikroklimat, bo koniec świata. Przygnębiające miejsce, przygnębiająca okolica. Jak i historie, które skrywa?

W trakcie pierwszej wizyty spotykam cały przekrój kodeksu karnego. Dożywotka (skazana na karę dożywotniego więzienia), „ćwiartka” (na 25 lat), skazane za kradzieże, narkomanki. Spotykam się z nimi kolejno, w zamkniętej na klucz świetlicy. Jedne podchodzą do rozmowy z dużą swobodą, choć siedzą za najgorsze przewinienia.

areszt

Sympatyczna dziewczyna, która siedzi naprzeciw mnie, odsiaduje karę za zabójstwo, jest morderczynią bezwzględną – jak w mowie końcowej określił ją sędzia. Zaprasza mnie na obiad, abym mogła skosztować podawanych tu „rarytasów”. Kolejna, skazana za zamordowanie dziecka, jest w więzieniu dołem hierarchii więziennej. Siedzi, jakby chciała odgrodzić się od świata, skulona, niezdrowo pobudzona. Nic o sprawie mówić nie chce i nie będzie.

Kolejne dziewczyny, to lżejsze przypadki – kradzieże, posiadanie narkotyków, pobicia, napady. Jedna z nich to żywa reklama resocjalizacji. Sama o sobie mówi, jako o „dobrze wykonanej robocie”. Kiedyś kolekcjonerka kwitów (kar więziennych), teraz to już tylko nagrody zbiera. Ze swoją dziewczyną w jednej celi siedzi, to i spokojniejsza jest. Pokazuje kolekcję tatuaży. Choć to raczej rzadkość u kobiet, tak jak i fascynacja tzw. drugim życiem.

W większości inteligentne. Sprytne, radzące sobie w więziennym środowisku. W kaszę nie dadzą sobie dmuchać. Po tygodniu część z nich rezygnuje z dalszych rozmów.

Zło wciąga jak narkotyk

– Zdziwiłaby się pani, ale obecnie 80 procent nastolatek to w tygodniu dobre córki, chodzące do szkół, ale jak przychodzi weekend – zaczyna Amanda, lat 19. Siedzi za rozbój, kradzież. Ładna, drobna, długie czarne włosy, wesołe oczy. Amanda to nie jest jej prawdziwe imię, ale zawsze chciała się tak nazywać. Nie chce się ujawnić, co by ojciec powiedział! Rodzinę ma normalną, żadna patologia. Tylko umiłowanie takiego życia, adrenaliny.

– Pierwszą zachętą do takiego postępowania jest Internet, głównie Facebook, gdzie wrzuca się zdjęcia z imprez. Szczyciłam się, że mam kontakty z takim towarzystwem. Byłam dla moich znajomych z klasy „taka wow – ona z nimi trzyma!” – opowiada – Młodzież robi teraz takie rzeczy, że rodzice by się złapali za głowę. No, ale to jest propagowane w mediach, w necie. Zobaczysz zdjęcia koleżanki z tym czy z tamtym i myślisz – o rany, ale jej fajnie! Ma takiego fajnego faceta, nie jakiegoś tam Krzysia z klasy! – komentuje.

amanda
Amanda, lat 19, siedzi za rozbój i kradzież

– To jest sposób na nudę, dreszczyk emocji. Miałam 16 lat. Zaczęło się od narkotyków. Pewien chłopak z tego świata dał mi swój numer telefonu. Cała w skowronkach byłam. Taki człowiek chce się ze mną spotkać! Zdziwiłam się, że tak to wszystko funkcjonuje. Diametralnie różny świat od tego, w którym żyłam. Wcześniej, to wie pani, fajki, jedno piwo na spółkę z koleżankami i frajda była. A tu – wszystko jest takie nowe, wszystkiego chcesz spróbować, to życie cię wciąga. Każdy zna „kogoś”, kto zna „kogoś”. Zresztą, bardzo łatwo jest wejść w takie towarzystwo. W Warszawie dominują kluby: Remont i Hybrydy. Platinum – to już wyższa półka gangsterów. Selekcjonerów znają. Wchodzisz i robisz co chcesz – podsumowuje – Nie jestem z Warszawy, ale tu się przyjeżdżało – ciągnie Amanda – Narkotyki, jak przychodzą do Polski, rozdzielane są do głównych ośrodków: Warszawy, Krakowa i Łodzi. Potem przerzuca do innych miejscowości. Jeździłam więc do Warszawy – kontynuuje opowieść.

Sumienia nie ma

Co robili, z czego żyli? Każdy miał inny sposób na zarobek. Kredyty na tzw. słupa, po kilkadziesiąt tysięcy na jednego człowieka. Są wyrzuty sumienia?

– Nie ma sumienia. Każdy chce zarobić. Trzeba sobie radzić – wyjaśnia Amanda. Kupowali mieszkania np. od alkoholików za śmieszne pieniądze. Za parę tysięcy.

– Niektórzy za flaszkę wódki sprzedają – kwituje. Takie życie kusi, zwłaszcza szybkie pieniądze, adrenalina. Chłopak Amandy, jako złodziej zarabiał 15-20 tysięcy dziennie z napadów na tiry czy domy bogatych ludzi.

Amanda przejawia bardzo dużą fascynację środowiskiem kibicowskim. Jeździłam na mecze, jestem za Legią. Tak poznałam kibiców. U jednego z najsłynniejszych legionistów często nocowałam.

– Gdyby kibiców interesowała piłka, to by zostali piłkarzami – mówi. O chłopakach, którzy się biją, mówi, że robią to „honorowo” bez broni, poza stadionami. Są wyznaczani przez „tych z góry” do wejścia w szeregi bojówki. Biją się w miejscach ukrytych, w lasach, na polach, z dala od miejskiego zgiełku. Z miłości do klubu ludzie ci często jadą tysiące kilometrów na mecz ukochanej drużyny. Ultrasi czasami nie śpią dwie, trzy noce przygotowując oprawę, żeby zaprezentować transparent pokazywany zaledwie 30 sekund. – Jakie to jest piękne, kiedy 34 tys. ludzi śpiewa np. Sen o Warszawie, to jest takie wspaniałe uczucie! – zachwyca się.

Uczciwe życie jest trudne

Amanda została aresztowana w 2011 roku i usłyszała dwa osobne wyroki – za rozbój (Wzięłam wszystko na siebie, bo jako małoletnia dostałam mniej, niż oni by dostali – wyjaśnia) oraz pobicie i kradzież (Tak naprawdę tylko się poszarpałyśmy – twierdzi). Dostała 4 lata.

– Dziewczyna była nam winna pieniądze za narkotyki. Brała i nie płaciła. Kazaliśmy jej oddać kasę, ta nie miała – wspomina Amanda. Więc zaczęła się szarpanina. Dług wynosił około tysiąc złotych. Miała może ze 200 zł, więc pobili ją.

– Miała lekko zasiniaczony policzek, krew jej z nosa poleciała, trochę wyrwanych włosów – wyjaśnia odpowiadając na pytanie, jak dotkliwe było to pobicie – My staliśmy z boku i patrzyliśmy. Bawiło mnie to, co mnie jakaś dziewczyna obchodzi. Nie pierwsza ona dostała i nie ostatnia. Jeśli ktoś nie oddaje pieniędzy, to ten, kto mu narkotyki dał, też jest zobowiązany za nie zapłacić. Najpierw się prosi, dopiero potem bije – wyjaśnia.

Dziś zrobiłaby to samo, nie wskazałaby współwinnych, wzięłaby winę na siebie. Inaczej nie mogłaby wyjść na ulicę, spalona by była, wytykaliby ją palcami – jak tłumaczy swoją decyzję.

– Jak ty nam pomożesz, to i my ci pomożemy – to koronny tekst policji. Nie wierzę w takie historie. Jak wchodzisz w takie środowisko, to już wiesz, że nie możesz powiedzieć. Inaczej nie masz po co na ulicę wyjść – broni swojej decyzji.

– Nieraz tak miałam, że jak jechałam na komendę, to jeszcze w radiowozie telefony kasowałam, kartę łamałam. Jak masz kontakty do ludzi z takiego świata, musisz je przechowywać w głowie, bo nie daj boże znajdzie je policja. Numer chłopaki zmieniają najczęściej co trzy tygodnie. Musisz więc zapamiętać od 8 do 10 numerów. Jak jest nowy numer, ktoś ci go przekazuje.

Amanda, jak spora liczba osadzonych kobiet, ma tu chłopaka. Poznali się w więzieniu. Na początku ich znajomość polegała głównie na korespondencji. Teraz władze więzienia nie chcą wydać pozwolenia na widzenie. Bo chłopak karany. – Może warto byłoby po wyjściu na wolność mieć takiego porządnego Krzysia z klasy?– pytam.

– Takiego zwykłego Krzysia, to nie. Nie byłabym z nim uczciwa. Muszę mieć trochę adrenaliny – odpowiada.

Siedzi w celi z tzw. opiekunkami, czyli osadzonymi wyznaczonymi do opieki nad małoletnią. To gwarancja lżejszej odsiadki i odcięcie młodej od środowiska deprawującego. – Choćby sto osób mi mówiło, że mam się zmienić, dopóki ja sama o tym nie zdecyduję, nie będzie żadnej zmiany. Jedyne, co mnie zmieniło, to refleksja, co by było później, co będę miała z tego życia. Chociaż mój chłopak mówi, że życie uczciwego człowieka jest takie trudne – konkluduje.

Heroina daje siłę

Ewa chce, żeby jej historia była przestrogą dla innych. Miała 15 lat, kiedy opuściła swój rodzinny dom. Głównie ze względu na ojca, który jest alkoholikiem. Wyjechała do Warszawy. Do siostry. Rano szkoła, wieczorami praca – 24 godziny na dobę.

– W ten sposób pracowałam przez 3 lata. Z siostrą mieszkałam tylko rok, potem wyszła za mąż i wyprowadziła się z Warszawy. Podjęłam wówczas pierwszą próbę samobójczą, nie dawałam rady. Nie mogłam pogodzić się z tym, jak wygląda mój świat: praca, szkoła, samodzielność. Brak bliskości mamy. Wzięłam tabletki i podcięłam sobie żyły. Znalazła mnie koleżanka, która wcześniej wróciła z pracy. Miałam 17 lat.

Po tej próbie Ewa nie wróciła już do normalnej szkoły, poszła do szkoły zaocznej, żeby skupić się na pracy. Pracując w restauracji poznała swojego przyszłego chłopaka, który miał już za sobą pierwsze kontakty z narkotykami. Zamieszkali razem, on zaczął handlować narkotykami.

bajerantki
Ewie uzbierało się tego ponad 9 lat odsiadki

– Na początku jeszcze to przede mną ukrywał. Do czasu, kiedy złapałam go na gorącym uczynku. Chcąc go od nich odciągnąć, zaczęłam go szantażować emocjonalnie, że jeśli on nie przestanie, to ja zacznę. No i zaczęłam. Pierwszy raz może nie był przyjemny – wymioty i tym podobne. Ale zaraz po zażyciu heroiny, chcesz znowu. Świat jest kolorowy, pozbawiony problemów, czujesz się fantastycznie. Wszystko da się załatwić. Heroina daje ci siłę i optymizm na życie. Nie wiedziałam, że to uzależnia.

Po miesiącu Ewa przestała palić. Zaczęła się źle czuć. Wydawało się, że jest przeziębiona. Zwykłe leki nie pomagały. Wówczas chłopak uświadomił Ewę, że ma tzw. „skręty”. Zapaliła (brown sugar) – i momentalnie wyzdrowiała.

Chłopak wpadł za handel narkotykami. Dostał wyrok w zawiasach. Ewa postanowiła przejąć pałeczkę i zacząć zarabiać na narkotyki, bez których już oboje nie umieli żyć. Przestała chodzić do szkoły, rzuciła pracę kelnerki. Rzeczy, które były dla niej wcześniej najważniejsze, przestały mieć jakiekolwiek znaczenie.

Momentalnie została zatrzymana za posiadanie. – Mój pierwszy dołek, moje pierwsze zatrzymanie. Szok. Dwie noce spędzone w areszcie. Policja musiała mnie wcześniej namierzyć, zobaczyłam, że wokół mnie robi się gęsto. Próbowałam połknąć narkotyki, ale policja dopadła do mnie i wyjęli mi narkotyki. Jedyne, o czym wtedy myślałam, to żeby szybko wrócić i wziąć kolejną dawkę narkotyków.

 Brała wszystko na siebie

Kradła głównie w sklepach z odzieżą. – Pierwszą moją techniką było wyrywanie klipsów, ale wówczas niszczyły się rzeczy. Potem zdejmowałam piszczyki w przymierzalniach. Można je podpalać zapalniczką, albo cążkami podważać element piszczyka. Potem poznałam sposób na „aluminiówkę”, czyli torbę z aluminium. Aluminium oszukuje system wykrywania kradzieży i stopuje piszczenia na bramce. Torbę wykonaną z aluminium miałam pod podszewką normalnej torebki.

Ewa bardzo szybko wpadła. – Bramka zapiszczała, kwota była powyżej 250 zł – czyli sprawa karna a nie mandat. Trafiłam na dołek. Wzięłam samoukaranie, byle tylko szybko wyjść. Wzięłam całą kradzież na siebie, z tego względu, że mój chłopak miał wcześniejsze wyroki. Zresztą zgodziłabym się na wszystko, byleby tylko szybciej wyjść.

Od tego momentu kradła codziennie. Nigdy na głodzie, zawsze na narkotykach. Ale na takich dawkach, żeby nie było po mnie widać – wyjaśnia.

– W pierwszej kolejności brałam rzeczy, które schodzą, na zamówienie. Wiedziałam, co najlepiej schodzi. Za jednym wyjściem potrafiłam wynieść 30 męskich swetrów, czy 10 par spodni. Im więcej, tym lepiej, To były kwoty na ponad 1000 zł. Kolejne zatrzymania. Przyznania się, branie winy na siebie. Łącznie jestem karana 19 razy, w tym mam już wyroki łączne. Przyznawałam się do winy, nigdy nie stawiałam się na sprawy. Myślałam, że dostanę z tego zawiasy, a sprawy toczyły się własnym torem. Nie stawiałam się nawet, jeśli dostawałam wyroki zaoczne, nie miałam o tym pojęcia. Aż trafiłam tu – kończy. Uzbierało się tego ponad 9 lat.

– Dostałam duże wyroki za kradzieże. Byłam na tyle głupia, że brałam sprawy na siebie. Wolałam, żeby chociaż jedno z nas było na wolności. W związku z tym, że kłamałam w sądzie, dostawałam wyższe wyroki. Od 6 miesięcy do 1,5 roku za kradzieże, a do tego jazda pod wpływem narkotyków oraz posiadanie narkotyków. Nikt się nie spodziewa, że wyroki za kradzieże mogą być takie wysokie. Jaki sens jest ćpać trzy lata i trafić do więzienia na prawie dziesięć? – pyta.

Śmieszna resocjalizacja

Rodzice Ewy mają gospodarstwo rolne. Matka wciąż pracuje w jednej firmie od 30 lat. Ojciec jest na rencie. Mama odwiedza Ewę raz, dwa razy w miesiącu. Ojciec cały czas pije. Ona od 2010 roku ma rozpoczętą terapię w Lublińcu. Dzisiaj nie bierze.

Stara się czas spędzany w więzieniu wykorzystać na przerwaną w trakcie ćpania naukę. Uczy się języków. Chodzi na wszelkie możliwe kursy zawodowe. Po wyjściu chciałby otworzyć własną gastronomię, ale przede wszystkim pomóc mamie. Wyjechać z nią na wakacje, bo nigdy w życiu nigdzie razem nie były.

Mimo wielu projektów resocjalizacyjnych w Kamczatce, dziewczyny w większości w resocjalizację nie wierzą. Według nich programy resocjalizacyjne to czcze słowa. – To śmieszna nazwa. Iluzoryczna. Chciałabym, żeby sąd wytłumaczył mi, co to znaczy resocjalizacja w więzieniu. Bo, ja tego nie rozumiem i nie widzę – komentuje Ewa.

Kto z kim siedzi, to czysta ruletka? Mimo zapewnień służb więziennych, często zdarza się, że skazana za jazdę na rowerze pod wpływem alkoholu siedzi ze skazaną za zabójstwo.

W Grudziądzu dwie kryminalne celebrytki, morderczynie – Małgorzata Rozumecka i Monika Osińska siedziały razem. Atmosferę podgrzewały, do buntów dochodziło. Teraz rozdzielone siedzą na Grochowie.

– Gosia jest fajna – mówi młodociana o Rozumeckiej.

Więzienie ma wychowywać, nie deprawować. Ale w tym świecie wartości rozłożone są inaczej. Z „dzieciobójem”, dołem więziennej hierarchii, nikt siedzieć nie chce. Siedzą więc najczęściej razem. Ale koleżanek do celi się nie dobiera.

– Siedzę z osobami, które mają 8 lat za zabójstwo, ja mam 10 za kradzieże sklepowe. Teraz bardziej się opłaca zabić, niż ukraść – ocenia Ewa. Osoby wyzwolone z nałogu, siedzą z pijącymi metadon – syntetyczną heroinę, (którą nota bene w więzieniu się handluje). Nosicielki HIV ze zdrowymi, które często o tym, że współosadzona jest chora, nic nie wiedzą.

– Zakłady starają się przestrzegać umieszczania więźniów według kategorii popełnionych czynów czy np. według podziału na palących i niepalących. Starają się tego przestrzegać – jednak nie zawsze się to udaje – komentuje dr Janusz Zagórski, Naczelnik Wydziału Karnego Postępowania Wykonawczego w Biurze Rzecznika Praw Obywatelskich.

Więzienie dla jednych stało się domem – zwłaszcza dla tych z długimi wyrokami. Z takim wyrokiem radzą sobie jak mogą. Żyją z dnia na dzień, unikając refleksji na temat przyszłości poza kratami. Dla jednych to wciąż za mało – ich kara, przebywanie za kratami, wyroki dożywocia czy iluś tam lat więzienia.

Inni jeszcze o nie walczą. Dają im szanse. Są msze, rozmowy z psychologiem – choć nie wszystkie osadzone je sobie cenią, dla niektórych to kpina. Na kursy zawodowe np. z fryzjerstwa, florystyki, trzeba sobie zasłużyć. W przypadku wyższych wyroków, szansę dostają te, które do społeczeństwa wrócą szybciej. Wtedy pojawia się zazdrość, niektórym puszczają nerwy. Z czasem najważniejsza staje się rodzina, jeśli jakaś jest i chce skazane jeszcze odwiedzać.

Osadzona na koniec zostaje sama. Z własnymi myślami. Poddana osądowi wymiaru sprawiedliwości, ludzi lub ich rodzin, którym krzywdę wyrządziła, własnego sumienia, a na koniec – nas wszystkich?

Gabriela Jatkowska

 fot. Gabriela Jatkowska

 

 

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*