Człowiek z lasu i jego banda

 Gdy Leszek K. zaczynał montować swoją bandycką grupę, miał trzydzieści kilka lat. Było to przed 2000 rokiem, gdyż właśnie od tego lata pojawiają się w akcie oskarżenia jego przestępstwa. Niby rolnik, ostatnio bezrobotny, z zamiłowania hodowca gołębi, zapraszał do siebie kolejnych mężczyzn, którzy mogli być użyteczni w zrealizowaniu jego pomysłu.

Kandydatów do bandy przyjmował za swoim domem na krańcu wsi. Drewniany, ukwiecony dom –  w porównaniu z nowymi budynkami z pustaków lub cegieł wzniesionymi wzdłuż asfaltowej drogi kończącej się pod lasem – wyglądał mizernie. Tylko garaż przebudowany na siłownię wyróżniał go spośród innych i tam właśnie właściciel odbywał rozmowy z kandydatami na szeregowych żołnierzy, a w następnych latach już ze stałymi członkami gangu. Zawsze pojedynczo, zawsze bez świadków. Informacje pozostawały w pamięci tylko tych dwóch. W razie konieczności słowo przeciwstawiałoby się słowu, gwarantując bezkarność.

Ciechostowice, to wioska trochę zagubiona na granicy województwa mazowieckiego (dawniej radomskiego) i świętokrzyskiego, 10 km na południowy zachód od Szydłowca, liczy około tysiąca mieszkańców. Wszyscy nie tylko dobrze się znają, lecz wiedzą o sobie więcej niż chcą ujawniać obcym. Choć proces Leszka K. ciągnął się od sześciu lat, to mieszkańcy do dziś twierdzą, że to porządny człowiek, dobry mąż i ojciec, parafianin z własnym miejscem w kościelnej ławce. Niesłusznie więc siedzi. O przestępstwach opowiadają natomiast ludzie skrzywdzeni przez niego, zwłaszcza związani z Wtórpolem, największym zakładem Skarżyska.

Gang jak partyzantka

 W Ciechostowicach pamięta się krwawą bitwę oddziału majora Brzozy idącego na pomoc powstańcom Warszawy, napadniętego przez niemiecki oddział własowców.  To na tym terenie działał w 1939 roku major Hubal.

Leszek K., nazywany „Śrutą” lub „Borutą”, postanowił  działać niczym partyzant. Stąd nazywano go najczęściej „Człowiekiem z lasu”. W 2000 roku miał już grupę oddanych ludzi, z którymi rozpoczął dochodową działalność bandycką. Rozboje, wymuszenia, kradzieże aut, wszystko, co przynosiło pieniądze. Zorganizował swój oddział na wzór partyzantki z czasów wojny. W razie wpadki nie doszłoby do całkowitego rozbicia grupy.

Gangsterzy spotykali się tylko wówczas, gdy boss wzywał ich na akcje za pośrednictwem szefów podgrup. Znali tylko kilka osób współdziałających w kolejnych operacjach i to tego samego typu. Gang, jak się w końcu okazało jeden z największych w kraju, został zorganizowany przez inicjatora z niezależnych od siebie, wyspecjalizowanych zespołów. Jeden zajmował się wymuszaniem haraczy od właścicieli firm za opiekę,  inny kradzieżą samochodów, kolejny narkotykami itd. Te grupy nie znały się między sobą, więc gdy jedni wpadli, to pozostali mogli działać dalej. Całą sieć znał tylko szef i prawdopodobnie jego przyboczni zaufani, bezwzględni bandyci, skazani później w innych procesach. Tadeusz G. za udział w głośnych zabójstwach właścicieli kantorów w Małopolsce oraz Marcin P. za zamordowanie maturzysty z Suchedniowa.

Boss planował akcje, zlecał je szefom grup do rozpracowania, dostarczał broń, narkotyki, środki do podpaleń, materiały wybuchowe, wszystko, co było potrzebne w danym momencie. Ludzie wykonywali zadanie, zaś łup wręczali jemu, a on rozdzielał go według własnych reguł. Oni zaś wracali do domów i własnych zajęć. Hodowali truskawki, prowadzili własne firmy, dojeżdżali do roboty w pobliskich miasteczkach. Większość miała wykształcenie zawodowe lub średnie, jeden był nauczycielem. Na ogół uchodzili za porządnych obywateli. Nie szastali pieniędzmi, nie kupowali drogich samochodów, nie obwieszali się złotem – tego wymagał Leszek K. Pewnie to była jedna z przyczyn, że gang działał bezkarnie przez pierwsze dziesięciolecie XXI wieku. Drugą był strach – do dziś trzymający ludzi za gardło. Bo może nie wszystkich aresztowano? Może ktoś czeka na niewyparzony język i przyjdzie wymierzyć karę? Gang był okrutny i bezlitosny.

Wzbudzali strach

 Wydaje się, że niektóre przestępstwa zostały zaplanowane wyłącznie po to, aby wzbudzić w okolicy przerażenie, gdyż z góry było wiadomo, że nie przyniosą dochodu. W Skarżysku-Kamiennej bandyci wdarli się do domu śpiącej kobiety. Związali jej ręce i nogi, zakneblowali usta, bili i dusili, żądając pieniędzy; grozili, że zabiją. Może w szoku nie potrafiła się szybko zdecydować, wtedy rzucili ją na łóżko, przykryli kołdrą i walili grubym prętem. Oczywiście, że oddała wszystko, co miała – całe 707 złotych. W Chlewiskach (gdzie niegdyś stacjonował Hubal) po takich samych torturach zabrali 40 zł (!) i piłę spalinową. W Majdowie przez piwnicę dostali się do domu starszej kobiety. Bili, kopali, zakneblowali, związali i zaczęli plądrować dom. Znaleźli 170 zł. W Adamowie otruli psa, wdarli się do domu, torturowali starsze małżeństwo. Zabrali 4900 zł, dwa złote łańcuszki, dwa pierścionki i trzy butelki koniaku. Podobne napady miały miejsce w Górnie, dużej wsi pod Kielcami, Wielkiej Wsi koło Starachowic i innych miejscowościach rozrzuconych po całym województwie świętokrzyskim. Jakby gang postanowił sterroryzować cały region. Mogły to też być osobiste porachunki członków grupy, zwłaszcza, że Leszek K. był człowiekiem pamiętliwym i mściwym. Za obrazę potrafił nawet zabić.

W 2003 roku osobiście zachęcał współwłaściciela dyskoteki w Stąporkowie w powiecie koneckim do płacenia haraczu. Wymiana zdań przerodziła się w awanturę, ta w bójkę rozpoczętą przez gangstera i przegraną przez niego. Rozwścieczony odgrażał się:  – Muszę go odpalić, bo teraz to już moja osobista sprawa.

 W końcu maja tego roku wysłał swojego zięcia, aby wywabił z dyskoteki 33-latka. Pretekstem miała być prośba o zatrudnienie. Gdy mężczyzna wyszedł na zewnątrz, padł strzał. Zginął na miejscu od kuli z obrzyna.

Nie darował nawet wydumanych krzywd. Jako zapalony hodowca gołębi startował w konkursach. W jednym z nich pokonał go sąsiad. Następnej nocy w podpalonym gołębniku spaliło się żywcem kilkadziesiąt wyselekcjonowanych ptaków. Księdza, który odważył się z ambony powiedzieć o złu panoszącym się w okolicy nie podpalono, ani nie pobito, lecz następnej nocy z zamkniętego garażu wyprowadzono jego samochód i postawiono przed plebanią. Ksiądz nie wspominał więcej o przestępstwach.

Prawdziwe pieniądze

Nie drobne rabunki były celem stworzenia gangu, lecz gruba forsa. Miliony złotych. W 2001 roku gangsterzy nocą zakradli się do bazy, gdzie stała ciężarówka  z ładunkiem papierosów. Strażników obezwładnili, skopali, skuli kajdankami, usta zakleili taśmą a samochód z naczepą ukradli. Po drodze naczepa zakopała się w błotnistej drodze, to ją zostawili, w dziupli rozładowali tira i wrócili po zgubę. Papierosy warte milion złotych Leszek K. sprzedał znajomym paserom, a zysk podzielił między uczestników. Sobie zostawił 88 tysięcy, najbardziej zasłużony w akcji dostał 80 tysięcy złotych.

Kradzieże samochodów stanowiły stabilne źródło dochodów gangu. Prokurator Robert Rolka z kieleckiej Prokuratury Okręgowej, który z zespołem rozpracowywał „Człowieka z lasu”, szacuje, że gang mógł ukraść kilkaset samochodów. W jeden tylko weekend w Skarżysku zginęło ich kilka. Cenniejsze szły na eksport za wschodnią granicę, inne przeznaczone były na wykupkę. Właściciel dostawał cynk, że może auto wykupić za określoną kwotę, i na ogół płacił. Zdarzało się, że delikwenta wskazywali życzliwi sąsiedzi. Iks kupił auto, które bardzo mu jest potrzebne do wykonywania zawodu, albo prowadzenia firmy. Na pewno zapłaci.

Drugim źródłem stałych dochodów były haracze wymuszane na firmach. Do przedsiębiorcy – mógł to być nawet drobny sklepikarz, fryzjer czy ajent ubezpieczeniowy – zgłaszał się człowiek i podawał wysokość miesięcznej sumy za ochronę i termin wpłaty. Początkowo ludzie buntowali się i odmawiali, ale gdy zaczęły im palić się samochody czy wybuchać pod zakładami ładunki dynamitu, zrozumieli, że to nie żarty i płacili. W określonym czasie zjawiali się kasjerzy, inkasując wyznaczone kwoty, zwykle w dolarach. Kasę trzymał boss, a kasjerom odpalał procent. To był poważny biznes. Na wzajemnym zaufaniu i strachu podwładnych, którym nie wolno było działać na własną rękę, kręcił się przestępczy interes.

Z czasem do stałych dochodów doszedł handel narkotykami i bronią. Boss posiadał arsenał broni i środków wybuchowych. Wiedział też, kto może dostarczyć czeski sentex, glocka czy nawet scorpiona. W Skarżysku działali handlarze bronią, którzy stanęli później przed sądem. Handlowali głównie z gangsterami z Czech. „Człowiek z lasu” nie opuszczał też potrzebujących, byle mieli forsę. Przychodził petent i prosił: mam problem, mógłbyś mi pomóc? Oczywiście, za określoną zapłatą. Pomagał też upłynnić trefny towar, współpracując z okolicznymi paserami.

Wybrany cel

Człowiek z lasu, dbający o interesy swojego prosperującego przedsiębiorstwa przestępczego, nie mógł nie otoczyć szczególnym zainteresowaniem największego przedsiębiorstwa w jego rejonie działania. Skarżyski Wtórpol powstał na początku transformacji, gdy z Zachodu przedsiębiorcze jednostki rozpoczęły import ciężarówkami używanej odzieży.

Rodacy polujący dotychczas w sklepach na jakiekolwiek ubrania, rzucili się na nie masowo, a własne znoszone ciuchy wyrzucali na śmietnik. W Skarżysku znaleźli się ludzie, którzy zwietrzyli interes w ich przetwarzaniu. Wkrótce okazało się, że to biznes doskonały. Firma szybko rosła, i na początku nowego wieku  zatrudniała ponad tysiąc osób przy „recyklingu używanej odzieży”. Pojemniki na stare łachy ze znakiem firmowym Wtórpolu zostały rozstawione chyba w całym kraju, a właściciel w wywiadach wyjaśniał, na czym polega jego recykling. Odzież jest sortowana przez pracowników. Najbardziej wartościową, zwaną „śmietaną”, przekazuje się placówkom opiekuńczym i ludziom potrzebującym, pozostałą zaś po przerobieniu (pocięciu na mniejsze części) sprzedaje fabrykom jako czyściwo do maszyn. Firma kupowała coraz więcej ciężarówek do transportu, ruchomych taśm do sortowania i maszyn do cięcia odzieży.  Dziś Wtórpol reklamuje się jako nowoczesny i jeden z największych zakładów tej branży w Europie. Ale w 2007 roku nękany przez „Człowieka z lasu” musiał zawiesić działalność.

Leszek Wojteczek, jeden z właścicieli firmy, przyczynił się w końcu do rozpracowania gangu. Co prawda twierdził przed sądem, że nie płacił haraczu, lecz wydaje się to niemożliwe. Wiadomo, że skradziono kilkanaście samochodów firmowych i że zostały wykupione z wyjątkiem jednego, kradzieży zaś nie zgłoszono policji. Wojteczek chlubił się głośno swoim samochodem nie do zrabowania. Szef gangu postanowił udowodnić, że się myli. Rzeczywiście gangsterzy wyprowadzili auto z garażu, ale po kilkuset przejechanych metrach silnik zgasł, zablokowany przez elektroniczne zabezpieczenie. Porzucili więc auto, ale nie darowali porażki i spalili je kilka lat później.

2
Wtórpolu płonął a kolejne śledztwa w sprawie podpaleń były umarzane

„Człowiek z lasu” wiedział doskonale, co się dzieje wewnątrz firmy, gdyż zatrudnione tam były jego dwie córki oraz zaufany człowiek, Leszek D. Osaczanie właścicieli zostało zaplanowane z rozmysłem. Jednak Leszek Wojteczek potrafił wyciągać wnioski z faktów. Najpierw zdegradował gangstera z kierowniczego stanowiska do szeregowego pracownika, a następnie wyrzucił całą nielojalną trójkę. Odpowiedzią była otwarta wojna.

W lutym 2006 roku spłonęły dwa ciężarowe mercedesy z towarem. Później następne z kilkunastu tirów firmy, oraz prywatne auta właściciela. Miesiąc później w Szydłowcu spłonął garaż pracownicy Wtórpolu, a w nim maluch i volkswagen passat. W kwietniu ostrzelano z broni maszynowej okna domu jednego z kierowników zakładu. Policja stwierdziła, że oddano kilkanaście strzałów  i wrzucono granat, który na szczęście nie wybuchł.

Partnerka współwłaściciela firmy znalazła na masce swojego samochodu zakatowanego psa z kartką w pysku: „Następna będziesz ty”. Kilka dni później podpalono drzwi mieszkania pracownicy Wtórpolu. Lokal spłonął, a córka właścicielki z poparzeniami trzeciego stopnia trafiła do szpitala. W grudniu spaliło się w Zakopanem świeżo wyremontowane służbowe mieszkanie zakładu.

Skończyła się zabawa

Po spektakularnym pożarze w Wielkanoc wiaty i ośmiu tirów na firmowym parkingu, do Wtórpolu ruszyli dziennikarze, opisali i pokazali to w telewizji. Następnego dnia do firmy przybyła kontrola skarbowa, której owocem było doniesienie do prokuratury. Z powodu kłopotów z konkurencją właściciel miał sam podpalać swoje samochody, aby wymusić odszkodowanie na ubezpieczycielu. Kolejne śledztwa w sprawie podpaleń rozpoczynane na wniosek poszkodowanych były umarzane z powodu niewykrycia sprawców.

Nie tylko właściciele Wtórpolu byli przekonani, że gang dysponuje potężną ochroną na najwyższym poziomie regionu. Bezkarność rodziła dodatkowo strach mieszkańców. Ludzie wiedzieli doskonale, co się dzieje, widzieli płomienie, słyszeli wybuchy, ale winnych nie zamierzali wskazać. Twierdzili, że nie wiedzą. Później się okazało, że ginęły nawet dowody zabezpieczone przez śledczych, na przykład butelka po benzynie z odciskami palców gangstera, który podpalił samochody.

W styczniu 2007 roku w firmie zjawił się mężczyzna: –  Skończyła się zabawa – powiedział – Jak się nie dogadamy, zabieramy się za was poważnie. Masz tydzień do namysłu.

Po tygodniu Leszek Wojteczek pojechał na basen. Przebierając się w szatni, usłyszał wybuch na zewnątrz. W powietrze wyleciał jego samochód. Zrozumiał, że następnym razem może nie mieć takiego szczęścia i postanowił działać. Wspólnie z mecenasem Ireneuszem Wilkiem przeanalizowali uzasadnienia umorzonych dotychczas śledztw w sprawie zamachów i podpaleń. Listę wykrytych niedociągnięć i świadomych pomyłek w dochodzeniach przekazali prokuraturze, sami gromadzili dowody, aby przedstawić je przed sądem. Szukali świadków i starali się rozwiać ich obawy przed składaniem zeznań. Strach utkwił głęboko w umysłach okolicy.

Złożyli wnioski o wznowienie umorzonych spraw, zapewniając prokuraturę o swoim absolutnym współdziałaniu. Zapewniali, że chodzi o dobro rodziny, pracowników i firmy – dorobku życia. Tym razem ruszyło. Zespół śledczy Prokuratury Okręgowej w Kielcach kierowany przez prokuratorów Sławomira Mielniczuka i Roberta Rolkę wykonał żmudną pracę, aby w maju 2009 roku dokonać pierwszych zatrzymań. Zarzuty postawiono prawie 150 osobom, 35 z nich uznano za członków grupy przestępczej.

Ze względu na wielość zarzutów i liczbę oskarżonych sąd w porozumieniu z prokuraturą wyznaczył dwa procesy. Pierwszy ruszył w 2010 roku i objął 12 mężczyzn oskarżonych o rozboje z użyciem niebezpiecznych narzędzi, kradzieże z włamaniem, podpalenia, handel bronią i paserstwo. Głównego oskarżonego, 48-letniego wówczas Leszka K. dodatkowo o to, że „kierował wyborami uzależnionych od siebie osób i zlecał im wykonanie konkretnych czynów”. W 2012 roku wszyscy zostali uznani winnymi i usłyszeli wyroki – od 9 do 6 lat więzienia. Najwyższy dostał szef gangu. Wyroki są już prawomocne. Nie doczekał końca procesu 47-letni mieszkaniec podkieleckiego Górna. Znaleziono go powieszonego w celi Aresztu Śledczego w Piotrkowie Trybunalskim.

Ponownie skazani

W drugim procesie (o tej sprawie pisaliśmy w Reporterze  CZYTAJ WIĘCEJ) rozpoczętym w 2010 roku, 26 osób zostało oskarżonych o 76 przestępstw, w tym jedno zabójstwo. W czasie rozpraw kilku antyterrorystów strzegło wejścia. Główny oskarżony Leszek K., przysadzisty, łysy mężczyzna, oraz jego dwaj przyboczni: Tadeusz G., skazany na dożywocie w procesie kantorowców i za udział w zabójstwie na przedmieściu Kielc trzech Ukraińców, oraz Marcin P. skazany prawomocnym wyrokiem zabójca maturzysty z Suchedniowa, byli umieszczani w klatce z kuloodpornego szkła. Na każdej z początkowych rozpraw sala wypełniała się dziennikarzami i publicznością, z biegiem czasu jednak pustoszała.

– To był jeden z najdłuższych procesów przed naszym sądem – podsumował Marcin Chałoński, rzecznik prasowy SO w Kielcach.

Proces trwał aż 6 lat i zakończył się 4 lipca 2016 roku. Główny oskarżony został skazany na 25 lat pozbawienia wolności.

– Jego władza była bezwzględna, a moc oddziaływania grupy przestępczej, którą kierował, tak silna, że część pokrzywdzonych nie powiadamiała organów ścigania o popełnionych na nich przestępstwach – uzasadniał wyrok sędzia Tomasz Zieliński. Dziesięć lat w więzieniu ma spędzić Paweł Ł., który pomagał w zabójstwie w Stąporkowie. Kantorowiec Tadeusz G. dostał 15 lat, zaś Marcin P. tylko rok, gdyż sąd dopatrzył się w jego przypadku okoliczności łagodzących. Będzie to rok dodany do wyroku, który już odsiaduje za głośne na Kielecczyźnie morderstwo w Suchedniowie. Po 15 lat za kratami dostało trzech oskarżonych, wśród nich pracownik Wtórpolu współdziałający z gangiem. Pozostałe wyroki były niższe, jedną z osób uniewinniono. Wyroki są nieprawomocne i mogą zostać zmienione w drugiej instancji.

Natomiast Wtórpol po krótkim zawieszeniu podjął pomyślnie produkcję, nadal się rozwija i daje obecnie pracę prawie 2 tysiącom osób. Trzeba przyznać, że determinacja Leszka Wojteczka i odwaga odzyskana po wstępnym godzeniu się z siłą gangsterów i bezwładem organów ścigania (którą on nazywa przychylnością dla gangu), uwolniły region od wieloletniego zagrożenia. Śledczy nie znaleźli dowodów na to, że ktoś z policji współpracował z gangiem.

 Są przygotowywane następne akty oskarżenia w drobniejszych przestępstwach.

Alicja Basta

 

 

 

1 komentarz do Człowiek z lasu i jego banda

  1. brawo panie Leszku !!!! jest pan normalnym człowiekiem a mowia o panu bohater bo to co pan zrobił wiekszosc by nie zrobiła pozdrawiam pana panie Leszku bohaterze twardy i dobry człowieku

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*