WIELKI NAPAD NA BADYLARZA

Eugeniusz Makowiecki był jednym z najbogatszych ludzi w Wielkopolsce. Napad, którego padł ofiarą, uznawany jest za jeden z największych  w czasach PRL. Nie tylko z powodu na gigantycznego, jak na owe czasy łupu, lecz także  ze względu na mroczne okoliczności oraz domniemanie, że skok został przygotowany przez  grupę składającą się z gangsterów  oraz policjantów.

Ta historia przez lata owiana była tajemnicą. Milczały o niej media, jakby celowo ukrywając sprawców napadu.  W połowie lat 90. ubiegłego wieku razem z redaktorem Tomaszem Połciem – przy okazji innego śledztwa dziennikarskiego przygotowywanego dla „Expressu Wieczornego” – trafiliśmy do Eugeniusza Makowieckiego. Wtedy po raz pierwszy usłyszeliśmy jego wersję napadu.  Zaczęliśmy wgłębiać się  w ten temat, który zaskakiwał nas i porażał. Dotarliśmy do wielu świadków i uczestników tego zdarzenia oraz szokujących wprost materiałów. Co najmniej trzy osoby, które ujawniły szczegóły napadu, poniosły śmierć  w tajemniczych okolicznościach. Śledztwo utknęło w martwym punkcie. Działo się tak dlatego, gdyż – według Makowieckiego – napad został przygotowany przez grupę składającą się z gangsterów oraz policjantów. Funkcjonariusze  ci – jego zdaniem – następnie prowadzili śledztwo w tej sprawie. Gdy powstawał nasz reportaż „Plamy na mundurach”,  niektórzy z nich pełnili wysokie funkcje w poznańskiej policji.

Reportaż „Plamy na mundurach” był jedynym materiałem prasowym opisującym dogłębnie tę historię. Był on inspiracją dla twórców telewizyjnej serii „Wielkie napady PRL”. Na podstawie naszego artykułu i  z naszym udziałem, powstał odcinek „Napad w Bogucinie”.

Dziś ponownie wracamy do tamtych wydarzeń.

Przyjaciel premiera

Eugeniusz Makowiecki nie był postacią tuzinkową. W czasach PRL radził sobie doskonale jako tak zwany badylarz.  Zajmował się hodowlą kwiatów i asparagusa. W podpoznańskim Bogucinie, należące do niego szklarnie zajmowały hektary. Jego bogactwo rzucało się w oczy i wielu kłuło. Choć zarabiał wielkie pieniądze, to nigdy nimi nie szastał. Mieszkał w wygodnej willi, urządzonej bez nadmiernego przepychu.

Z bogactwem nigdy się nie obnosił, lubił natomiast chwalić się swoimi znajomościami, między innymi zażyłością z Józefem Cyrankiewiczem – komunistycznym premierem.

O bogactwie i znajomościach Makowieckiego krążyły legendy. Mówiło się też, że jest jednym człowiekiem na świecie, który eksportuje tulipany do Holandii.

Eugeniusz Makowiecki, tak jak wiele osób w tamtych czasach, nie miał zaufania do banków. Natomiast – przez swojego człowieka – od lat skupował marki niemieckie i dolary, inwestował też w złoto. Wszystko to trzymał zakopane w jednej ze szklarni. Jednak w końcówce PRL Makowiecki postanowił swój majątek ulokować w banku. Wiedziało o tym zaledwie kilka osób, m.in. syn Jacek, który miał z ojcem zawieźć pieniądze do banku. Był czwartek, 21 lipca 1988 roku. Tego dnia majątek przedsiębiorcy miał trafić ze szklarni do bankowego sejfu. Jednak Jacek Makowiecki, który miał towarzyszyć ojcu w drodze do banku, spóźnił się tak bardzo, że było już za późno, aby tego dnia jechać do Poznania.  Nazajutrz jest 22 lipca – wówczas jeszcze oficjalne święto państwowe, zatem banki są pozamykane, podobnie jak w weekend. Pozostaje czekać do poniedziałku. Zatem pieniądze i kosztowności trafiają do domowego sejfu.

W nocy 24  lipca, Eugeniusz Makowiecki jest sam w domu. Tak to wspominał po latach w rozmowie ze mną: Była noc, burza, gdy do domu – po przecięciu krat w oknach – wtargnęło kilku napastników, uśpili mnie eterem, lecz kilkakrotnie, na krótko odzyskiwałem przytomność, co pozwoliło mi rozpoznać niektórych napastników. Byli to m.in. Janusz S. oraz  T.J., ówczesny kierownik sekcji kryminalnej Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych w Poznaniu. Tego ostatniego rozpoznałem jednak dopiero później, gdy przychodził do mnie jako prowadzący śledztwo w tej sprawie. Ma bardzo charakterystyczny chód i budowę ciała. Tamtej nocy widziałem go odchodzącego z łupem od sejfu.

Bandyci zabrali 200 tysięcy dolarów, 10 tysięcy marek niemieckich, 36 złotych dwudziestodolarówek, 30 złotych monet dwudziestomarkowych i wiele innych wyrobów ze złota. Jak na owe czasy, była to fortuna. Za 3500 dolarów można było wówczas kupić kawalerkę w Warszawie, a za 10000 dolarów kupowało się już całkiem spore mieszkanie.

Nigdy nie ustalono sprawców napadu, ani nie odnaleziono łupu. Śledztwo prowadzone w tej sprawie zostało szybko umorzone, pomimo że w Poznaniu niemal oficjalnie mówiło się, kto uczestniczył w napadzie.

Nieszczęsny los świadków

Ludzi, którzy mogli cokolwiek powiedzieć o okolicznościach zdarzenia, spotkał tragiczny los. Tak było w przypadku Adama R., który w marcu 1992 roku zdecydował się ujawnić znaną sobie część tajemnicy. W tej sprawie był przesłuchiwany przez Jerzego J. w Komendzie  Wojewódzkiej Policji w Poznaniu: – Opowiadał mi później, że w trakcie przesłuchania do pokoju wszedł potężnie zbudowany policjant – mówił Eugeniusz Makowiecki – Adam R. twierdził, że był to Jerzy S.  Adam R. po tej wizycie powiedział mi, iż czuje, że nie wyjdzie cały.

1
Eugeniusz Makowiecki pokazuje pusty sejf / fot Ryszard Baranowski (Express Wieczorny)

Jerzy S, o którym wspominał Makowiecki – w czasie gdy przygotowywaliśmy materiał o napadzie – był zastępcą komendanta wojewódzkiego policji w Poznaniu.

Adam R. uważał, że podczas napadu na Eugeniusza Makowieckiego, poznańscy stróże prawa współpracowali z gangsterami. Zdawał sobie sprawę, że ma do czynienia z bezwzględnymi ludźmi. Wcześniej wielokrotnie nakazywano mu, by milczał w tej sprawie.

Mimo to, na prośbę Eugeniusza Makowieckiego, Adam R. zdecydował się napisać oświadczenie. Sporządził je w obecności oficera UOP, pułkownika K. W oświadczeniu  stwierdził m.in.: „… napadu dokonali Janusz S., Marek W. i Roman D. – policjant na emeryturze. Przyjechali samochodem policyjnym (…), była to nysa ze Swarzędza. W. mówił jeszcze o Jurku, policjancie, który ma bliznę na twarzy z lewej strony…”.

Według tej relacji, w jakiś czas po napadzie, jego uczestnik Marek W. odgrażał się, iż wysadzi w powietrze dom Makowieckiego, jeśli ten będzie w dalszym ciągu starał się dociec prawdy.

Adam R. sporządził również drugie oświadczenie, w którym napisał m.in.: „(…) policjant Roman, pseudonim „Łysy” (chodzi o Romana D., jednego z domniemanych uczestników napadu na Makowieckiego – przyp. aut.) zabił Witka S. nożem, zostawiając ofiarę przy torach kolejowych w Nowej Wsi…”.

Według słów Adama R., „Łysy” pracował dla Janusza S., innego członka przestępczej grupy, który był blisko związany z „Makowcem”, znanym poznańskim cinkciarzem, uznawanym za jednego z bossów świata przestępczego. Przez pewien czas Janusz S. prowadził  kantor „Makowca”. W 1992 roku został aresztowany i skazany za handel narkotykami. Jednak więzienie opuszczał regularnie dzięki częstym przepustkom. Janusz S., tuż po skoku na Makowieckiego, zainwestował duże kwoty na budowę domu. Przekazał też 120 mln starych złotych byłemu funkcjonariuszowi SB, Zbigniewowi P., na otwarcie agencji detektywistycznej we Wrocławiu.

Po złożeniu tych oświadczeń, pułkownik K. zapowiedział, że z Adamem R. spotykają się inni oficerowie UOP. Dzień przed wyznaczonym spotkaniem, Adama R. znaleziono martwego w jego warsztacie.

Podobny los spotkał „Łysego”, który wypadł z 4 piętra mieszkania w Swarzędzu.

W tym momencie wydawało się, że o napadzie na Makowieckiego nikt nie odważy się mówić. Przełom nastąpił w 1995 roku, gdy kolejny z uczestników przestępstwa postanowił ujawnić jego szczegóły.

 Milicjanci i gangsterzy

W sierpniu 1995 roku Krzysztof W. – odsiadujący wyrok w Zakładzie Karnym w Gębarzewie za inne przestępstwa – przyznał się do udziału w napadzie w Bogucinie. Wskazał również jego organizatorów. Według niego, bezpośrednio brało w nim udział 9 osób, w tym czterech milicjantów. Nazwiska zostały przekazane Prokuraturze Apelacyjnej w Katowicach.

Relacja ta została nagrana na taśmie magnetofonowej w obecności Eugeniusza Makowieckiego i Lidii S., byłej żony Krzysztofa W. Wynika z niej, że organizatorami napadu byli: Zbigniew B. zwany „Makowcem” oraz wysocy rangą funkcjonariusze ówczesnej milicji z Poznania.

-„Makowca” znałem, wiedziałem, że ma mocne układy w policji. Jak zacząłem z nim działać „na ostro”, to on mnie sprawdzał na Komendzie Wojewódzkiej – mówił Krzysztof W. – Potem mi oficjalnie powiedział, że jestem na układzie z policją. Ja się przyznałem.

Ze słów W. wynika, że napad planowano już w 1987 roku: – Było pewne, że skok nastąpi, ale nikt nie  chciał podać dokładnego terminu. Dopytywałem się, bo byłem głodny na pieniądze. Przyszedł 1988 rok i zaczęły się rozmowy „na ostro”. Spotkaliśmy się w sklepie przy Piotrkowskiej. Tam siedziało już trzech takich grubych „cynków” (kapusiów lub milicjantów –  przyp. aut.). Był też Stefan M. Potem „Makowiec” zaprosił nas na spotkanie na Starym Mieście w lokalu „Piccolo”. Po kolei przyjeżdżały samochody i wszyscy dostawali zadania. Potem każdy pojechał w swoją stronę. Nie wiedziałem, gdzie jedziemy, gdy zapytałem o to, zostałem „zbombardowany” w samochodzie. „Makowiec” powiedział: „Rób swoje, a te sto baniek dostaniesz”. Pojechaliśmy do Bogucina.

Krzysztof W. mówił również o doskonałych układach „Makowca” z kierownictwem poznańskiej policji.

Zbigniew B., pseudonim „Makowiec”, zaczynał jako cinkciarz razem z byłym senatorem Aleksandrem G. Ich  przyjaźń ciągnęła się przez lata. W 1991 roku „Makowcowi” zarzucono zarejestrowanie kilkudziesięciu samochodów (luksusowych mercedesów, BMW i audi) na fikcyjne osoby oraz nakłanianie do składania fałszywych zeznań osób poszkodowanych przez gang, zajmujący się wymuszeniem haraczu. W tej sytuacji uciekł do Niemiec, skąd poprzez swoich adwokatów wystąpił o wydanie „listu żelaznego”, który gwarantuje  nietykalność osobie oskarżonej na czas postępowania sądowego, aż do jego zakończenia. W powojennej historii polskiego sądownictwa nie zdarzyło się, aby zastosowano tę instytucję prawną. O tego typu gwarancje zabiegano m.in. dla płk. Ryszarda Kuklińskiego, jednak  bezskutecznie. „Makowcowi” ta sztuka się udała. W Poznaniu mówiło się, że pomogły mu koneksje z czasów cinkciarskich. Poznańscy policjanci, z którymi rozmawialiśmy, twierdzili, że na „Makowca” trudno było znaleźć haka. Według tych opinii, mógł on otrzymywać ostrzeżenia o grożącym mu niebezpieczeństwie, od wysoko postawionych funkcjonariuszy i urzędników państwowych.

Nasi informatorzy twierdzili też, że „Makowiec” był agentem współpracującym z policją, a jego prowadzącym był Jerzy S. (w połowie lat 90. zastępca komendanta wojewódzkiego policji w Poznaniu). Po napadzie w Bogucinie, ówczesny kapitan Jerzy S. był odpowiedzialny za stronę procesową  w tej sprawie. Zdaniem naszych rozmówców, koneksje „Makowca” pozwoliły mu uniknąć konsekwencji związanych z napadem w Bogucinie.

– Wszyscy od początku do końca wiedzieli o co chodzi, każdy tak kręcił sprawą, żeby nie wyszła na światło dzienne – mówił Krzysztof W. – Grożono nam, że będziemy mieli stare wyroki poodkręcane, a jeśli zaczniemy sypać, to nas wywiozą do lasu i unieszczęśliwią.

 Krzysztof W. opowiada również o porwaniu go z placu Wolności w Poznaniu przez trzech mężczyzn. Siłą wciągnęli go do volvo 740 i wywieźli na poligon w Biedrusku. Stało się tak, gdy od organizatorów napadu domagał się wpłaty drugiej części swojej doli, gdyż otrzymał jedynie 50 procent. Zapewne dlatego postanowiono go zastraszyć.

Kazali mi kopać saperką dół. Jeden z nich powiedział, że jak dam radę to będę cały, a jak nie to będę miał do czynienia z „Rambo”. Ja myślałem, że wypadnie facet, strzaska mnie i będzie po wszystkim. A oni wzięli psa, bulteriera, tak go rozgrzali, że mu piana z mordy leciała i puścili go na mnie.

Zdarzenie to miało być dla Krzysztofa W. ostrzeżeniem, że w przypadku ujawnienia komuś szczegółów przestępstwa, spotka go nieszczęście.

„Tolo” wkracza do akcji

Krzysztof W. twierdzi, że nakłaniano go do zamordowania Eugeniusza Makowieckiego w czasie napadu. Osobą, która przekazała mu broń, był policjant o pseudonimie „Tolo” On mi dał pistolet, Glocka. Miałem stać na dole i pilnować. Jak wchodziliśmy do domu, był „Makowiec” i „Tolo”.

Na pytanie, czy wie kim był „Tolo”, odpowiada bez zastanowienia: – Policjantem.

Człowiek, o którym mówi Krzysztof W., to T.J., znany wówczas poznański policjant. On i jego żona, byli głównymi świadkami oskarżenia w sprawie o tzw. korupcję w poznańskiej policji. Aferze od początku od końca wymyślonej i rozegranej – za pomocą usłużnych dziennikarzy – przez świat biznesu, gangsterów i zawistnych policjantów. Do tej głośnej w latach 90. sprawy, wrócę w kolejnym numerze „Reportera”.

– „Tolo” odszedł z pracy w policji, gdyż miał problemy z legalizacją kradzionych samochodów. Otaczał się dziwnymi ludźmi twierdził jeden z naszych rozmówców – Później prowadził wywiadownię dla byłego senatora Aleksandra G.

Sam T. J. w rozmowie ze mną stwierdził wówczas, że sprawa z samochodami była całkowicie legalna i nie czuje się winny: – Odszedłem z policji, gdyż traciłem czas na utarczki z przełożonymi, zamiast zajmować się ściganiem przestępców.

Niepokoiły nas jego powiązania ze światem przestępczym – mówi  jeden z jego dawnych przełożonych – Niektórzy przypuszczali, że mogło go coś łączyć z gangsterem o pseudonimie „Western”, który miał na koncie serię brutalnych napadów. Musieliśmy go zamknąć bez wiedzy „Tola”. On go bronił, twierdził, że to jego agent.

W rozmowie ze mną „Tolo” powiedział, że sprawa „Westerna” została zepsuta: Chodziłem za nim dwa lata. Chciałem poprzez niego dopaść „Makowca”. Zrobiłbym to, gdyby nie przedwczesne aresztowanie „Westerna”.

Jako  bzdurne określał zarzuty, że brał udział w napadzie na Eugeniusza Makowieckiego: – Złożyłem doniesienie przeciwko Krzysztofowi W. Będąc kierownikiem  sekcji, prowadziłem śledztwo we właściwym kierunku. Mamy duży związek z tą sprawą. Znam kulisy. Pewne rzeczy były inspirowane przeze mnie – mówił „Tolo” przed laty dość tajemniczo. Nie rozwijając jednak tego wątku. – Trzeba było działać spokojnie, pewne ruchy wykonano za szybko, a należało odczekać. Według mnie, wszystko było inspirowane przez syna Makowieckiego – Jacka. Dla odwrócenia uwagi, jako sprawców napadu wskazano mnie i komendanta Jerzego S.

– Byłem w tej sprawie przesłuchiwany w trzy dni po napadzie w WUSW w Poznaniu – wyjawił mi w wówczas Jacek Makowiecki. – Wtedy wyraziłem zgodę na złożenie zeznań z zastosowaniem wykrywacza kłamstw, który specjalnie w tym celu przywieziono z Warszawy. Wypadły one dla mnie korzystnie.

– Śledztwo jest prowadzone od początku w bardzo dziwny sposób –  twierdził  Eugeniusz Makowiecki – Pomimo, że przekazałem kasetę z nagraniem Krzysztofa W. oficerowi UOP, a potem trafiła ona do prokuratury, wydaje się, że tego oświadczenia nikt nie uznał za dowód w tej sprawie.

Prowadząc w 1996 roku dziennikarskie śledztwo, zapytaliśmy o to w poznańskiej delegaturze UOP. Nieoficjalnie potwierdzono nam, że E. Makowiecki przekazał kasetę z nagraniem. Jednak była ona słabej jakości. Również Romuald Grzybek, ówczesny naczelnik Wydziału Śledztw Prokuratury Wojewódzkiej w Poznaniu, twierdził, że nagranie z kasety nie dało  podstaw do wszczęcia postępowania. Przyznanie się do winy Krzysztofa W., opis przebiegu napadu oraz podanie nazwisk  konkretnych osób uczestniczących w nim, zostały całkowicie  zbagatelizowane. Zastanawiał fakt, że zamiast zająć się przesłuchaniem Krzysztofa W., organa ścigania analizowały jakość techniczną nagrania.

Krzysztofowi W. – wkrótce po nagraniu wyjaśnień – grożono w zakładzie karnym śmiercią. Nie otrzymał jednak żadnej ochrony.

Krzysztof W. mówił też osobom, które go odwiedziły, że ma odczucie, jakby chciano go koniecznie wysłać na przepustkę. Uniknął tego, bał się, że po wyjściu za mury więzienia, dopadną go inni uczestnicy napadu w Bogucinie. 14 października 1995 roku wyszedł jednak na 24-godzinną przepustkę, z której już nie powrócił. Nie wiadomo, czy  jeszcze żyje.

Haracz za łup

– Wkrótce po napadzie przyjechał do nas Andrzej R., który był kierowcą szefa wojewódzkiej milicji – opowiadał Makowiecki – Zaproponował mi zwrot skradzionych rzeczy, oprócz 4 dwudziestodolarówek i złotej papierośnicy. Stwierdził, że wszystko to zostanie zwrócone za 20 procent wartości. Do transakcji jednak nie doszło, gdyż po pewnym czasie podwyższono sumę okupu, na co nie chciałem się zgodzić. Poinformowałem o tym kapitana Jerzego S., wówczas inspektora sekcji kryminalnej WUSW. On odesłał mnie do Romualda Grzybka z Prokuratury Wojewódzkiej w Poznaniu. W efekcie Andrzej R. został zwolniony z pracy w milicji.

W podpoznańskim Bogucinie, należące do Eugeniusza Makowieckiego szklarnie zajmowały hektary/ fot Janusz Szostak

Jak twierdził Eugeniusz Makowiecki, nie była to jedyna propozycja odzyskania zrabowanych przedmiotów. W 1989 roku do Makowieckiego zgłosił się ponoć sam Jerzy S., twierdząc, że istnieje szansa dotarcia do przestępczej grupy, która dokonała napadu. Powiedział rzekomo, że jeden ze sprawców, „Makowiec”, ma do sprzedania 4 magnetowidy lub magnetofony, które pochodzą z innego przestępstwa. Zdobycie ich może pozwolić na aresztowanie „Makowca” i innych.  Na ten cel otrzymał od Makowieckiego 1200 marek. Przy przekazaniu pieniędzy był obecny Jacek Makowiecki. Nic to jednak nie wniosło do śledztwa, a pieniądze przepadły.

– Ponownie Jerzy S. pojawił się w Bogucinie we wrześniu 1999 roku. Tym razem utrzymywał, że może zdobyć informacje na temat napadu od prostytutki mieszkającej w Amsterdamie. Potrzebował na ten cel 1000 marek. I tym razem pieniądze otrzymał. Informacji nie zdobył, pieniędzy nie oddał. Po pewnym czasie dowiedziałem się od „Tola”, że kobieta ta została zastrzelona w Holandii, a jej syn w Polsce – relacjonował przed laty  Eugeniusz Makowiecki.

Pomimo zeznań Makowieckich, Wydział ds. Przestępczości Zorganizowanej Prokuratury Wojewódzkiej w Katowicach umorzył postępowanie przeciwko Jerzemu S., który  kategorycznie zaprzeczył, jakoby kiedykolwiek przyjął pieniądze. Zeznania Eugeniusza i Jacka Makowieckich, uznano za niewystarczające.

Zbierając materiały o napadzie w Bogucinie, wielokrotnie staraliśmy się spotkać z Jerzym S. – ówczesnym zastępcą komendanta wojewódzkiego policji w Poznaniu. Robiliśmy to telefonicznie, pisemnie i  za pośrednictwem rzecznika prasowego policji. Jerzy S. co prawda podawał nam terminy spotkań. Jednak po przyjeździe do Poznania okazywało się zawsze, że nie ma dla nas czasu.

To właśnie on nigdy nie chciał pokazać akt dotyczących śledztwa w sprawie napadu w Bogucinie. Nawet adwokat Eugeniusza Makowieckiego nie mógł uzyskać pozwolenia na wgląd do materiałów w tej sprawie. Również nam nie udało się do nich dotrzeć, mimo wielu prób. Jakie mroczne tajemnice kryją akta tej sprawy, skoro przez lata są tak chronione?

W czasie licznych wyjazdów w tej sprawie do Poznania, niekiedy czuliśmy się zagrożeni. Zdarzyło się, że zniszczono mój samochód – wybijając szybę i tłukąc reflektory. Jedna z poznańskich gazet weszła w posiadanie taśm z nagraniami naszych rozmów, jakie prowadziliśmy w tej sprawie w Poznaniu. Najwyraźniej ktoś nas podsłuchiwał i nagrywał. Co prawda prokuratura zajęła się tą sprawą, ale nie zdołała ustalić, kto nas nagrywał.

Podobnie, jak nigdy nie ustalono sprawców napadu, ani nie odnaleziono łupu. Śledztwo prowadzone w tej sprawie zostało szybko umorzone, pomimo że w Poznaniu niemal oficjalnie mówiło się, kto uczestniczył w napadzie.

Ta historia nadal pozostaje niewyjaśnioną zagadką, i będzie coraz trudniej znaleźć jej rozwiązanie.  Ubywa bohaterów zdarzenia sprzed 26 lat. Nie żyje już Eugeniusz Makowiecki i były policjant „Tolo”. W tajemniczych okolicznościach poniósł śmierć Jacek Makowiecki. Było to kolejne z „seryjne samobójstwo” osoby związanej z napadem w Bogucinie.

Co prawda wiele osób zabrało tajemnice do grobów, to jednak żyje nadal kilka osób, które wiele wiedzą o napadzie w Bogucinie. Być może któregoś dnia zechcą opowiedzieć, jak było naprawdę. Tylko, czy będą wiarygodni dla prokuratury, która już tyle razy nie wykazała zainteresowania wyjaśnieniem kulisów tego wielkiego napadu z czasów PRL?

Janusz Szostak

 

 
 

 

 

 

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*