Ania na zielonym wzgórzu

Nad Jelenią Górą wzeszło słońce. Dzień zapowiadał się bardzo optymistycznie. Na niebie nie było ani jednej chmurki. Pogoda zachęcała do spędzenia czasu na świeżym powietrzu. W przydomowych ogródkach zaczęły rozbrzmiewać głośne, dziecięce śmiechy. Tak też było w domu państwa Wileńskich. Nic tego dnia nie zapowiadało nadejścia tragedii.

Pięknie położona posiadłość na wzgórzu Paulinum, tuż obok pałacu o tej samej nazwie, była okolona dużym ogrodem. Opiekunka wraz z małą Anią Wileńską zbierała zabawki, które dziewczynka chciała zabrać do przydomowego ogródka. Tam właśnie urządziła sobie plac zabaw. Troskliwa opiekunka, z którą Ania zostawała pod nieobecność rodziców, co jakiś czas wyglądała z okna, aby sprawdzić, czy małej nic nie potrzeba. Dzień upływał na beztroskiej zabawie, z przerwą na obiad.

Powoli zapadał wieczór. Opiekunka po raz kolejny tego dnia wychyliła się, aby zawołać Anię do domu. Nie zobaczyła jej z okna. Zdenerwowana zbiegła na dół, by jej poszukać. Myślała, że może mała bawi się z nią w chowanego. Głośne wołanie nic nie dało. Ania nie odpowiadała. Dziewczynki nie było ani w ogrodzie, ani w domu, ani też w pobliskich domostwach. Pięcioletnia Ania Wileńska zniknęła.

Wersja opiekunki

2 lipca 1962 roku porucznik Stanisław Bójko, oficer dyżurny Komendy MO w Jeleniej Górze, przyjął zgłoszenie o zaginięciu pięcioletniej dziewczynki Ani Wileńskiej, zamieszkałej wraz z rodzicami i opiekunką na krawędzi wzgórza Paulinum w Jeleniej Górze. Fakt ten zgłosiła przerażona opiekunka dziewczynki po upływie doby od jej zaginięcia.

Na miejsce wysłano ekipę śledczo-kryminalną z technikiem kryminalistyki, przewodnikiem z psem tropiącym, i kilkoma wywiadowcami – dowodzoną przez kapitana Stanisława Bryndzę, naczelnika Wydziału Służby Kryminalnej. Ekipa zajęła się miejscem zdarzenia. Pieczołowicie dokumentowała wszelkie ślady, zbierała dowody. Zabawki dziewczynki zabezpieczono w specjalnie wyjałowionych workach. Miały być źródłem zapachu dla psa tropiącego. Wywiadowcy rozeszli się po pobliskich domostwach, aby stworzyć szkic sytuacyjny. Mieli oni również zebrać wszelkie informacje o zwyczajach ludzi tu mieszkających i ewentualnych podejrzanych. Każdy z nich został wyposażony w zdjęcie dziewczynki, które otrzymali od opiekunki. Przyjęto założenie, że Ania żyje.

Niestety aura nie sprzyjała działaniom operacyjnym. W chwili przybycia na miejsce spadł deszcz, rozszalała się burza.

W niedzielę, 1 lipca, w miejscu zamieszkania Ania przebywała tylko z opiekunką. Jej ojciec był w tym czasie służbowo w Krakowie. Matka zaś, ze starszym braciszkiem pojechała do rodziny pod Wrocławiem. Rodzice mieli pełne zaufanie do opiekunki dzieci, która wraz z nimi zamieszkiwała w oddzielnym pokoju. Zajęci pracą dydaktyczną, często przebywali poza domem.

– Opiekunka zeznała, że owej krytycznej niedzieli była z Anią sama w domu – wspomina kapitan Stanisław Bryndza – Niedziela była pogodna i słoneczna, dziewczynka wiele czasu spędzała na zabawie w przydomowym ogródku. Pamiętała dokładnie, że około godziny 14.00 wychyliła się przez okno i zawołała na obiad, bawiącą się w ogródku Anię.

Po małym wypoczynku, około godziny 16.30, Ania powróciła do swoich zabawek w przydomowym ogródku. Opiekunka od czasu do czasu wyglądała przez okno, czy wszystko jest w porządku. Nie zauważyła nic szczególnego, wszystko było pod jej kontrolą. Ostatni raz widziała Anię w ogrodzie około godziny 17.00, gdy przyniosła jej coś do picia. Po tym, przez chwilę oglądała program telewizyjny. Gdy kolejny raz wyjrzała przez okno, aby zawołać dziewczynkę do domu, to Ani już nie było. Zniknęła bez śladu.

Opiekunka określała Anię jako bardzo grzeczne i ufne dziecko. Zdarzało się, że przechodzący studenci częstowali ją cukierkami. Jednak tego dnia kobieta nikogo nie widziała, ani też nie słyszała. Dziewczynka nigdy nie oddalała się sama bez wcześniejszej informacji.

Zadeptane ślady

W wieczór zaginięcia dziewczynki do domu powrócili jej rodzice. Ze zgrozą wysłuchali historii opiekunki. Sami przeszukali całą kamienicę, z wszelkimi jej zakamarkami. Gdy poszukiwania zakończyły się fiaskiem, zrozpaczony ojciec zwrócił się o pomoc do swojego przyjaciela, dowódcy jednostki wojskowej KBW, płk Józefa Gleicherta. Był on przekonany, że mała mogła wyjść za teren ogródka i w pobliskich lasach zabłądzić.

Życzliwy dowódca, w trybie alarmowym poderwał na nogi kompanię zwiadu i wyznaczył bojowe zadanie. Sam stanął na czele dowodzenia. Prawie 100 żołnierzy pojawiło się w miejscu zamieszkania Ani. Podano im rysopis dziewczynki oraz informację w co była ubrana.

Wojskowi przeczesali las, przy okazji zadeptując ewentualne ślady. Dziewczynki nie odnaleziono. Poszukiwania zostały przerwane przez burzę. Sprawę zgłoszono do komisariatu milicji.

Przeszukanie całej kamienicy z jej zakamarkami zajęło wiele godzin. Niestety nie dało pożądanych rezultatów. Szalejąca burza i marsz wojskowych dodatkowo utrudniały sprawę w terenie. Pies tropiący co chwilę gubił ślad i zaczynał kluczyć w jednym miejscu. Technik kryminalistyki porucznik Stefan Ćwikliński specjalnymi szczypcami wyjmował z jałowego woreczka szmacianą lalkę, którą dzień wcześniej w domu bawiła się Ania. Przewodnik sierżant Tadeusz Staszewski zachęcał swojego pupila do podjęcia tropu. Nie odrywając pyska od podłoża, biegł on w kierunku ścieżki, aby tam natrafić na strumień deszczówki i ponownie zgubić trop. Eksperyment z lalką powtórzono kilkakrotnie. Niestety pies co rusz w podmokłym terenie gubił ślad. Jego pracę udokumentowano w specjalnym protokole, oraz zaznaczono trasę tropu na mapie topograficznej.

– Pies pracował w najtrudniejszych warunkach pogodowych, przewidzianych do tropienia śladów – podkreśla naczelnik Bryndza – Stąd jest możliwy margines błędów. Brak było jasnych wskazówek, co do kierunku, w jakim mogła się udać dziewczynka, lub została uprowadzona.

Do tego sprawa została zgłoszona po upływie doby od zdarzenia. Nie było świadków. Polegano jedynie na zeznaniach opiekunki i rodziców. Bezpośrednie uczestnictwo w czynnościach procesowych nadszarpywało ich nerwy. Pojawiały się kłopotliwe pytania bez odpowiedzi. Ich ból był widoczny.

Niestety nie znaleziono żadnych śladów, które można by było powiązać z zaginięciem dziewczynki. Nie było śladów krwi, kawałków ubrania, śladów walki. Wszystko świadczyło o tym, że Ania mogła znać swojego porywacza. Niepokojącym faktem było też to, że była ona dzieckiem wyjątkowo ładnym. Wszyscy mówili, że posiadała nieodparty czar. Miała owalną buzię, duże piwne oczy, ciemnoblond włosy, dość krótko ostrzyżone i lekko zadarty nosek. W chwili zniknięcia miała zadrapanie na czole. Ubrana była w niebieski sweterek, białe rajtuzy i białe sandały, oraz jasną sukienkę w zieloną kratę, z kołnierzykiem i mankietami z innego materiału. Pełną parą ruszył zwiad kryminalny. A wraz z nim całe zaplecze.

Pechowi komandosi

Rysopis Ani przekazano do środków masowego przekazu. Zwrócono się z bezpośrednim z apelem do społeczeństwa o udzielenie pomocy organom milicji obywatelskiej w poszukiwaniu zaginionej dziewczynki. Na drugi dzień komunikat pokazał się na ekranach telewizorów, trafił do prasy i radia. Od tej pory do jednostek milicji napływało wiele informacji.

W wojewódzkim wydziale kryminalnym we Wrocławiu, a także w wydziale kryminalnym w Jeleniej Górze – powołano specjalną grupę poszukiwawczą, wyposażoną w sprzęt i niezbędne kompetencje.

Na celowniku znaleźli się wszyscy przestępcy seksualni. Poddano ich wnikliwej obserwacji. Po kilka razy przesłuchiwano osoby, które mieszkały w pobliżu zdarzenia. Badano każdy trop. Uruchomiono gorącą linię z komendą główną milicji i zakładem kryminalistyki.

Telewizyjny komunikat o tajemniczym zniknięciu uroczej dziewczynki poruszył serca i umysły ludzi w całym kraju. Przez długi czas do wydziału kryminalnego w Jeleniej Górze napływały setki informacji. Wszystkie były skrupulatnie sprawdzane. Jednak ciągle brakowało tej jedynej. Większość wskazywała świadków, którzy w różnych miejscach i okolicznościach widzieli samotnie podążającą małą dziewczynkę o podobnym do zaginionej Ani rysopisie. Brak było niepokojących wiadomości ze strony elementu kryminalnego.

– Na nasze szczęście poprawiły się warunki pogodowe – wspomina kapitan Stanisław Bryndza – Podjęliśmy decyzję o wykorzystaniu „Antka” do celów poszukiwawczych. Chcieliśmy przeszukać z lotu ptaka chłopskie i pegeerowskie pola. Łany zbóż mogły stać się dla małej dziewczynki bardzo niebezpiecznym labiryntem.

W ramach wydziału kryminalnego, przy współpracy z Aeroklubem Jeleniogórskim szkolono pierwszy oddział milicyjnych komandosów z psami tropiącymi, rekrutującymi się w całości z wydziału kryminalnego. Szefem szkolenia był porucznik Mieczysław Kozdra. Chciano stworzyć pierwszy w Polsce zespół, który zajmowałby się przeszukiwaniem niedostępnych terenów geograficznych, jakimi jest usiana Kotlina Jeleniogórska. Jednak, po pierwszych skokach, połowa wydziału kryminalnego znalazła się na zwolnieniach lekarskich, z gipsem na dolnych i górnych kończynach, łącznie z psem „Tropem”. Zabrakło ludzi do pracy, zaś pilotażowy program zakończono.

– 3 lipca 1962 roku, na lotnisku zebrałem kilkunastu niedoszłych komandosów z wydziały służby kryminalnej i włączyłem do realizacji operacji pod kryptonimem „Ania”- opowiada naczelnik Bryndza – Wyposażeni w samochód terenowy gaz 69 mieli penetrować na lądzie, zaznaczone w czasie lotu na mapie topograficznej, miejsca wymagające szczegółowego sprawdzenia.

 Niebezpieczny zwiad

Lot nad Kotliną Jeleniogórską miał wykonać pilot Stanisław Uszpiński wraz z kapitanem Stanisławem Bryndzą, który miał zaznaczyć newralgiczne miejsca. W tym celu został on wyposażony w niezbędny sprzęt do prowadzenia obserwacji terenu z lotu ptaka oraz mapę topograficzną, z rysikiem na sznureczku oraz spadochron. Tuż przed startem, zespół kapitana Bryndzy otrzymał informację, że nad rzeką Bóbr widziano samotną dziewczynkę o podobnym rysopisie do Ani. Świadek potwierdzał, że zniknęła w sitowiu koryta rzeki. Do planowanej penetracji z powietrza dodatkowo włączono i oznaczono na mapie topograficznej koryto rzeki Bóbr.

Zwiadowczy lot podzielono na dwie fazy. Pierwsza, to penetracja terenu, z nadzieją na odnalezienie żywego dziecka. Druga, to szukanie ciała dziewczynki w korycie rzeki Bóbr. Zwiad lotniczy miał się zakończyć nad rozlewiskiem przed tamą w Pilichowicach.

Po chwili samolot „Antek” był już w powietrzu. Zwiad rozpoczął się od ostatniego miejsca pobytu dziewczynki, czyli wzgórza Paulinum. Kolejny punkt, to penetracje pegeerowskich i chłopskich pól uprawnych. Świetna widoczność napawała nadzieją na odnalezienie dziecka. W celu lepszej penetracji, pilot obniżył maksymalnie lot. Gdy tylko jakiś podejrzany szczegół pojawił się na horyzoncie, kapitan dawał znać pilotowi, aby powtórzyć penetrację tego odcinka, jednocześnie zaznaczał go na mapie.

Minęło półtorej godziny lotu nad wyznaczonym terenem, bez widocznego rezultatu. Przyszedł czas na drugą fazę lotu – penetrację koryta rzeki Bóbr.

– Pilot kieruje się na Łomnicę, odnajduje koryto rzeki Bóbr, obniża lot i z biegiem rzeki rozpoczynamy lotniczy zwiad – wspomina Stanisław Bryndza. Pilot dopasowuje lot do zmieniających się warunków terenowych. Obserwacja lustra wody oraz brzegów koryta rzeki stała się uciążliwa. Nie ma tu miejsca na powtórki.

– W pewnym momencie pilot energicznie podrywa maszynę z wąwozu, lornetka wypada mi z rąk – opowiada naczelnik Bryndza – Trzymam się kurczowo kabiny samolotu. Wszystko dzieje się, jak w kalejdoskopie. Jesteśmy tuż nad zalewem Pilichowickim, gdzie znajduje się elektrownia wodna. Pilot podniósł ramię, dając mi znać, że kończymy penetrację. I w tym momencie wykonał niespodziewany manewr, który potwornie szarpnął maszyną. Pikującą ostro w dół, tuż nad lustro wody. Ponownie wypuściłem z rąk lornetkę. Kurczowo chwyciłem się kabiny. Miałem wrażenie, że koła samolotu muskały powierzchnię wody. W ułamku sekundy sytuacja się zmienia. Pilot na pełnym gazie poderwał samolot do góry i położył na lewym skrzydle, wyciskając z silnika całą moc. Słychać było łamanie wierzchołków drzew przez koła samolotu. Gdy sytuacja została opanowana i maszyna wróciła na prawidłowy tor lotu, Uszpiński wskazał palcem na sześć linijek, które rysowały się na tle tamy. Były to przewody elektryczne, sto tysięcy volt. Tylko doświadczenie pilota uratowało od tragedii. Lot zwiadowczy zakończono.

 Ania na wzgórzu

Przez dwa lata prowadzono aktywne poszukiwania przez wszystkie jednostki milicji w kraju. Niestety, nie dały one pozytywnego rezultatu. Teorię o porwaniu po kilku tygodniach wykluczono. Ewentualni kidnaperzy nie odezwali się.

W sprawę zaangażowane były najwyższe władze milicji. Zrozpaczona rodzina korzystała z pomocy wróżbitów, specjalistów od wahadła, różnych szamanów.

– Przez cały czas współpracowałem z rodzicami zaginionej dziewczynki. Szczerze informowałem ich o wynikach poszukiwań. Niewiele miałem do zaoferowania. W trudnych sytuacjach poszukiwałem sposobu na złagodzenie ich bólu – wspomina kapitan Bryndza.

Z braku jakichkolwiek wyników poszukiwań po roku prokurator umorzył śledztwo. Z upływem czasu topnieją informacje. Prawdopodobne wersje wydarzeń nie potwierdziły się. Znikała nadzieja na odnalezienie zdrowego i żywego dziecka. Inspektor Barbara Suchorowska z wydziału służby kryminalnej we Wrocławiu poszukiwała zaginionej dziewczynki wśród zgłoszeń o znalezieniach w kraju niezidentyfikowanych zwłok dzieci. Bez rezultatu.

27 października 1964 roku w lesie na zielonym wzgórzu Paulinum w Jeleniej Górze grupa chłopców znalazła ludzką czaszkę. Zawinęli ją w koszulę i natychmiast przynieśli do oficera dyżurnego Komendy Miasta Milicji w Jeleniej Górze. Wraz ze swoim znaleziskiem zostali poproszeni do gabinetu naczelnika Bryndzy. Czaszka była cała w błocie a oczodoły wypełnione rdzawą gliną. Małe rozmiar dowodziły, że należy do dziecka.

– Miejsce znalezienia czaszki i jej rozmiary nakierowały moje myśli na nierozwiązana sprawę Ani – wspomina kapitan Bryndza – Poleciłem technikowi kryminalistyki, porucznikowi Stefanowi Ćwiklińskiemu, zabezpieczyć procesowo przyniesiony dowód rzeczowy. Przygotowałem sierżanta Tadeusza Staszewskiego, przewodnika psa „Tropa”, do użycia go na miejscu znaleziska. Wezwałem swój zespół. Po chwili wraz z chłopcami byliśmy już na wzgórzu Paulinum. Eksperyment zaczęliśmy od klubu sportowego „Gwardia”. Chłopcy poprowadzili nas dróżką przez stary sosnowy las i wskazali miejsce znalezienia czaszki. Podłoże lasu wyścielone grubą warstwą igliwia wskazywało na to, że zabłocona czaszka przywędrowała z gliniastego terenu. Mógł ją wykopać z ziemi jakiś drapieżnik, a resztę dokonało prawo ciążenia. Od strony północnej rozciągało się wzgórze z niewielką polaną.

Technik z przewodnikiem przygotowali „Tropa” do znalezienia reszty szkieletu. Pies obwąchał czaszkę ze wszystkich stron i przywarł pyskiem do podłoża. Zawrócił w kierunku wzgórza i poprowadził na skraj zakrzewionej polany. Tutaj zanurzył się pod kłujący krzew dzikiego agrestu. Pod krzewem, w głębokim gliniastym rowie wystawały z ziemi szczątki kostne. W sposób profesjonalny zabezpieczono miejsce znaleziska.

Obława na zboczeńców

 28 października 1964 roku przeprowadzono oględziny w miejscu znalezienia szkieletu. Byli przy tym obecni biegły lekarz Zakładu Kryminalistyki Komendy Głównej Milicji, dr Andrzej Michałowski, major Józef Zieliński – prokurator rejonowy, oraz kapitan Stanisław Bryndza. Biegły lekarz stwierdził, że są to szczątki zwłok dziecka. Przy zwłokach znaleziono metalowy płaskownik.

Na miejsce oględzin zaproszono rodziców zaginionej Ani Wileńskiej. Matka rozpoznała skrawek kołnierzyka, który wykopano przy zwłokach. Była pewna, że należał do jej córki. Natomiast ojciec rozpoznał wydobyty z ziemi biały sandałek. Rozpoczął się nowy rozdział we wznowionym śledztwie, przekazanym w całości do prowadzenia przez wydział służby kryminalnej w Jeleniej Górze pod nadzorem prokuratury.

Minęły dwa lata od intensywnych poszukiwań zaginionego dziecka. Dotychczasowe hipotezy, wnioski nie sprawdziły się. Ponownie przeczesano kartotekę kryminalną, teraźniejszą oraz sprzed lat. Pod lupę trafili przestępcy oraz podejrzani o molestowanie, gwałty, przemoc wobec dzieci oraz wszelkie osoby objawiające jakiekolwiek zboczenia na tle seksualnym. W tym celu w ramach Wydziału Kryminalnego powołano specjalny zespół.

Wraz z pojawieniem się szkieletu, pojawiły się nowe tezy. Miejsce pochówku znajdowało się kilkaset metrów od domu dziewczynki. W tamtym czasie do rodziny Ani przyjeżdżał motocyklem krewny. Lubił on z dość dużą prędkością zjeżdżać ze wzgórza. Swoją maszynę parkował tuż obok ogródka, gdzie bawiło się dziecko. Tą samą ścieżką wracał. Ania doskonale go znała. Mógł zdarzyć się nieszczęśliwy wypadek. Na jej poparcie przeprowadzono eksperyment z udziałem motocyklisty i dziewczynki w podobnym wieku co Ania. Przyjęto założenie, że gdy motocyklista zapalił silnik i zaczął odjeżdżać, dziewczynka, wybiegła z ogródka na ścieżkę w dół, aby gestem pożegnać krewnego. W toku eksperymentu przebrana dziewczynka i motocyklista – na umówiony sygnał – ruszyli jednocześnie z miejsca. Dla zachowania bezpieczeństwa, przy wylocie ogrodowej dróżki czuwali kryminalni.

Eksperyment nie dał jednoznacznej odpowiedzi. Wypadek mógł się zdarzyć, ale czy tak było?

Od tej pory po kolei wykluczano podejrzanych w śledztwie. Kartoteka kryminalna nie sprawdziła się. Szkielet nic nie „powiedział”. Brak było na nim widocznych obrażeń, które świadczyłyby o sposobie śmierci.

Eksperci z działu Biologii Zakładu Kryminalistyki Komendy Głównej Milicji w Warszawie na podstawie przeprowadzonych badań nie byli w stanie odpowiedzieć na pytanie o przyczynę zgonu. Natomiast stwierdzili jednoznacznie, że są to szczątki zaginionej 1 lipca 1962 roku Ani.

– Ponadto określono wiek, wzrost zaginionej, oraz dokonano superprojekcji czaszki – podkreśla naczelnik Bryndza. Brak potencjalnych sprawców i możliwych scenariuszy spowodował, że aktywne poszukiwania ustały. Mijały lata, śledztwo umorzono z powodu niewykrycia sprawcy przestępstwa. Sprawa zaginięcia i śmierci uroczej, pięcioletniej dziewczynki pozostała nierozwiązana.

Zabrała tajemnicę do grobu

Po wielu latach wśród mieszkańców Jeleniej Góry zaczęła krążyć plotka. Przekazywana z ust do ust dotarła również do prowadzącego śledztwo w sprawie zaginięcia i śmierci pięcioletniej dziewczynki w Jeleniej Górze. Ponoć umierająca opiekunka Ani wyznała, że w dniu jej zaginięcia zdarzył się śmiertelny wypadek. Przerażona konsekwencjami, zakopała ciało dziewczynki na wzgórzu pod rozłożystym krzakiem dzikiego agrestu. Tajemnicę, jak to się stało i w jaki sposób zginęła Ania, zabrała do grobu. Można jednie zadawać pytania, czy opiekunka nie dopilnowała dziecka? A może sama była sprawczynią? Może kogoś chroniła?

Fakty to, czy tylko plotka? Tego, niestety już się nie dowiemy. Faktem jest, że żadne domysły, plotki nie wrócą życia Ani Wileńskiej. Dziś na wzgórzu Paulinum nie ma już dzikiego agrestu. W miejscu, gdzie znaleziono szczątki dziewczynki, rośnie 15 małych sosenek. Czyżby ktoś zasadził je celowo?

Justyna Bryndza – Bielewicz

 

1 komentarz do Ania na zielonym wzgórzu

  1. Z opisanej sytuacji może wynikać że sprawcą jest ten kto często tam przechodził. Ania była zbyt ufna co czym świadczy przyjmowanie cukierków od studentów. Ciekawe jak zakopano ciało czy kopiąc narzędziem czy rękami.
    Znaleziono przy szczątkach łomik czy płaskownik… być może nim kopano a ten przedmiot może wskazać sprawcę bo kto chodzi z łomikiem czy innym przedmiotem ? czy był ze złomowiska czy z warsztatu a może z budowy ?
    Może element wyposażenia pojazdu ? Dlaczego tak daleko zakopano i tak mało skutecznie w sensie że pod krzakiem który była szansa znaleźć.
    Opiekunka ukryła by dziecko skuteczniej bo też miała teren i miała czas, sprawca nie wiedział ile ma czasu i czy go ktoś zobaczy. Opiekunka zapewne użyła by jakiej łopatki lub szpadla bo coś takiego na pewno było w domu. Co by ją pogrążyło. Sprawca wykorzystał to co miał przy sobie a zwykle ma przy sobie to co używa na co dzień lub zdobędzie na miejscu.
    Przedmiot znaleziony przy Ani może być wskazówka.
    Tak czy inaczej, czy sprawca znał Anię czy nie… śladów nie zostawił a jak nawet to przepadły jak widać bo archiwum x nie podjęło się sprawy chyba że mają jeszcze czas. Indukcyjnie rozumując sprawca mógł być miejscowy lub często tam przyjeżdżać. Dedukcyjnie mógł być to każdy także przypadkowy osobnik… żołnierz, spacerowicz, grzybiarz, lub owy Pan który tam bywał stawiając motor przy płocie. Pytanie kto wtedy tam był i co twierdzi w tej sprawie. Dziś wario może by pomogło lub Tomograf Komputerowy bo już i to naukowcy sugerują że mogą być skuteczne w dochodzeniu do prawdy z uwagi na aktywność odpowiednich części mózgu podczas zadawania pytań. Ale wywiad z wnikliwym analitykiem i psychologiem który poprowadzi rozmowę z osobami które mogły tam być wtedy może było by przełomem w sprawie. Po latach mogą mniej emocjonalnie reagować ale niektórzy bardziej z uwagi na wciąż nie pewną sytuacje ich przyszłości z uwagi na świadomość odpowiedzialności karnej co powoduje że pewne emocje nie znikają a wręcz nasilają się poprzez wspomnienia, strach i świadomość kary oraz wstydu przed bliskimi lub otoczeniem w jakim żyją.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*