Bandyci z żelaza

To była największa, znana afera kryminalna PRL z udziałem szczytów ówczesnej władzy. Po latach nazwana została „aferą Żelazo”, od  akcji o kryptonimie „Żelazo”. Była ona prowadzona w latach 70. XX wieku. Wówczas współpracownicy wywiadu PRL przeniknęli do świata przestępców. Razem z nimi rabowali, napadali, a nawet mordowali na terenie Europy Zachodniej.

Wśród nieprzebranej masy dowcipów z epoki Peerelu był i taki: do  proboszcza wpada I sekretarz komitetu gminnego PZPR z prośbą o udostępnienie sali katechetycznej na zebranie partyjne.

– Nie dam – odpowiada proboszcz – ostatnio połowę kieliszków żeście wytłukli i całą salę zarzygali!

– Nie da pleban?! To ja nie pozwolę towarzyszom nosić baldachimu w Boże Ciało! – odgraża się sekretarz.

– Zabronicie? – nie daje za wygraną duchowny – To ja zabronię kościelnemu bić w dzwony 1 Maja!

 – Zabroni ksiądz?! To ja zabronię aktywowi spowiadać się u księdza proboszcza i ksiądz będzie gówno wiedział, co się w Partii dzieje!   

I tak to często wyglądało. Na zewnątrz partii jednomyślność i monolit, zero jawności, po czym niespodzianka: o wszystkim informuje Radio Wolna Europa, albo Głos Ameryki czy BBC. Podobno najlepsze dowcipy antypartyjne i antypaństwowe wychodziły z Komitetu Centralnego PZPR. Zaś najtajniejsze informacje z MSW.

W końcu to sam Franciszek Szlachcic (kilkadziesiąt lat w bezpiece i milicji, w latach 1962-1972 na stanowiskach wiceministra bądź ministra MSW; także sekretarz KC, a za Gierka nawet członek najwyższej partyjnej grupy trzymającej władzę – Biura Politycznego) opisuje we wspomnieniach, jak najtajniejsze z tajnych, resortowe wytyczne dotyczące postępowania wobec Kościoła katolickiego, następnego dnia trafiły na biurko w sekretariacie Episkopatu. Dostarczył je urzędnik z Rakowieckiej. Nie bez kozery pisze też Szlachcic – którego skądinąd upatrzyłem sobie na (chwilami) przewodnika po tych kilku sprawach – o płynących z partyjnych szczytów dyrektywach dotyczących konieczności wzmocnienia walki z dywersją ideologiczną, przy czym „za najbardziej szkodliwe uznano tzw. przecieki. Chodziło o tajne lub poufne informacje przekazywane do zachodnich ośrodków propagandowych i tam publikowane. Im ważniejsza i szybciej publikowana była taka informacja, tym mocniej domagano się wykrycia sprawcy. Jak widać, mocno bolało.

Bo tak, jak dawno temu w Rzeczypospolitej szlacheckiej mawiano, że każdy szlachciura ma swojego Żyda (który mu prowadzi karczmę, pożycza pieniądze, opowie to i owo), tak w Polsce Ludowej prawie każdy bardziej rozgarnięty miał takiego – no, już trochę innego – „Żyda”. Tym bardziej musieli mieć dziennikarze, także ci zwyczajni, niekoniecznie piewcy ustroju.

Nadużycia ze skutkiem śmiertelnym

A ponieważ TA sprawa (kryptonim „Żelazo”), nie miała prawa ujrzeć światła dziennego, więc natychmiast ujrzała. Tyle, że nie w postaci artykułów czy reportaży sądowych, ile szeptanki. Czasem z błędami w nazwisku: Matyjewski? Matejewski? Maciejewski? W moim rodzimym „Prawie i Życiu” takich błędów nikt nie robił, prawidłowo puszczaliśmy w obieg: szef kontrwywiadu, ubecki generał, Ryszard Matejewski, wiceminister spraw wewnętrznych, specjalność kontrwywiad.

Afera była zaś na tyle fajerek, że nawet po zmianie ustroju, w 1990 roku,  Franciszek Szlachcic, ów Wielki Mistrz MO, UB i SB, odważył się bąknąć zaledwie kilka zdań w swojej części „Tajemnic bezpieki”, książki wydanej przez Fakt (nic wspólnego z późniejszą gazetą), mianowicie w „Gorzkim smaku władzy”. Drugą część, „Przesłuchanie supergliny”, stanowi wywiad, jakiego udzielił dziennikarzowi, Jerzemu S. Macowi.

 „W czerwcu 1971 roku otrzymałem sygnał, że jeden z zachodnich wywiadów ma swego agenta na kierowniczym stanowisku w MSW. Wydałem rozkazy i stworzyłem odpowiednie warunki dla zdemaskowania szpiega. Gdy przystąpiono do działań, po kilku dniach tajemniczo zginął starszy oficer MSW, który mógł sporo wiedzieć. Wyjaśniający ten wypadek trafili na nadużycia. Zatrzymano podejrzanych, w czasie rewizji znaleziono u nich po kilka kilogramów złota. Przyznali się do nadużyć i obciążyli wiceministra Matejewskiego. Postanowiłem zawiesić go w wykonywaniu obowiązków. Zrobiłem to brutalnie, co mi się rzadko zdarzało. Byłem rozwścieczony, że odpowiedzialni pracownicy oraz wiceminister brali udział w przestępczej działalności. Od samego początku pracy w organach zwalczałem nadużycia i nadmierne bogacenie się. Pracownik, który ma takie skłonności, powinien być odsunięty od pracy polityczno-operacyjnej” – i dalej równie szlachetnie. Zauważmy: autor, być może niechcący przyznał, że „zwalczał nadużycia”, a skoro w liczbie mnogiej, to znaczy, że niejedno.

W wywiadzie dla Maca dodał jeszcze, że ów wysoki funkcjonariusz, który mógł sporo wiedzieć, zszedł był śmiertelnie albo w wyniku samobójstwa, albo też „został zgładzony”.  I jeszcze czytamy, że funkcjonariusze byli „zaangażowani w przemyt złota na wielką skalę”. Wszystko.

W rzeczywistości chodziło o działania bandyckie na rzecz resortu, z czego wyszło połączenie przyjemnego z pożytecznym. Czy może na odwrót: pożytecznego z przyjemnym. Pożytkiem dla MSW miało być pozyskanie – oczywiście nielegalne – złota, walut, kosztowności niezbędnych do prowadzenia działań szpiegowsko-dywersyjnych na Zachodzie. Nie mogła ich zapewnić pozostała część ludowej władzy, sama bez przerwy w dewizowych tarapatach. A o przyjemne dla siebie wtajemniczeni postanowili zadbać sami.

 Dwaj, czyli trzej

Jak wiadomo z książki Dumasa „Trzej muszkieterowie”, muszkieterów było czterech. Podobnie braci J. (powiedzmy, że Juraszów) w większości publikacji było dwóch, a według IPN trzech: Jan, Kazimierz i Mieczysław. Jeden uczył się na ubeka, ale go wylali, drugi służył w Korpusie Bezpieczeństwa Wewnętrznego, trzeci był prokuratorem w Jeleniej Górze.

1

Co do innych kwestii, to mamy rozbieżności. Jedno wiarygodne (bo czemu nie?) źródło, według których bracia w początkach lat 60. pojechali z wycieczką na Zachód i tam – jak się wówczas mówiło – wybrali wolność. Kontakt z nimi bezpieka nawiązała dopiero w Niemczech, po paru latach, gdy już umościli sobie gniazdo w przestępczym półświatku. Drugie, też wiarygodne (bo czemu nie?) źródło sugeruje wcześniejszą braterską współpracę z organami, i celowe pozostawienie w spokoju całej trójki, żeby się najpierw dobrze urządziła, czyli „przykryła” przed przystąpieniem do wykonywania właściwych zadań. Niestety, nasz przewodnik Franciszek Sz. zachowuje tak dalece idącą dyskrecję, że musimy szukać gdzie indziej.

W IPN nie mają wątpliwości, że Juraszowie założyli w Hamburgu knajpę „Orkan”, która na pewno nie była miejscem dla grzecznych panienek, ani nawet dla grzecznych marynarzy. Są natomiast wątpliwości, czy pomogło w tym finansowo MSW, traktując tę pomoc jako opłacalną na dłuższy dystans inwestycję, czy też Juraszowie za własne pieniądze, ponieważ nie byli z domu ubodzy.

To jednak nie najważniejsze. Istotne, że interes rozkwitał, ponieważ bracia nawiązali kontakty z gangsterami może nie z górnych półek, ale na tyle sprawnymi, by dokonywać bezkarnych napadów na małe banki, sklepy jubilerskie, nie gardząc i drobniejszymi rabunkami. Podział łupów najwidoczniej przebiegał bez zakłóceń, ponieważ żaden ze wspólników nie zakapował wspólników policji. Nie tylko hamburskiej, bo działali także poza granicami RFN. I tu znów kwestia nierozstrzygnięta: czy pozostawiali za sobą trupy? Według jednego źródła byli zamieszani w śmierć jakiejś panienki lekkich obyczajów. Według drugiego w zabójstwo kasjera, który nie chciał bandytom oddać pieniędzy. Wedle trzeciego wreszcie: zamordowali francuskiego policjanta i austriackiego bankiera.

Wyrok na Michnika

Natomiast na pewno z odmową spotkał się ze strony Jana rozkaz zabicia „Trutnia”. Tak to opisuje Janusz Atlas, swego czasu czołowy reporter śledczy, w swym „Atlasie kryminalnym” (Wydawnictwo „Reporter”, Warszawa 1992). Truteń był to „Adam Michnik, człowiek wówczas zaledwie trzydziestoletni, ale już weteran opozycji demokratycznej w Polsce.

 Jan J. nie miał nic przeciwko temu, żeby zamordować Adama M. (taki miał przecież zawód), ale od zamiaru odstąpił. Tylko dlatego, że MSW nie wsparło go odpowiednimi środkami finansowymi, a Jan nie miał zamiaru wydawać własnej forsy na wspólników, broń, samochód i hotele. Bo Michnik dużo wówczas podróżował po Europie i żeby ubić, trzeba mu było bezustannie deptać po piętach. Tak więc Jan nie wykonał ostatniego rozkazu i z resortem zerwał. Może dlatego zginął w niewyjaśnionych okolicznościach. Dwaj starsi bracia mieli do MSW daleko większe zaufanie, więc w stanie wojennym wrócili i `pod opieką` rozwinęli świetnie prosperujące firmy handlowe. Do czasu ujawnienia afery „Żelazo” zaliczano ich do grona zamożniejszych obywateli niebiednego przecież Bielska-Białej. Mieczysław, prawnik, był nawet kandydatem na senatora w wyborach 1989 roku.

Ale zanim powrócili na ojczyzny łono, ich knajpa i meliny były istną Mekką i zarazem dojną krową dla agentów bezpieki chętnie ciągnących na Zachód,  najchętniej do RFN. W Hamburgu zaciągali pożyczki, których nie zwracali, bezpłatnie zaopatrywali się w papierosy, alkohole, a jak się dało, to i w coś z odzieży.

 Willa za zasługi

Trudno w to uwierzyć, ale choć nie upiekło się samemu wiceministrowi MSW, to braciom jak najbardziej. Pamiętajmy, że wpadka była przypadkowa i zaczęła się od poszukiwania wysoko ulokowanego szpiega, którego zresztą nie znaleziono. Pewnych rzeczy nie dało się ukryć, dlatego Matejewski został w czerwcu 1972 skazany w utajnionym procesie przed Sądem Wojewódzkim w Warszawie (PAP dała krótką i niewiele mówiącą notatkę) na 12 lat więzienia, a siedmiu ubeków średniego szczebla i pomagający w przemycie konduktor z PKP – na kary od 2,5 do 9 lat. Do tego jak zwykle grzywny, pozbawienia itp.

Matejewski wyszedł po sześciu latach dzięki amnestii. Złoto i dolary wykopywano potem z działek rekreacyjnych oficerów MSW nad Zalewem Zegrzyńskim, w ramach operacji „Zalew”. Bracia pozostali w ukryciu, podobnie jak spiritus movens całego przedsięwzięcia, wtedy dyrektor departamentu zajmującego się kontrwywiadem w MSW, płk (z czasem generał) SB Mirosław Milewski.

Wszyscy, którzy go znali i pisali wspomnienia zgodnie twierdzą, że najpierw długo był szarą eminencją, ale równie sprytnie pociągał za niewidoczne sznurki także wtedy, gdy w apogeum kariery zasiadał w fotelu członka osławionego Biura Politycznego (1981 -1985) oraz ministra spraw wewnętrznych. 

Miał przy tym sporo szczęścia, bo wkrótce wybuchła wielka tzw. afera Mętlewiczów, szajki zajmującej się na wielką skalę przemytem dzieł sztuki i antyków na Zachód, a złota, wszelakich kosztowności oraz dolarów i innej waluty na Wschód. Samego złota, kupowanego następnie jako lokata kapitału przez tzw. prywatną inicjatywę i innych niewierzących w siłę złotego, przemycono około 13-16 ton! Siłą rzeczy 240 kilo złota i marnych paręset tysięcy dolarów Matejewskiego & Spółki nikogo już nie bulwersowało.

Milewski chodził dumny jak paw, bo sobie i swojemu kontrwywiadowi przypisywał rozbicie bandy – jak ją nazwano – „Złotogłowych”. Wkrótce urządził nawet wystawę odzyskanych precjozów; towarzysze z Biura i wybrani z KC Centralnego zwiedzali, oglądali porozkładane na stołach kosztowności, damy przymierzały biżuterię. Nie wszystko wróciło na stoły. I o to właśnie chodziło. Milewski sam zresztą peregrynował do właściwych gabinetów; mały, skromny człowieczek w wiecznie tym samym, popielatym garniturku, z paczuszkami lub kopertami o odpowiedniej zawartości. Cóż, nie było wtedy Spółek Skarbu Państwa.

Sam zadowolił się przyznaną mu w uznaniu zasług willą na Mokotowie po Witoldzie Mętlewiczu. Nawiasem mówiąc, willa Wojciecha Jaruzelskiego, zresztą niedaleka, to w porównaniu kurnik! Jerzy S. Mac pytał w związku z przekazaniem willi Milewskiemu: „Jakie przepisy rządziły taką praktyką?”. Z godną szacunku powściągliwością odrzekł  Franciszek Szlachcic: „Nie rządziły tym żadne przepisy. Taka praktyka była częsta w pierwszych latach, ale już gdzieś od roku 1947 przestrzegano, by funkcjonariusze bezpieczeństwa, potem MSW, nie uczestniczyli w przejmowaniu mienia po skazanych. Owszem, ono mogło przejść na własność resortu – jak np. pałacyk przy ul. Zawrat – ale nie poszczególnych osób. To było zawsze naganne, a nawet karalne. Aparat bezpieczeństwa nie powinien tego robić”.

 Mercedesem i wagonami

Pewnie Milewski dożyłby dni swoich aż do końca ustroju jako wysoki funkcjonariusz partii i bezpieki, gdyby nie tupet Mieczysława Jurasza.  

Wróćmy na chwilę do poczynań braci J. na Zachodzie. Oprócz zwykłych bandyckich metod zastosowali też klasykę przekrętów. Najpierw na spółkę z miejscowych kupcem (według innych źródeł z własnym kelnerem, tak czy owak z obywatelem RFN) założyli legalny interes: kupno-sprzedaż biżuterii i innych towarów luksusowych. Namówili wspólnika na wzięcie kredytu w wysokości 600 000 DM. Zachodnioniemiecka marka zawsze miała wielką siłę nabywczą. Najpierw zamawiali małe dostawy, z czasem coraz większe, za każdym razem skrupulatnie dochowując warunków umowy, a tym samym zyskując zaufanie dostawców.

Wreszcie, gdy wspólnik wyjechał na parę dni w interesach, poszli na całość. Ogołocili sklep i magazyn, a przede wszystkim wspólne konta, zamawiając natychmiastową dostawę hurtową. Wyposażony w skrytki mercedes już czekał, przewieźli nim – tu znów rozbieżności – od  100 kg do 200 kg złota. Resztę na inne sposoby. Służba celna i pogranicznicy na odpowiednim przejściu byli już powiadomieni przez MSW. Na własną rękę Juraszowie wwieźli też dwa wagony dóbr innego rodzaju, jak odzież czy dywany, ale bezpieka się dowiedziała i położyła na nich już własną… łapę.

W Polsce bracia J. prowadzili rozmaite interesy i stało się tak, że w połowie lat 80. Kazimierz osiadł w areszcie, oczywiście za coś niezwiązanego z działalnością w służbie MSW, bo nie był w niej już od dawna. Tym niemniej Mieczysław udał się do szefa tegoż MSW z awanturą, przypominając umowę o nietykalności. Oczywiście nie został przyjęty przez samego ministra, ale gdy w rozmowie z oficerem wysłuchującym żalów wymienił nazwisko Milewskiego, natychmiast uczyniono zadość jego życzeniu – i tak trafił przed oblicze Czesława Kiszczaka. A Kiszczak nie znosił Milewskiego. Dalej sprawy potoczyły się błyskawicznie. Braciszek został zwolniony, stare sprawy poszły w niepamięć z powodu przedawnienia i tyle o Juraszach. Natomiast Milewski musiał opuścić zarówno szeregi partyjne, jak i willę po Mętlewiczu. Ponadto przesiedział 2 tygodnie w areszcie, ale wicie-rozumicie, ten stan zdrowia… Zmarł w 2008 roku.

A nasz niewinny przewodnik, Szlachcic Franciszek, dostał naganę partyjną za zwinięcie złotego zegarka z łupów bezpieki po Mętlewiczach, i bardzo się zdenerwował na towarzyszy za takie świństwo.    

Piotr Ambroziewicz                                       

 

 

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*