ŻONY NIE ODDAM NIKOMU

Sekcja zwłok 40 -letniej Iwony T. wykazała, że zmarła z wykrwawienia po zadaniu jej 15 ciosów zakrzywionym nożem – takim, jakiego używają wędkarze. Jej mąż Dobiesław T. uderzał ostrzem przede wszystkim w szyję i okolice serca kobiety. Potem pozostawił konającą na podłodze korytarza i wyszedł z mieszkania, zamykając drzwi na klucz. Dziesięcioletniej córce, która płakała w pokoju, nie pozwolił dotykać telefonu.

– Gdy tata chwycił mamę za gardło, ja zaczęłam piszczeć – powiedziała 10 -letnia Ala policjantowi, gdy znalazł ją za szafą w dziecinnym pokoju – Mama wyrwała się tacie i uciekła do łazienki. Ale nie zdążyła przekręcić zamka. On wpadł tam z nożem. Chciałam ją osłonić, to dostałam w głowę butem i upadłam. Gdy się podniosłam z podłogi, mama leżała w kałuży krwi. Tata wypchnął mnie do drugiego pokoju. Bardzo się bałam; dopiero, gdy wyszedł z domu i zamknął mnie na klucz, uchyliłam drzwi i prosiłam mamę, aby dała jakiś znak, że żyje. Myślę, że słyszała, co mówię, bo przechyliła głowę i jakby mrugnęła do mnie. Potem położyłam się na łóżku tak, aby widzieć mamę na podłodze korytarza i płakałam prosząc, aby się do mnie odezwała. Ale w mieszkaniu była zupełna cisza. Zrobiło się ciemno i ktoś otworzył drzwi. Schowałam się za szafę i tam znalazł mnie policjant, chciał, żebym się ubrała. Gdy wyszliśmy z pokoju, zobaczyłam czarny worek. Leżała w nim moja mama. Starsza siostra, która przyjechała od babci, stała na klatce schodowej i płakała. Ja chcę, aby tatę skazali, on był niedobry.

Wszędzie był spalony

Prosto z miejsca zbrodni Dobiesław T. pojechał do swego kolegi, prowadzącego skup złomu. Przyznał mu się do zabójstwa. Płakał, rozpaczał, chciał sobie odebrać życie skacząc do włazu, ale w końcu zrezygnował. Kolega odciągnął desperata w bezpieczne miejsce i przekonał, że trzeba iść na policję.

Fot 2

Byli małżeństwem 14 lat. Tuż po ślubie zamieszkali z maleńkim dzieckiem w wynajętej kawalerce. O kupnie własnego mieszkania przy ich zarobkach nawet nie mogli marzyć. Iwona po ogólniaku znalazła w Mielcu robotę ekspedientki, Dobiesław, ze świadectwem ukończenia 3 -letniej szkoły zawodowej, zatrudnił się w firmie swego przyjaciela. Szybko wyszło na jaw, że jest nieodpowiedzialny. Narobił na konto firmy długów, których nie chciał spłacać. Z właścicielem rozstali się w gniewie. W małym Mielcu wieści o tym, jak T. wykołował serdecznego kolegę, rozeszły się błyskawicznie, u ewentualnych pracodawców mąż Iwony był spalony. Gdy zrozumiała, że w rodzinnym mieście nie mają czego szukać, to namówiła męża, aby przenieśli się do Poznania, tam mogli liczyć na pomoc jej znajomych.

Niestety, w nowym miejscu zamieszkania powtórzyła się historia z Mielca. Dobiesław T., który po protekcji został akwizytorem, migał się od roboty, oszukiwał swego pracodawcę i szybko skończyło się dyscyplinarnym zwolnieniem. Z jednej lichej pensji Iwony nie starczyło na życie – wrócili do Mielca. Dziadek Dobiesława ulitował się nad bezdomną rodziną i zaoferował im izbę w swoim domu.

Zyskali więc dach nad głową, gorzej było z pracą. Ona wychodziła sobie posadę na trzy miesiące w biurze marketu, a gdy nie przedłużono jej umowy, została opiekunką dzieci. Prowadziła też w hali targowej w Mielcu komis z używaną odzieżą. Nie było to satysfakcjonujące zajęcie dla ambitnej 30 -latki, dlatego Iwona T., choć miała już dwoje dzieci, postanowiła zdobyć dyplom magistra pedagogiki.

Zabił z zazdrości

 Dobiesław początkowo pomagał żonie w prowadzeniu sklepu, ale szybko się zniechęcił. Uznał, że dla niego roboty w Mielcu nie ma, szkoda więc czasu na bezowocne poszukiwania.

634866703418788305

Gdy żona rano wychodziła do pracy, jeszcze spał. Gdy wracała, męża nie było, rozrywał się w salonie gier. Wracał w środku nocy podpity, szukał zaczepki. Przypominał jej, że jest kimś, bo chrześniakiem samego Grzegorza Laty. Obudzone awanturowaniem się ojca, córki słyszały, że matka jest szmatą, k… Kłócili się głównie o pieniądze, gdyż Iwona nie chciała dać mężowi kieszonkowego. Sytuacja się zaogniła, gdy o zajmowany pokój upomniał się brat Dobiesława – do awanturujących się braci trzeba było wzywać policję. Iwona zdecydowała, że weźmie kredyt i kupi mieszkanie.

Dopięła swego. W 2010 roku rodzina T. wprowadziła się do bloku. Kobieta nie zameldowała swego męża pod nowym adresem – małżeństwo istniało już tylko formalnie. Mężczyzna nawet nie udawał, że szuka pracy, nic też nie robił w domu. Zły, że mieszkanie nie jest również jego, demonstracyjnie brudził odchodami łazienkę, w pokojach pluł na dywany. Choć od dawna ze sobą nie współżyli, urządzał żonie sceny zazdrości. Był głuchy na jej tłumaczenia, że zajęta zarobkową pracą i studiami nie ma czasu na żadne życie towarzyskie.

19 października 2012 roku o godzinie 13 Iwona T. wyszła ze żłobka, (w którym była kierowniczką) do domu, aby spakować się na zakładową wycieczkę do Kazimierza Dolnego. Zarówno mąż, jak i córki, byli uprzedzeni, że Iwona chce wyjechać dzień wcześniej niż grupa pracowników. Tłumaczyła im, że potrzebuje samotnego odpoczynku. W domu wszystko było zorganizowane: starsza córka zostawała z ojcem, młodsza miała się przenieść do babci. W lodówce czekały porcje obiadowe na trzy dni.

634866702121698951

Gdy Iwona T. weszła do swojego mieszkania, Dobiesław wybiegł z pokoju z krzykiem, co znaczą tabletki antykoncepcyjne, które znalazł w jej szufladzie. I dla kogo kupiła męską koszulę, właśnie w koszu znalazł paragon. Też się zdenerwowała, dlaczego szpera w jej rzeczach. Nie widziała potrzeby tłumaczenia się z tego, z kim sypia, wszak od dawna nie spotykali się z mężem w sypialni.

Taka harda odpowiedź jeszcze bardziej go zirytowała. Pobiegł do kuchni po nóż…

 Poćwiartuje  i zakopie

 10-letnia Ala, przesłuchiwana po śmierci matki w obecności psychologa, szczerze opowiedziała, jak było między rodzicami: – Tata spał w sypialni, a mama z nami w pokoju dziecinnym. Tato mamę prześladował, bo chciał dokładnie wiedzieć, gdzie ona przebywa, gdy jest poza domem. Słyszałam jak krzyczał: powiedz, z kim się dupczysz! A mama, że co go to obchodzi. Tata podlizywał się mojej siostrze, dawał jej pieniądze, żeby mu donosiła, z kim mama rozmawia przez telefon. Gdy wypił, wyzywał mamę: ty czarna szmato, bo lubiła się ubierać na czarno. Słyszałam, jak mama powiedziała: „Do poniedziałku ma cię nie być w moim domu”.

Ala była świadkiem jak jej tata zabija mamę

Na pytanie psychologa dziewczynka odpowiedziała: – Wiem, że mama wniosła sprawę o rozwód, ale zdaje się, że potem odwołała.

Starsza od Ali o 3 lata Dominika wiedziała więcej. Mówiąc o ojcu używała zaimka „on”: – On wychodził z domu, mówił, że idzie poszukać pracy, a tak naprawdę szedł grać na automatach. Kiedyś obudziłam się w nocy, gdy krzyczał do mamy, że jeśli będzie chciała odejść, to ją poćwiartuje i zakopie jak psa. Gdy się kłócili, ja wchodziłam między nich, żeby nie uderzył mamy. Raz uciekłam w nocy na klatkę, chciałam wezwać policję, ale on do mnie zadzwonił, żebym wracała, bo inaczej zabije mamę. Ojciec często mi mówił, że nie jestem jego córką. Ja uważam, że on nas nie kochał, był z nami tylko dlatego, aby nie wylądować na ulicy. Często po awanturze, którą sam zaczynał, przepraszał mamę, ale to było udawane, bo nie miał gdzie iść. Ja bym chciała, aby on dostał dożywocie. Podarłam wszystkie zdjęcia, na których on jest. Również te ślubne rodziców.

Siostra zmarłej wiedziała, że małżonkowie zawarli u notariusza rozdzielność majątkową. Była to inicjatywa Iwony, jej reakcja na wiadomość, że Dobiesław narobił długów w firmie kolegi. Po przyjściu na świat dzieci, on się zobowiązał u notariusza, że będzie na nie dawał po 400 zł. Nie dotrzymał słowa – alimenty dla córek wypłacił tylko raz – 200 zł. Nie przeszkadzało mu to codziennie siadać do rodzinnego obiadu.

Wśród przesłuchiwanych znalazła się tylko jedna osoba, która broniła zabójcy. Był to jego kolega, właściciel składu złomu, któremu Dobiesław zwierzał się z problemów rodzinnych. Z tych opowieści wynikało, że T. solidnie dokładał się do rodzinnego budżetu pieniędzmi zarobionymi na sprzedaży części samochodowych na allegro. Po sprawdzeniu PiT-ów w urzędzie skarbowym, wyszło na jaw, że T. zarobił na sprzedaży internetowej dosłownie grosze.

Widziałem Dobka w dniu zabójstwa – zeznał ten świadek – Powiedział mi, że Iwona zapisała się na wycieczkę z zakładu pracy do Kazimierza. Zamówiony autobus z Mielca był w sobotę, ale ona chciała wyjechać sama dzień wcześniej. Dobek podejrzewał, że zamierzała spędzić z kochankiem noc. Nie wiedział, kto to jest. Prosił, abym przyjechał, gdy żona będzie wychodzić z domu, może uda się ją powstrzymać. Obiecałem mu pomóc. Niestety, w przeddzień tej akcji Dobiesław wszedł rozdygotany do mojego biura, aby wyznać: „Chyba ją zajebałem”.

 Nie był w amoku

 Badanie psychiatryczne nie wykazało u podejrzanego choroby umysłowej. Psycholodzy stwierdzili osobowość nieprawidłową, wynikającą z nadużywania alkoholu. Ich zdaniem w chwili morderstwa Dobiesław T. znajdował się w stanie ograniczającym w znacznym stopniu zdolność rozpoznania czynu. Sam oskarżony twierdził, że zadawania ciosów nie pamiętał.

Prokurator nie zgadzał się z tą opinią: wszak po zabójstwie T. rozumnie, choć bezlitośnie wydawał córce dyspozycje: ma pozostać w mieszkaniu, nie wolno jej podchodzić do telefonu. Zamknął drzwi na klucz i dojechał tam, gdzie zamierzał – do biura swego kolegi. Biegły psycholog ripostował: Oskarżony mógł się odezwać do dziecka w sposób logiczny, ale nie oznacza to, że kontrolował swe emocje w odniesieniu do żony.

Ostatecznie jednak w akcie oskarżenia Dobiesława T. o morderstwo znalazła się opinia, że: „czynu dopuścił się mając w znacznym stopniu ograniczoną zdolność rozpoznania jego znaczenia i tym samym pokierowania swoim postępowaniem”.

Sąd Okręgowy w Tarnobrzegu skazał 40 -letniego Dobiesława T. na 12 lat więzienia. Sąd nie ustalił, by skazany działał w stanie silnego wzburzenia usprawiedliwionego okolicznościami, jak to sugerował obrońca. Prokurator zaskarżył ten wyrok w części dotyczącej orzeczenia o karze, którą uznał za „rażącą swoją łagodnością i nie spełniającą celów wychowawczych w stosunku do oskarżonego, a także potrzeb w zakresie kształtowania świadomości prawnej społeczeństwa”.

Również kurator małoletnich córek ofiary zaskarżył orzeczenie Sądu Okręgowego, jako nadmiernie łaskawe dla przestępcy. Zwłaszcza, że w czasie procesu dowiedziono, iż oskarżony nie tylko zaplanował zabójstwo żony, ale zrobił to ze szczególnym okrucieństwem. Nie tylko względem ofiary, ale również córki, która zamknięta w mieszkaniu musiała bezradnie patrzeć na konającą matkę.

Sąd Apelacyjny podwyższył karę pozbawienia wolności do lat 15. W odpowiedzi na odwołanie obrońcy skazanego, sąd potwierdził ustalenia sądu niższej instancji, że w działaniu sprawcy nie można się dopatrywać znamion uprzywilejowanego typu zabójstwa, jakim jest popełnione w afekcie. Nie każdy bowiem afekt stwarza podstawy do częściowego usprawiedliwienia przestępcy.

W orzecznictwie podkreśla się, że działanie takie zazwyczaj musi być reakcją w racjonalnych proporcjachna wyrządzoną krzywdę. A co mogło być winą ofiary? Że spotykała się z innym mężczyzną? Przecież małżonkowie od dawna byli w separacji i Dobiesław T. nie zrobił nic, aby żona mogła zmienić o nim zdanie. Nadal był na jej utrzymaniu, nadal znikał na całe dnie, a po powrocie do domu wszczynał awantury. Nawet więc, jeśli zachowaniem żony w dniu tragedii czuł się upokorzony, w żaden sposób nie usprawiedliwiało to jego wzburzenia i wściekłości – a więc tych emocji, które stały się źródłem ataku na Iwonę T.

Z zimną krwią

 Dobiesława T. obciążał też fakt, że śmierć pokrzywdzonej Iwony T. nie nastąpiła natychmiast, po zadaniu jej jednej rany w klatkę piersiową. Morderca gonił kobietę po mieszkaniu, a ona zasłaniając się przed ciosami próbowała przemówić mężowi do rozumu. Uciekła się nawet do kłamstwa, zapewniając, że go kocha. Napastnika usiłowała także powstrzymać 10 -letnia córka, starając się odciągnąć go od matki. Nie udało się, gdyż oskarżony z zimną krwią zaprowadził dziecko do drugiego pokoju i kazał zamknąć drzwi.

634866697801661669

Również z relacji innych świadków wynika, że wbrew twierdzeniom oskarżonego, że był w amoku, doskonale pamiętał przebieg zajścia. Bezpośrednio po zdarzeniu zdawał sobie sprawę, że prawdopodobnie zabił żonę i tak to przedstawił koledze, a następnie policjantom. Również inne okoliczności wskazywały na to, że morderca kontrolował swoje zachowanie. Przed opuszczeniem miejsca zbrodni zmył z siebie krew, przebrał się, a wychodząc z domu zamknął drzwi na klucz.

Obrońca w kasacji złożonej w Sądzie Najwyższym twierdził, że Sąd Apelacyjny nie uwzględnił faktu, że Iwona T. dopuściła się zdrady małżeńskiej. Badania Zakładu Medycyny Sądowej w Krakowie wykazały na bieliźnie ofiary świeże ślady biologiczne pochodzące z organizmu nieznanego mężczyzny. Nieco wcześniej oskarżony znalazł w torebce żony środki antykoncepcyjne, na pewno nie kupione z myślą o współżyciu z mężem, gdyż było to już w czasie separacji.

Świadomość, że żona ma kochanka, miała decydujący wpływ na wielkie wzburzenie Dobiesława T.

– Ten stan – dowodził adwokat skazanego – został wywołany czynnikiem zewnętrznym, niezawinionym przez sprawcę.

W odpowiedzi na kasację obrońcy (w Sądzie Najwyższym sprawa nie została jeszcze rozstrzygnięta) prokurator zauważył, że biologiczny dowód zdrady uzyskano w postępowaniu przygotowawczym. Ze zrozumiałych względów, nie mógł więc być on znany sprawcy w chwili zabójstwa. Czyli nie był to powód do silnego wzburzenia.

A dlaczego sąd nie orzekł kary dwudziestu pięciu lat pozbawienia wolności, o którą wnioskował prokurator, czy nawet dożywocia, czego się domagali oskarżyciele posiłkowi?

W przekonaniu sądu karę 25 lat więzienia, karę o charakterze eliminacyjnym skazanego ze społeczeństwa, należy stosować wówczas, gdy nie ma nadziei na resocjalizację skazanego. Sąd wziął po uwagę zachowanie Dobiesława T. po popełnieniu przestępstwa – jego głęboką depresję (próba samobójstwa), wynikającą z uświadomienia sobie tego, co się stało.

Helena Kowalik

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*