Pół tysiąca ofiar zboczonego „profesora”

69-letni mężczyzna podszywał się pod profesora i na kilku uczelniach – pod pozorem prowadzonych badań naukowych – molestował studentki, jedną zgwałcił. Proceder trwał kilka lat, a ujawnionych poszkodowanych jest już prawie pół tysiąca. Łatwość, z jaką zboczeńcowi udawało się oszukiwać kobiety, musi dziwić. Tym bardziej, że ofiarami nie były proste dziewczyny, lecz studentki.

Policja pierwszy raz sygnał o grasującym, sprytnym oszuście otrzymała w październiku 2015 roku. Wówczas do komisariatu zgłosiła się studentka polonistyki i ze szczegółami opowiedziała o dziwnym zdarzeniu.

Dziewczynę w Collegium Maius przy ulicy Fredry, gdzie mieści się Wydział Filologii Polskiej, zaczepił starszy pan w białym kitlu i poprosił o wzięcie udziału w badaniu naukowym, mającym trwać tylko kilka minut. Dziewczyna nie spodziewając się podstępu, zgodziła się i poszła za naukowcem do sali wykładowej. „Profesor” zamknął drzwi, z torby wyciągnął duży zeszyt i przystąpił do ankiety. Zadał kilka wstępnych pytań, o wiek, stan cywilny, preferencje seksualne, a po chwili na ręce kobiety przykleił wilgotną karteczkę, za sekundę kolejną. Pytał o odczucia i zabierał się za przyklejanie w coraz bardziej intymne miejsca. Dziewczyna z wielkim zaskoczeniem przyjęła prośbę o odsłonięcie piersi, zaskoczona przerwała ten dziwny eksperyment i oburzona wybiegła z sali.

Lecz ten incydent nie dawał jej spokoju, coś jej nie grało w tym „eksperymencie”.

Przede wszystkim zwróciła uwagę, że profesor ze swoim badaniem i białym kitlem nie pasował do budynku, gdzie wykłada się polonistykę i inne kierunki humanistyczne. Zaniepokojona dziewczyna jeszcze tego samego dnia udała się na komisariat i opowiedziała o dziwnym wydarzeniu.

Archiwum zboczeńca

– Coś nam mówiło, że nie jest to tylko jednorazowy atak. Przeczuwaliśmy, że podobnych incydentów mogło być więcej – mówi policjant z Komendy Stare Miasto, który pracował przy tej sprawie.

Przeczucia okazały się trafne, ale wynik śledztwa zaskoczył samych policjantów.

Na kilku uczelniach w centrum Poznania pojawiły się ulotki ostrzegające przed oszustem i z prośbą o kontakt osoby, które miały podobne doświadczenie z fałszywym profesorem.

Ilość dziewczyn, które zgłosiły się na policję w kilka dni po tym apelu i informacjach podanych w lokalnych mediach, całkowicie zaskoczyła policjantów. Dlatego schwytanie zboczeńca stało się priorytetem dla prowadzących dochodzenie.

Przesłuchanie wielu kobiet pozwoliło dokładnie określić schemat działania oszusta. Mężczyzna był bardzo elegancko ubrany, czysto oraz schludnie, a na ubranie zawsze miał narzucony biały kitel. Dodatkowo pod pachą trzymał wielką aktówkę, z której wyjmował dokumenty i ankiety do wypełnienia. Dziewczyny zwabiał do sal wykładowych. Musiał doskonale orientować się w rozmieszczeniu sal i zwyczajach panujących na uczelni. Dobrze wiedział, gdzie znajdzie puste sale, które nie są zamknięte.

Policjanci przejrzeli nagrania z kamer monitoringu i bez trudu odszukali podejrzanego mężczyznę. Zdjęcia poszukiwanego mężczyzny w białym kitlu trafiły do portierów, ochrony i pracowników kilku uczelni w Poznaniu.

21 października 2015 roku „fałszywego profesora” z policyjnych zdjęć rozpoznali pracownicy Collegium Maius i zawiadomili policjantów. Dzięki błyskawicznej akcji udało się złapać oszusta.

69- letni mężczyzna, mieszkaniec Poznania nie przyznał się do winy, jednak przeszukanie jego mieszkania nie pozostawiało wątpliwości, że w ręce policji wpadł poszukiwany przestępca. Skrupulatna, wręcz obsesyjna dokładność pogrążyła zatrzymanego. W jego mieszkaniu policjanci znaleźli ankiety z przeprowadzonych badań z wielu lat. Najstarsze pochodziły z 1977 roku, ich ilość pozwoliła określić, że poszkodowanych kobiet mogło być nawet pół tysiąca. Co ciekawe, do większości ankiet przypisane były personalia kobiet. To znacznie ułatwiło policji poszukiwanie ofiar. Przy okazji okazało się, że zboczeniec grasował prawie na wszystkich poznańskich uczelniach, ale potrafił również wyjeżdżać do innych miast.

Ofiary milczały

Po nagłośnieniu sprawy w mediach, wiele kobiet zaczęło zgłaszać się na policję. Poruszony skalą zjawiska poprosiłem znajomą, absolwentkę polonistyki, by popytała wśród swoich koleżanek z roku i innych lat, czy pamiętają podejrzanego mężczyznę. I znowu wynik był zaskakujący: – Przyjedź do mnie, mam telefony do trzech kobiet, które bez podawania nazwisk, anonimowo zgodziły się porozmawiać. Mają tylko jeden warunek, musisz rozmawiać z mojego telefonu. Nie chcą, byś znał ich numer – usłyszałem propozycję.

fot-2
Poszkodowanych przez „profesora” jest już prawie pół tysiąca studentek

Ania (imiona również zmieniłem), lat 35: – Pod koniec lat dziewięćdziesiątych polonistyka znajdowała się w Collegium Novum, przy Alei Niepodległości. Był to wysoki, kilkupiętrowy budynek. Prawdziwy moloch. Znajdowało się tam wówczas kilka wydziałów humanistycznych. Setki studentów, dziesiątki wykładowców, nie było szansy, by wszystkich znać nawet z twarzy. Byłam na trzecim roku i myślałam, że o życiu studenckim wiem już wszystko, ale jednak dałam się trochę nabrać. Podszedł do mnie pan w średnim wieku, i podał się za naukowca przeprowadzającego badania z antropologii. Zaproponował udział w szybkiej ankiecie. Był bardzo wiarygodny, nawet jak kazał mi nakleić jakiś papier wysoko na udzie, tuż pod majtkami, to nie pomyślałam, że to oszust. Tylko jak dla mnie badanie było zbyt odważne i przerwałam je. Gdybym wiedziała, że to nie jest prawdziwy profesor, to z pewnością dostałby po pysku, a tak był strach spoliczkować akademickiego wykładowcę.

Magda, lat 32: – Na studiach nie miałam czasu na randki, tylko książki, książki… dziesiątki lektur. W końcu byłyśmy w szkole poetów (ironiczny śmiech w słuchawce). Byłam dziewicą, ostatni raz całowałam się z chłopakiem po studniówce, a tu nagle takie doświadczenie. Nie wiem kiedy, byłam prawie naga, a profesor mierzył mi ciśnienie i temperaturę ciała w różnych miejscach. Czułam się jak u lekarza, dopiero jak zaczął dziwnie sapać zrozumiałam, że coś jest nie tak. Szybko się ubrałam i przerażona wybiegłam z sali. Dlaczego nie zgłosiłam tego nigdzie? Strach, wstyd, co miałam pójść na policję i powiedzieć, że profesor podniecił się podczas badania. Teraz też się nie zgłosiłam, wolę mieć spokój, a i tak wiem, że zboczeniec odpowie za swoje czyny.

Kasia, lat 30: Był bardzo uprzejmy, miał miły glos. Z ciekawości, ale trochę z zafascynowania osobą profesora zgodziłam się na badanie. Pamiętam, że nalegał, by zrobić badanie temperatury w bardziej intymnych miejscach. Nie zgodziłam się, a profesor nie nalegał. Wszystko z pełną kulturą, uśpił moją czujność, ale do niczego przykrego nie doszło. Może dlatego zapomniałam o tym wydarzeniu, i dopiero po latach skojarzyłam fakty. Nie wiem, czy pójdę to zgłosić na policję. Jak słyszę, że zgłosiło już grubo ponad 400 pokrzywdzonych kobiet, to myślę, że moje zaznania są niepotrzebne.

Te trzy relacje najlepiej obrazują, dlaczego przez tyle lat fałszywy profesor mógł bezkarnie grasować na uczelniach. Mężczyzna był bardzo dobrym aktorem, wszystkie „badane” kobiety myślały, że mają do czynienia z prawdziwym naukowcem. Młode studentki czułyby się źle, oskarżając profesora o nadużycie władzy. Nawet gdy czuły, że przekroczył on granice. Były wykorzystane oraz skrzywdzone, to zaciskały zęby i milczały, bojąc się napiętnowania a przede wszystkim ośmieszenia ze strony środowiska akademickiego.

 Kulturalny gwałciciel

Nawet po ujawnieniu tej afery, jeden z tabloidów potrafił napisać: „Obleśny profesor z Poznania molestował naiwne studentki”. To prawdziwie brukowa definicja ofiary przestępstwa seksualnego – według której kobieta wykorzystana seksualnie ponosi za wszystko winę sama, ponieważ była zbyt naiwna. Na szczęście to nie dziennikarze bulwarówek zasiadają w sądzie i wydają wyroki.

Policjanci cały czas prowadzą śledztwo. Zgłaszają się kolejne kobiety i opowiadają o tym, jak zostały w podstępny sposób wykorzystane.

Mężczyzna przebywa w areszcie tymczasowym. Do tej pory usłyszał 15 zarzutów, ale prokuratura nie wyklucza, że pojawią kolejne. Większość zarzutów dotyczy artykułu 197 kk, mówiącego o doprowadzeniu podstępem do wykonania innej czynności seksualnej. Za ten czyn grozi podejrzanemu do 8 lat więzienia. W pierwszych miesiącach śledztwa policjanci sądzili, że przestępca nie używał siły wobec kobiet. Jednak szybko przyszło im zweryfikować te informacje, gdy jedna z pokrzywdzonych kobiet przyznała się, że została zgwałcona. Okazało się, że „grzeczny i kulturalny” dotąd „profesor” nie potrafił się pogodzić z odmową i siłą zmusił kobietę do seksu. Dlatego oprócz poprzednich zarzutów pojawił również z artykułu 197 kk paragraf 1. Za gwałt grozi 12 lat pozbawienia wolności. Przypadek użycia siły miał miejsce w 2015 roku. Teraz policjanci bardzo skrupulatnie sprawdzają, czy gwałtów nie było więcej.

40 lat przestępczej działalności, ponad pół tysiąca przeprowadzonych „badań”, zapewne setki pokrzywdzonych kobiet, które dotąd nie zgłosiły się na policję, musi robić wrażenie.

Niektórzy twierdzą, że amerykańskie społeczeństwo na tle przestępstw seksualnych jest przewrażliwione i często popada w paranoję. Ale obserwując zboczoną działalność fałszywego profesora z Poznania, widać, że w Polsce pod tym względem jest wiele do zrobienia. Przerażające, że nawet same ofiary przestępstw seksualnych wolą milczeć. Takie zachowanie jest zawsze pożywką dla potencjalnych przyszłych przestępców.

Przemysław Graf

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*