Szesnaście strzałów rozpaczy

– Nie mogę teraz odebrać telefonu. Dziękuję – mówi miły głos nagrany na sekretarkę telefonu komórkowego. Należy do Andrzeja R., który już nigdy tego telefonu nie odbierze. Zmarł w szpitalu po tym, jak wystrzelił 15 kul w kierunku swoich dawnych biznesowych partnerów. Na koniec wycelował w swoją głowę i nacisnął spust.

To był szok dla wielu osób, gdyż R. był osobą znaną raczej z uczciwego prowadzenia firmy i organizacji akcji charytatywnych, głównie dla dzieci i bezdomnych. Zaczynał od małych sklepików, czyli praktycznie od zera, aby stać się kimś i pomagać innym.

„Ciepły i pomocny, szczególnie tym najsłabszym. Z wielką pasją i zaangażowaniem pomagał dzieciom z domów dziecka, by zaznały więcej ciepła i poczuły się ważne. Takim Go znaliśmy i takiego Go zapamiętamy” – napisali w nekrologu koledzy i koleżanki z Unii Demokratycznej i Unii Wolności.

Andrzej Radkiewicz
Andrzej R. z Bogdanem Borusewiczem/fot.www.b-borusewicz.pl

Strzały na oczach policjantów

 Jednak w nocy – z 18 na 19 listopada 2013 roku –  miał mieć w oczach szaleństwo. Nieogolony i dziwnie zaniedbany, spotkał się – na terenie prowadzonego przez siebie zakładu – z wynajmującym mu pomieszczenia magazynowe Andrzejem S. oraz jego synem, Michaelem S. Doszło do tego o dość nietypowej porze, gdyż po północy. Wywiązała się awantura na tle biznesowym.

Według nieoficjalnych źródeł, ojciec i syn chcieli zabrać samochód lub inny sprzęt z firmy, jako rozliczenie zaległych płatności, ale Andrzej R. zastawił bramę wjazdową. Na miejsce przybył patrol firmy ochroniarskiej oraz policja. Udało się załagodzić sytuację i w zasadzie wszystko podczas tego spotkania udało się wyjaśnić. Biznesmeni mieli rozjechać się do domów.

Jednak Andrzej R. nieoczekiwanie wyjął naładowaną broń myśliwską. Na początku – z powodu panującej ciemności – nikt jej nie zauważył. Nikt też nie słyszał, by ją przeładowywał, zatem prawdopodobnie wszystkie pociski znajdowały się w jednym magazynku. Jeden z pierwszych trafił 29-letniego Michaela. Dostał w klatkę piersiową i zginął na miejscu. Jego ojciec, próbujący uniknąć pocisków, został trafiony trzykrotnie: w brzuch, rękę i brzuch. Ale przeżył.

57-letni biznesmen oddał w sumie 16 strzałów, z czego ostatni wymierzył we własną czaszkę. Pocisk przeszedł na wylot. Policjanci nie zdążyli nawet odpowiedzieć ogniem, a już było po wszystkim. Morderca w stanie krytycznym trafił do szpitala, gdzie zmarł dwa tygodnie później, nie odzyskawszy przytomności.

Ofiary czy kaci?

 Ta sprawa na pierwszy rzut oka wydawałaby się banalna, gdyby nie osoby, które się w niej pojawiły. Ponieważ po tym tragicznym zajściu wiele osób przypomniało sobie, że mordercy pół roku wcześniej spłonęła hala – on sam miał podejrzenia, że ktoś ją celowo podpalił.

Natomiast Andrzej S., który wynajmował pomieszczenia desperatowi, nie cieszył się dobrą opinią okolicznych mieszkańców już od bardzo wielu lat. Z jednej strony może chodzić o zwykłą zawiść, ponieważ mieszka w okazałej posiadłości na obrzeżach Trójmiasta, otoczonej drzewami i murem z pozłacanymi ozdobami. Okoliczni nazywają to miejsce „zameczkiem”. Z drugiej jednak strony, wiele osób zarzuca mu braki w płatnościach, wywożenie sprzętu kontrahentom i wyzysk.

 – Myślę, że co najmniej setka ludzi chciałaby go zastrzelić – mówi mi osoba, która z S. robiła wcześniej interesy. 

Te opinie potwierdzają wpisy na lokalnych forach, które zamiast potępiać morderstwo, upatrują jego przyczyn w rzekomo nieetycznym prowadzeniu swoich firm przez Andrzeja S. Niektórzy forumowicze wręcz żądają zamknięcia go za tę sprawę, choć to nie on strzelał.

Według moich rozmówców jego samego sprowokować jest ciężko, ale jego syn był bardziej impulsywny. Dlatego właśnie w niego miały być wymierzone pierwsze wystrzelone kule.

– Czy zbierając informacje o nich, spotkał się pan z jakimkolwiek współczuciem wobec tej rodziny? – pyta mnie jeden z moich informatorów.

– Nie… – odpowiadam z przerażeniem po krótkim namyśle.

– No właśnie. Zapewniam, że nie bez powodu. Ja też się na interesach z nimi przejechałem.

Oliwy do ognia dolewa fakt, że przeciw Michaelowi i Andrzejowi S. toczyło się niedawno kilka postępowań, związanych z ich działalnością. Z całą pewnością nie można więc stwierdzić, że byli czyści jak łza.

Sprawa do umorzenia

 Interesy interesami, ale żeby szanowany człowiek, w rozsądnym już przecież wieku, podejmował aż tak drastyczną decyzję, by do kogoś strzelać? Udałem się do Andrzeja S., by wyjaśnić o co tam naprawdę chodziło. Już po kilku sekundach widziałem po jego reakcji, że wspomnienie tej feralnej nocy wciąż wywołuje w nim wiele bólu. Stracił przecież syna.

– Tylko proszę nie pisać, tak  jak inni dziennikarze, że to była „strzelanina”, bo wkrótce będę pozywać do sądu media, które tak piszą – prosił – Przecież my byliśmy ofiarami tego człowieka. On działał jak w amoku.

Nasza rozmowa jednak szybko się kończy, gdy pytam go o przyczyny zajścia: – Nie będę się na ten temat wypowiadał – podkreśla Andrzej S. i odsyła mnie po wyjaśnienia do dwójki prawników, którzy mają mi udzielić w tej kwestii wszelkich odpowiedzi.

Tyle, że do jednego z nich – mimo wielu prób – nie udaje mi się dodzwonić, zaś drugi stanowczo odmawia mi udzielenia jakichkolwiek informacji. Jednak na nich lista osób, które nie chcą o tej sprawie rozmawiać, się nie kończy.

Przed budynkiem, w którym doszło do tragedii, postawiono znicze /fot Mikołaj Podolski

Zakład, który okazał się najgorszym miejscem na ziemi dla trójki biznesmenów z Pruszcza, stoi obecnie pusty. Nie chce tam już mieszkać nawet rodzina z przyległego do hali mieszkania. Została reszta sprzętu, której pilnuje powłóczący nogami pies. I znicze, które uświadamiają miejscowym, że zawsze trzeba uważać na to, z kim robi się interesy.

Mikołaj Podolski

2014 rok

 

 

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*