Milczenie ruskiego killera

Twarz siedzącego na ławie oskarżonych Rosjanina, wydaje się niewzruszona. Tak, jakby był oskarżony o przemyt papierosów, a nie o zabójstwo z zimną krwią. Nie widać, aby się przejmował, że nazywają go killerem i ma na koncie inne groźne przestępstwa. Oficjalnie występuje jako spokojny pracownik referatu socjalnego merostwa w Kaliningradzie.

 Podobnie zachowywał się, gdy o brzasku w niedzielę, 22 sierpnia 1999 roku, policyjny patrol zatrzymał go na ulicy Bałtyckiej w Olsztynie. Właściwie natknął się na niego przypadkowo, penetrując teren wzdłuż Jeziora Długiego. Mężczyzna zwracał na siebie uwagę masywną sylwetką, ale wyglądał na zagubionego w obcym mieście.

Początkowo udawał, że nie wie o co chodzi. Miał wschodni akcent i takież nazwisko. Okazał się 40-letnim Rosjaninem Jurijem F. z Kaliningradu, zamieszkałym od pewnego czasu w Trójmieście. Skojarzenie policjantów było jasne jak światło ulicznej lampy, to mógł być ten zabójca, który niecałe dwie godziny wcześniej zastrzelił Andrzeja R., współwłaściciela znanej agencji towarzyskiej w Olsztynie. Chłopcom z patrolu aż wierzyć się nie chciało, że mieli takie szczęście?!

 Nocny zamach

 Później policja ustaliła następujący przebieg zdarzeń. Tuż po północy z soboty na niedzielę, 29-letni Andrzej R. wychodził z bloku przy ul. Małeckiego, w którym wynajmował mieszkanie. Towarzyszyła mu młoda kobieta. Ledwo zamknęli za sobą żelazną bramę – oddzielającą kamienicę od chodnika – stanęli oko w oko z nieznanym mężczyzną. Siedział na rowerze, miał na głowie bejsbolówkę i zdawało się, że bacznie przygląda się wychodzącym. Gdy zbliżyli się na odległość ręki, zawahał się przez moment. Po chwili jednak wyciągnął broń i oddał do Andrzeja R. cztery strzały: trzy pociski trafiły go w klatkę piersiową, a jeden w rękę. Suchy trzask strzałów był prawie niesłyszalny. Po wykonaniu wyroku, egzekutor spojrzał jeszcze na przerażoną kobietę, bez słowa nacisnął pedały i odjechał w mrok nocy. Wezwane pogotowie ratunkowe zabrało rannego, który jednak zmarł w drodze do szpitala.

Nocny zamach postawił na nogi wszystkie siły policyjne znajdujące się w pobliżu. Na miejsce zabójstwa została ściągnięta ekipa dochodzeniowo-śledcza komendy miejskiej, która podczas zbierania łusek i penetracji terenu znalazła podejrzany ładunek w koszu na śmieci, który wyglądał jak bomba z pulsującą diodą do zdalnego odpalenia materiału wybuchowego.

Poprzedniej nocy kosz stał z drugiej strony ulicy, ale nieznany sprawca przestawił go pod blok, w którym mieszkała przyszła ofiara.

Sprawa śmietnika wyjdzie na rozprawie sądowej 14 lat później, kiedy zeznawał jeden z olsztyńskich prawników, mieszkający w tamtej kamienicy. Jego żona zauważyła, że ktoś przestawia kosz w inne miejsce, co już się zdarzało. Poprosiła męża, by wyszedł na dwór i zobaczył, co się dzieje. Prawnik ujrzał wtedy nieznanego osobnika w bejsbolówce, podobnego do oskarżonego Jurija F.  Ale wtedy, nad ranem 22 sierpnia 1999 roku, liczyło się bezpieczeństwo mieszkańców tej części olsztyńskiego Zatorza. Bomba w koszu sprawiała groźne wrażenie. Ważyła prawie 3 kg, z czego ponad 1,5 kg to był trotyl, a resztę to około 70 grubych, metalowych nakrętek do śrub. Gdyby taki ładunek wybuchł, pewnie rozwaliłby parter budynku, ale nie mieszkanie, w którym mieszkali bracia R. Być może z tego powodu zamachowiec nie zdecydował się wykorzystać tego narzędzia zbrodni.

000024
Sprowadzono ekipę pirotechników z Gdańska. Przywieźli oni specjalnego robota do przejmowania ładunków wybuchowych/ Radosław Tomczyk

Kiedy jednak stwierdzono, że zagrożenie nadal istnieje, ewakuowano około 20 rodzin do pobliskiego Technikum Samochodowego, a później część przeniosła się do podstawionego autobusu MPK. Policja obstawiła teren wokół budynków, zamknęła do nich dojazd, a do Olsztyna sprowadzono ekipę pirotechników z Gdańska. Przywieźli oni specjalnego robota do przejmowania ładunków wybuchowych. Potem saperzy wywieźli bombę poza miasto i zdetonowali. Mieszkańcy mogli wrócić do swoich mieszkań.

000067

Na tropie zbrodni

 W tym czasie Jurij F. był przesłuchiwany na komendzie, a policja znała już personalia zastrzelonego. Jako współwłaściciel agencji towarzyskiej, mieszczącej się kilka ulic dalej, był w cieniu starszego brata Jarosława R., ale obu nazywano „Orzełkami”. Obaj byli synami olsztyńskiego milicjanta i dotychczas oficjalnie nie mieli kłopotów z prawem, choć ich działalność znajdowała się pod lupą organów ścigania. Zabójstwo jednego z bliźniaków wywołało spekulacje co do przyczyn i nawet policjanci sugerowali, że to grupa pruszkowska lub trójmiejska nasłała na niego zamachowca, żeby pozbyć się konkurencji.

Istotnie coś niedobrego działo się na rynku erotycznym, ponieważ dosłownie dwa i pół tygodnia wcześniej – na progu swego mieszkania w centrum miasta –  został zastrzelony „Burak”, właściciel agencji „Czar Tygrysicy”. Jeśli nawet tamto zdarzenie mogło być traktowane jako rozgrywki w olsztyńskim półświatku, to zlecenie egzekucji płatnemu zabójcy, oznaczałoby ingerencję z zewnątrz (żeby np. wymusić haracz). A miejscowa policja zawsze woli mieć do czynienia ze znajomymi gangsterami.

Czy to jednak tym egzekutorem był zatrzymany w nocy Rosjanin? Nie miał przy sobie ani broni, ani roweru, na którym był widziany w miejscu zabójstwa. Policja szybko jednak ustaliła, że to znany w trójmiejskim półświatku były komandos Specnazu, od co najmniej sześciu lat mieszkający na Wybrzeżu, określany jako lider zorganizowanej grupy przestępczej i cyngiel od wykonywania egzekucji. Charakteryzowany, jako dobrze zbudowany gość o zimnym spojrzeniu i wydętych wargach, hardy, pewny siebie watażka, na którym policyjny mundur nie robi żadnego wrażenia. Zatrzymanie go przez olsztyńskich gliniarzy zostało określone jako sukces, czego pogratulowali im trójmiejscy koledzy.

Tymczasem trzeba było znaleźć dowody przestępstwa, a rosyjski gangster nie ułatwiał policji zadania. W najbliższych dniach po zabójstwie trwały poszukiwania roweru i broni, z której został zastrzelony „Orzełek”. Ale było to trudne, ponieważ gangster mógł wrzucić te dowody do Łyny lub Jeziora Długiego podczas odwrotu z miejsca zbrodni. Został zatrzymany na ulicy Bałtyckiej najpewniej w momencie, gdy szedł do samochodu zaparkowanego przy jednej z bocznych uliczek. Tam postawił forda escorta wynajętego w Olsztynie i nie potrafił (nie chciał) wytłumaczyć, dlaczego właśnie w tym miejscu? Wyglądało na to, że stamtąd chciał odjechać prosto do Gdańska, ale nie zdążył.

Killer czy urzędnik?

 Sąd miał jednak przekonanie, że to Jurij F. dokonał nocnego zamachu i zastosował wobec niego trzymiesięczny areszt. Rosjanin trafił do aresztu śledczego w Barczewie, gdzie miał zapewnioną opiekę medyczną, bo skarżył się na zły stan psychiczny. Cały czas jednak milczał, gdy pytano go o zleceniodawcę i inne szczegóły napadu. Kiedy w celi odwiedzili go funkcjonariusze wydziału przestępczości zorganizowanej KWP, nawet na nich nie spojrzał. Patrzył w jakiś niewidoczny punkt na ścianie, a w pewnej chwili tylko westchnął: „Muszę wyprowadzić psa na spacer”.

Wytoczony mu proces skończył się porażką organów ścigania i wymiaru sprawiedliwości. Jurij F. był oskarżony o to, że zabił Andrzeja R. strzałami z pistoletu maszynowego skorpion, jak wykazały badania łusek. Ale na rozprawę jako świadek nie zjawiła się kobieta, z którą wychodził „Orzełek” z bramy. Rosjanin został więc uniewinniony, jednak ten wyrok w 2001 roku uchylił sąd apelacyjny, nakazując wznowienie procesu. Tyle tylko, że uniewinniony oskarżony już z Polski wyjechał i ślad po nim zaginął.

 Od 2008 roku tropili go policjanci z zespołu poszukiwań celowych. Było to trudne zadanie, ponieważ Jurij F. często zmieniał tożsamość i posługiwał się fałszywymi dokumentami. W końcu jednak w maju 2013 roku został zatrzymany na przejściu rosyjsko-litewskim. Litwini w ramach współpracy przekazali go stronie polskiej i w sierpniu tego roku proces ruszył od nowa.

000047
Fot.  Paweł Kicowski

Według informacji polskich organów ścigania, Jurij F. był znany rosyjskiej milicji i karany, jako szef grupy przestępczej, która zajmowała się zabójstwami, wymuszeniami haraczy i porwaniami dla okupu. Jednak na wznowionej rozprawie w olsztyńskim sądzie ten schludny, 54-letni dziś, mężczyzna w okularach przedstawił się, jako pracownik socjalny merostwa w Kaliningradzie. Wyglądem dopasował się do zajmowanego stanowiska. Czy znajdą się twarde dowody, że to właśnie on zastrzelił „Orzełka”?

Na razie wspomniany prawnik z bloku przy ul. Małeckiego potwierdził, że jest on podobny do osobnika, którego widział feralnej nocy przed kamienicą. Najważniejsze jednak będą zeznania świadka incognito, bo taki status przyznano towarzyszce Andrzeja R. To ona stała twarzą w twarz z mordercą, i widziała, jak strzelał. Mało jest jednak takich, którzy przyjmą zakład, że tym razem stawi się w sądzie

„Orzełek” na wolności

 Nie chce zeznawać również brat bliźniak zabitego. Jarosław R. początkowo występował jako oskarżyciel posiłkowy, ale zrezygnował z tego statusu. Przed sądem zasłaniał się niepamięcią.

Jednak  w 1999 roku dobrze zorientowani w sprawach olsztyńskiego półświatka twierdzili, że to drugi „Orzełek” miał być celem ataku. Bliźniacy byli do siebie podobni jak dwie krople wody. Nic więc dziwnego, że przed oddaniem strzałów zamachowiec zawahał się na chwilę.

Trzy dni po zabójstwie Andrzeja R., autor tego tekstu, zbierając materiały do jednej z olsztyńskich gazet, spotkał się z Jarosławem R. Gdy przyszedł na umówione spotkanie, nie wyglądał na kogoś, komu zamordowano brata. Na pytanie, czy egzekucję zlecił gang pruszkowski, czy może trójmiejski, „Orzełek” odpowiedział: – To nieszczęśliwy wypadek, fatalna pomyłka.

 Wszelkie spekulacje prasowe na temat swoich powiązań z grupami przestępczymi, określił jako „głupoty”. Dawał do zrozumienia, że już mu nie grozi żadne niebezpieczeństwo, bo się dogadał z przeciwnikami. Ale pod koszulą miał kamizelkę kuloodporną. 

Nie minęło wiele czasu, gdy okazało się, że spekulacje na jego temat to nie takie głupoty, a zamach na Zatorzu był początkiem wojny olsztyńskich gangów. Grozę tamtych dni potęgował fakt, że już dwa dni po tym zdarzeniu, znaleziono obciętą głowę mężczyzny w niedalekim jeziorze Pluszne. Potem sam Jarosław R. stał się przedmiotem nieudanego zamachu, co potwierdził podczas pierwszego procesu Jurija F. Dokładnie rok po zamachu na Andrzeja R., na głównej ulicy olsztyńskich Jarot, wyleciał w powietrze samochód z kierowcą w środku, niejakim „Leninem” z gangu „Truskawy”. Ten gang rywalizował z grupą „Orzełka” i można przypuszczać, że był to rewanż za zabójstwo brata bliźniaka. Dochodziło też do innych, mniej udanych zamachów, kończących się tylko ranami postrzałowymi. Potem Jarosław R. nawiązał współpracę z „Trollem”, szefem innej grupy, specjalizującej się w porwaniach dla okupu i mającej powiązania z Pruszkowem. Przez Olsztyn przeszła wtedy fala porwań, zahamowana skutecznie między innym na skutek nacisków, jakie na organa ścigania wywierało Warmińsko-Mazurskie Stowarzyszenie na Rzecz Bezpieczeństwa, utworzone przez zagrożonych biznesmenów.

Z początkiem nowego wieku za kratki trafiła większość olsztyńskich gangsterów. W sumie 42 skazanych! Bezprecedensowe wyroki po 25 lat więzienia dostali „Troll” i „Świniak”, w tym za zlecenie zabójstw. Inni otrzymali mniejsze, ale równie surowe kary. „Orzełek” został skazany na 13 lat więzienia, choć nie za porwania, ale za narkotyki, kradzieże i wspomnianą wojnę gangów. Po odsiedzeniu ponad połowy kary, wyszedł z kryminału i cieszy się wolnością.  Na wysłany do niego sygnał o spotkanie z dziennikarzem, odpowiedział, że w obecnej sytuacji procesowej jest to niemożliwe.

Marek Książek

Fot. 1 Paweł Kicowski

 

 

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*