ZABILI BO CHCIELI SIĘ ZABAWIĆ

Michał Łysek, 24-letni, wybitnie uzdolniony student matematyki Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, stypendysta Oxfordu. Był nadzieją polskiej nauki. Lubiany, uśmiechnięty. A jednak ten pogodny, młody człowiek ginie. Umiera po tym, jak – 14 marca 1997 roku w Krakowie – w pobliżu bloku, gdzie mieszkał – zostaje bestialsko zmasakrowany kijem bejsbolowym.

 Kto mógł dopuścić się tego mordu? Dlaczego właśnie Michał? Tu każde pytanie rodziło następne. A to dla policji oznaczało tylko jedno, że czekała ich piekielnie trudna sprawa.

Wiosna 1997 roku. Przez Polskę przetacza się fala przemocy. Giną ludzie, tylko dlatego, że znajdują się w niewłaściwym miejscu i czasie. Wiele tych tragedii powodowanych jest przez fanatycznych pseudokibiców, dla których bardzo proste jest zabić tylko dlatego, że ktoś jest zwolennikiem innej drużyny lub nosi jej barwy klubowe. Albo po prostu udzielił niewłaściwej odpowiedzi, komu kibicuje.

Tak to też wyglądało i w tym przypadku, w Krakowie, ale to było zbyt oczywiste, by było prawdziwe. Co gorsze, mogło doprowadzić do eskalacji nienawiści i mordów z odwetu. A do tego nie można było dopuścić.

Droga po śmierć

Piątek, 14 marca 1997 roku. Jest około godziny 20, już zmrok, ale na chodniku w tej części Krakowa jest jeszcze ruch. Michał – długie czarne włosy, broda – wraca wieczorem na rowerze od kolegi do bloku przy ulicy Brożka, gdzie mieszka z rodzicami. Do domu ma już niedaleko. Gdy jest na ulicy Do Wilgi w Łagiewnikach, cieszy się, że za chwilę będzie w swoim bloku. Mocniej naciska na pedały. Nic nie zwiastuje tragedii, jaka ma się wydarzyć za chwilę.

Mijają kolejne minuty. Mieszkanie w bloku przy ulicy Brożka. Ktoś dzwoni. To on. Wspierając się o rower resztkami sił – zakrwawiony, traci przytomność. Wcześniej w progu jeszcze tylko udaje mu się wyszeptać, że został napadnięty.

– Byliśmy z żoną przerażeni – wspomina tamte straszne chwile Aleksander Łysek, ojciec studenta. – Nie wiedzieliśmy co się stało. Wezwaliśmy pogotowie. Gdy czekaliśmy na przyjazd karetki, miotaliśmy się po mieszkaniu jak oszalali. To był nasz jedynak, całe nasze życie.

W końcu na sygnale karetka zabiera go do szpitala. Lekarze zaczynają dramatyczny bój o życie Michała. Niestety, po dwóch dniach, w niedzielę, muszą się poddać.

– Nasz ukochany Michał umiera – ojciec do dzisiaj to przeżywa. Nawet zostawił wszystko w pokoju syna, jakby on tam miał wrócić za chwilę.

Polska w szoku

 Policja szybko zostaje powiadomiona o napadzie na studenta. Śledczy starają się ustalić wszystko o Michale, jakich ma kolegów, czy jakichś wrogów. To typowa, rutynowa robota. Podobnie, jak penetracja terenu. Mimo, że jest już ciemno, patrole ruszają w teren. Jest obawa, że ci którzy napadli na Michała, mogą nadal być gdzieś w tym rejonie miasta i polować na kolejną ofiarę.

michal
Michał Łysek od 18 lat nie żyje. Jego zabójcy od dawna cieszą się wolnością

Policjanci zatrzymują wielu młodych ludzi. Zadają rutynowe, w takiej sytuacji, pytania. Wszystko na nic.

– Z początku rozważaliśmy różne hipotezy – wspomina Eugeniusz Szczerbak, pracujący przy tej sprawie. Teraz już emerytowany policjant, były zastępca Komendanta Głównego Policji. Motyw rabunkowy odpadał, bo studenta nie okradziono, nic mu nie zabrano. Zemsta? Możliwe, ale z jakiego powodu? Nie miał wrogów, ten motyw też musieliśmy całkowicie wykluczyć. Z godziny na godzinę ten napad stawał się coraz bardziej tajemniczy. Tym większym był dla nas wyzwaniem.
Śmierć Michała odbija się szerokim echem w całej Polsce. Musimy pamiętać, że to okres, gdy dochodzi do serii brutalnych zabójstw, dokonywanych niejednokrotnie przez nieletnich. To właśnie wtedy ofiarami morderstw padli Ireneusz Regliński w Gdańsku i Wojciech Król w Warszawie. Już po śmierci Michała, na tej przerażającej liście pojawia się też Tomasz Jaworski z Warszawy.

Morderstwo dla zabawy

 Z godziny na godzinę sytuacja staje się poważniejsza. W Internecie pojawiają się wpisy, że to kibice Wisły Kraków przed meczem zabili Michała.

O groźbie wybuchu porachunków pseudokibiców, wie kierownictwo krakowskiej policji. Dlatego zostaje powołana specjalna grupa do rozwikłania tej sprawy.

– Penetrowaliśmy środowisko przestępcze, ale też hermetyczne środowisko nieletnich i pseudokibiców – dobrze to pamięta Leszek Górak, dziś emerytowany policjant. – Wszystko daremnie.

Policja wyznacza 10 tysięcy złotych nagrody za pomoc w złapaniu zabójców. Kolejne pięć tysięcy złotych dorzuca jedna z gazet. Wszystko daremnie. Wtedy z pomocą policji przychodzi autor tego tekstu. Dowiaduję się, jak nazywają się zabójcy i gdzie mieszkają. Mój informator nie chce nagrody, chce tylko, aby złapać zabójców, którzy wychwalają się tym, co zrobili. To 15-letni Wojciech K. i Paweł T., uczniowie jednego z techników w Krakowie – Nowej Hucie.

Zatrzymani nie okazują skruchy. Gdy dostają ankiety, aby opisać powód swojej agresji, w oka mgnieniu oddają puste kartki. Szybko okazuje się, dlaczego zabili. Po szkole piją piwo, a później jadą – jak to sami określają – zaatakować kogoś bejsbolami. Pierwszą ofiarą polowania miała być starsza kobieta, ale zdołała uciec. Wtedy na ich drodze pojawia się Michał. Napastnicy zrzucają go z roweru i katują…

30 stycznia 1998 roku. Sąd Rodzinny i dla Nieletnich Krakowa-Podgórza orzeka, że zabójcy mają trafić do poprawczaków. Mają tam być do 21. roku życia. I tylko tyle. Zwyrodnialcy korzystają z łaskawego prawa, że jako nieletni nie mogą ponieść surowszej kary.

Gdy sędzia wymusił na nich słowo „przepraszam”, wydusili je z siebie, ale patrząc w podłogę – nigdy tego nie zapomni ojciec Michała – Nie ma żadnej adekwatnej kary dla tego, co zrobili.

Zabójcy od dawna cieszą się życiem. Życiem, jakie zabrali utalentowanemu studentowi.

Mirosław Koźmin

 

 

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*