CZŁOWIEK Z BRYLANTÓW

Miało być jak u Hitchcocka: zaczyna się od trzęsienia ziemi, a następnie rośnie. I rzeczywiście tak się zaczynało. Najpierw były rozsyłane przez krakowską prokuraturę i milicję zaproszenia do chyba wszystkich, prócz „Misia”, tytułów prasowych, do radia i TV: „Mamy taką aferę, że przy niej inne to małe miki”. A przecież afery wybuchały wtedy jedna za drugą, bo to był sam środek karnawału „Solidarności”: początek marca 1981 roku.

Wstydliwie ukrywane przez – jak wówczas za kabaretami mawiano – „wadzę”, jedna za drugą wychodziły na światło dzienne. Nie ukrywajmy: bywało, że nie do końca sprawdzone, niekiedy wręcz dęte, choć wcale nie nakład i nie zysk się liczył – po prasę (telewizja kłamała, radio trochę mniej) naród stał w kolejkach, jak po artykuły spożywcze. Liczyła się sława mołojecka autora, opromieniająca przy okazji i sam tytuł.

W tzw. przedmiotowej sprawie napięcie rosło i dlatego, że organizatorzy pocztą pantoflową, działającą bez porównania sprawniej od Poczty Polskiej, dawali dziennikarzom do zrozumienia, że chcą za wszelką cenę odseparować od afery Prokuraturę Generalną oraz bezpiekę. W obawie przed ukręceniem łba całej sprawie, gdyż umoczeni są w niej ludzie z najwyższych sfer partyjno-rządowych. Dziennikarskiej braci nic nie mogło bardziej zmobilizować, choć – zapewne – kolegów z „Trybuny Ludu” czy całkiem gadzinowego „Żołnierza Wolności” z innych powodów.

Tak więc 4 marca 1981 roku, na konferencji prasowej stawiły się tłumy, którym pokazano niezwykłe niezwykłości. Na przykład aparat telefoniczny, na którego ekraniku wyświetlał się numer, spod jakiego dzwonił rozmówca, albo (numer) odbiorcy, do którego dzwonił sam właściciel takiego cuda. Państwo się śmieją? Było jeszcze lepsze. Nazywało się telefax, po naszemu faks. To takie coś, że jeden człowiek wkładał do spectelefonu zapisaną kartkę papieru albo rysunek, wykręcał numer drugiego człowieka, wciskał guzik, i ten drugi odbierał ze swojego specaparatu tenże rysunek albo zapisaną wiadomość. Można było i fotografie, ale wychodziły zamazane.

Państwo się śmieją? Bardzo niesłusznie, bo o takich szamańskich sztuczkach tubylec znad Wisły mógł co najwyżej przeczytać w „Forum”, czyli magazynie przedruków z prasy zagranicznej (ze szczególnym uwzględnieniem zachodniej!), skądinąd jedynym takim w całym obozie socjalistycznym.

Klik i jest KC PZPR

 Konferencja odbywała się dokładnie 36 lat temu, więc nie pamiętam na pewno, ale zdaje mi się, że z faksu i tak nie dawało się korzystać, ponieważ prymitywny system telekomunikacyjny PRL nie mógł sprostać takim nowinkom technicznym. Dokładnie natomiast pamiętam, że największe poruszenie wywołało proste urządzonko, dzięki któremu wystarczyło wcisnąć odpowiedni klawisz, aby natychmiast połączyć się z odbiorcą zakodowanym w pamięci aparatu telefonicznego. Sam wynalazek nie budził sensacji. Budzili ją – i to jaką! – wyłącznie konkretni odbiorcy. Prezentowany telefon łączył bowiem od razu z Komitetem Centralnym Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, a w nim np. z samym towarzyszem Andrzejem Żabińskim. Bezpośrednio.

Żabiński miał bogatą przeszłość w partii, bo efektowną karierę zaczynał w niej już jako szef jej janczarów, czyli przybudówki w postaci Związku Młodzieży Socjalistycznej. W latach 1980-1982 był zastępcą, a nawet pełnym członkiem Biura Politycznego – niewielkiego gremium trzęsącego całym PRL-em – był także I sekretarzem najbardziej liczącej się wielkiej organizacji partyjnej, czyli śląskiego Komitetu Wojewódzkiego.

Najciekawsze jednak było co innego: według badań niezależnych oraz IPN-owskich historyków, w przypadku wkroczenia do Polski sowieckiej i sojuszniczych armii, ze znaną już z likwidacji „Praskiej Wiosny” bratnią pomocą – miał zastąpić (co prawdziwi komuniści obgadali z radzieckimi) generała Wojciecha Jaruzelskiego na stanowisku I sekretarza KC PZPR. Na szczęście po 1982 roku skończył raczej marnie: jako podrzędny dyplomata w Ambasadzie PRL w Budapeszcie.

30 aut gemmologa

Czas wyjaśnić, iż rzeczona konferencja prasowa dotyczyła pana Romana U., naczelnego gemmologa – czyli specjalistę od kamieni szlachetnych – PRL i PZPR, fachowca poważanego w Europie, a na pewno w Niemczech i ZSRR. Łowcy spisków łączyli ją nawet z samym Kremlem. Otóż w tym samym czasie przywództwo generalnego sekretarza Leonida Breżniewa było podważane nie tylko wskutek czasem komicznych, czasem koszmarnych przypadłości metrykalnych generalnego sekretarza Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego (polsko-radziecki dowcip: „Od czego zaczyna się dzień na Kremlu? Od reanimacji”). Na stanowisko genseka ostrzył sobie zęby szef KGB Jurij Andropow, który nie omieszkał wykorzystać okazji, jaka sama mu wpadła w ręce. Mianowicie córka Breżniewa, Galina, wplątała się w wielką aferę brylantową mafii cygańsko-cyrkowo-aktorskiej. A tak się składało, że nasz gemmolog w tym czasie oficjalnie sprowadzał z ZSRR brylanty dla Pewexu, co było w założeniu czyste i szlachetne niczym dobre brylanty, ale źli ludzie zaczęli wokół węszyć, no bo jak to? Transakcja na 400 tysięcy dolarów (nie złotych ani rubli!), w tamtym czasie, w tamtym ustroju – i nic?  

r_urbaniak_1
Romana U. naczelny gemmologa – czyli specjalista od kamieni szlachetnych

Przyczyna chwilowego załamania kariery Romana U. nie miały jednak związku z Kremlem ani nawet z Białym Domem (tym z rogu Nowego Światu i Alej Jerozolimskich). Głupia sprawa, mianowicie bracia S. z jakiegoś niekatolickiego, ale też dokładnie inwigilowanego przez Służbę Bezpieczeństwa związku wyznaniowego w Krakowie prowadzili nielegalny skup syntetycznych brylantów, a kiedy sprawdzano ich (braci S.) kontakty i powiązania, pojawiło się nazwisko pana Romka. Śledczych zaskoczyło to i owo, jak choćby fakt, że U. w ciągu raptem kilkunastu lat zmienił 30 samochodów, w dodatku zachodnich. Przeważnie. Tak przynajmniej piszą autorzy książki „Brylantowa mafia” (Wyd. Agencja Reporter [z nami nic wspólnego], 1992), Marek Bartosik i Zbigniew Krzysztyniak. Wprawdzie za Gierka posiadanie auta innego niż z PRL, NRD, Rumunii, ZSRR lub CSRS, samo w sobie nie stanowiło dowodu na współpracę z wrażą agenturą, a w najlepszym razie udziału w krajowych przekrętach finansowych, tym niemniej często bywało przedmiotem dociekań wydziałów finansowych w aspekcie: a skąd taki luksus i za co? Jasne, że jedno auto, dwa auta, trzy auta w ciągu iluś lat mogły się prześlizgnąć przez oka sieci, ale 30?

W każdym razie dało to do myślenia śledczym, którzy zaczęli kombinować tak, jak niegdyś wydziały finansowe. Do tego doszły jeszcze dwa całkiem dobre, nie sfałszowane paszporty. Nawet dziś możemy mieć w domu tylko jeden, a wtedy… Wtedy ten jeden wymarzony raz się dostawało, raz się nie dostawało. Władza ludowa także w ten sposób demonstrowała obywatelom swą wszechwładzę. A jeśli się dostało, to po powrocie z zagranicy trzeba było oddać nie później niż w ciągu 48 godzin właściwym władzom. Niekiedy ceną paszportu była współpraca z UB, później SB: dotyczyło to zwłaszcza tzw. przeciwników ustroju.

Podczas rewizji mieszkania, skądinąd pod nieobecność głównego zainteresowanego, przeszukiwacze pod wyłamaniu paru desek z większej boazeryjnej całości, znaleźli skrytki, a w nich kosztowności, 450 tysięcy złotych (mniej więcej wolnorynkową równowartość dwóch fiatów 125p 1500), notatki i jakieś kwity dotyczące transakcji brylantowej z radzieckimi dla Pewexu, a nawet wykupione weksle wystawione na 200 tysięcy złotych (równowartość wolnorynkowej škody) przez słynną z telewizyjnego Tele-Echa redaktor Irenę Dziedzic.

Nie sądzę, aby akurat to ostatnie przesądziło o decyzji zatrzymania gemmologa, z czym krakowska (choć delikwent mieszkał w Wrocławiu i była afera, czyj on jest) milicja i prokuratura postanowiła się pospieszyć, ponieważ tajni współpracownicy donieśli, że figurant wybiera się do RFN. Spóźnili się o przysłowiowy koński paznokieć, ale od czego bracia po fachu z NRD?

Zaproszono więc do akcji osławioną STASI. Trochę to się nie trzyma kupy, jeśli zważymy że STASI była wyjątkowo drańską policją polityczną, oczywiście ściśle współpracującą z SB, a nasi rzekomo chcieli bezpiekę trzymać z daleka.

 Wróg „Solidarności”

 Wolno przypuszczać, że zaproszenie zostało przyjęte z radosną satysfakcją; w każdym razie enerdowscy towarzysze „przejęli” gemmologa na swoim terenie zapudłowali na 12 dni, rozpytując dokładnie o wszystko. Dzięki nim wiemy, że pan Roman zadeklarował się jako przeciwnik „Solidarności”, KOR-u i innych wrogów jedynie słusznego ustroju, a na dowód przytoczył nawet słuszne tytuły prasowe, jakie prenumeruje i czyta w kraju. W którym żyje mu się dobrze jako cenionemu fachowcowi, toteż za każdym razem odrzuca propozycje pozostania w RFN. Za to raczej nie karano, ale pech chciał, że w dość przemyślnych (choć nie dla fachowców z NRD) skrytkach znaleziono dwa pudełka z siedmioma brylantami, a ponadto warte milion złotych zabytkowe artefakty, też „niepodlegające wywozowi bez zezwolenia”. Zresztą nie tylko w skrytkach, bo wśród suszonych grzybów i laleczek z Cepelii.

Z tego można już było ulepić przyzwoity akt oskarżenia, ale śledczy, z krakowskim prokuratorem Zbigniewem Kubickim na czele, mieli większe ambicje. Zaczęli więc sprawdzać te wielkie nazwiska, i te z gemmologicznego telefonu, i te, jakie wymienił pan Roman, nie ukrywając, że zna mnóstwo osób, którym świadczył odpłatnie rozmaite usługi i przysługi jubilerskie. Nazwiska były rzeczywiście z pierwszych stron gazet, w „Trybunie Ludu” z dodatkiem „towarzysz” przed nazwiskiem. Tu jednak ich nie wymienię z obawy przed procesem – do przegrania – bądź ze strony samych żyjących, bądź ich dzieci czy wnuków. W każdym razie nie było wśród nich nazwiska Jaruzelskiego ani Kiszczaka (ludzie honoru?).

A sprawdzani wcale się nie kryli: owszem, znaliśmy się. Czasem oglądaliśmy jego wystawy, czasem korzystaliśmy z jego usług. Odpłatnie, ma się rozumieć.

Zdarzały się rozbieżności, jak np. z Żabińskim: czy stanęło na czterech, czy na piętnastu tysiącach złotych, i za co, ale to takie drobne nieścisłości między dżentelmenami.

Tak to szło do chwili, aż Jaruzelski ogłosił stan wojenny i wtedy końce w wodę. Prokurator Kubicki dostał kartę powołania do wojska. Z ważnych świadków jeden zmarł na samobójstwo, drugi na dachu swej willi. Normalnie, na śmierć. Owszem, były jeszcze jakieś przesłuchania świadków, np. młodych państwa Gierków (syna i synowej) Obojga na jednym zamachem, w tym samym czasie i pokoju. Mogło to tak wyglądać, że śledczy pyta, jak było, na co pani Ariadna odpowiada: – Tak, faktycznie, to było chyba… albo może…

A pan Adam: – No co ty, ani wtedy, ani tam, ani za tyle, tylko…

Ariadna: – Tak, oczywiście, ja wprawdzie co innego pamiętam, ale skoro tak mówisz… Było tak, jak Adam zeznaje, proszę zapisać.

 Prokurator recenzuje sąd

Ostatecznie pod koniec 1982 roku w bólach zrodził się akt oskarżenia. Podczas rozprawy przewodnicząca składu sędzia Lidia Misiurkiewicz (zołza jakich mało, strasznie ją kochałem) niewinnie pytała nowego prokuratora, dlaczego jedną trzecią aktu oskarżenia zajmuje życiorys Mariana U., skoro nic z niego dla sprawy nie wynika? I czy wysoki urząd prokuratorski ma zamiar coś przez to powiedzieć? Mianowicie? Dlaczego akt oskarżenia zawiera rozmaite pogłoski i plotki, niezweryfikowane, ani – nawet jeśli potwierdzone – nijak pasujące do kodeksowego zagrożenia?  

W odpowiedzi zrozpaczony prokurator napisał do Sądu Najwyższego donos, w którym zrecenzował osobę sędzi Misiurkiewicz, jako pod względem fachowym chwilami nie najgorszą, choć mającą kłopoty z ogarnięciem całości, natomiast charakteru podłego, czego dowodem zero sympatii oraz empatii dla urzędu prokuratorskiego. Jak tak dalej pójdzie – groził oskarżyciel publiczny – to jego publiczna osoba w proteście przeciwko podobnemu traktowaniu będzie musiała ostentacyjnie opuścić salę sądową.

W następstwie manewrów proceduralnych panią sędzię przewodniczącą zastąpił pan sędzia przewodniczący Andrzej Lewandowski. On już wprawdzie tak nie gnębił prokuratora, ale bez przeszkód dopuszczał, by obrona w puch rozbijała kolejne punkty oskarżenia. A chwilami: pomówienia. Jednak faktu przemytu ukryć nie mogła, toteż zapadł wyrok skazujący na 2,5 roku pozbawienia wolności i 200 tysięcy grzywny. Sąd się jednak nie popisał uznając, że brylanty (a były to tzw. kamienie porównawcze, wyposażenie liczącego się gemmologa) oskarżony przemycił nieumyślnie.

Sąd Najwyższy – wtedy pracował także jako sąd II instancji, rozpatrując odwołania (zwane rewizjami) od wyroków sądów wojewódzkich – uznał, że ktoś, kto zęby zjadł na brylantach, w tym na wożeniu ich przez granice, na szkoleniu innych itp. po prostu nie mógł nie wiedzieć, że bez zezwolenia jakichkolwiek brylantów wywozić nie może. Czyli o żadnej nieumyślności mowy być nie może. Ten fakt i wyraźny zamiar przemytu (urządzenie skrytek w aucie) Najwyższy ocenił wyżej niż Wojewódzki, bo na 4 lata więzienia i pół miliona grzywny. Wniosek o rewizję nadzwyczajną został przez SN odrzucony.      

Na koniec ciekawostka: w Polanicy-Zdroju działa Centrum Gemmologiczne im. Romana U. Współpracuje z Niemcami i Rosjanami.

Piotr Ambroziewicz

 

 

 

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*