Byłem szturmanem

– Nigdy nie strzelałem do człowieka. Miałem szczęście. Poza tym, gdyby mnie kręciło strzelanie do ludzi, zaciągnąłbym się do wojska. Wojsko szkoli do zabijania, zadaniem policjanta jest obezwładnić.

Moim rozmówcą jest człowiek, który przeszedł gruntowne przeszkolenie antyterrorystyczne. Jest jasne, że nie porozmawiamy o kowbojskich pojedynkach i pamiątkowych nacięciach na kolbie wiernego rewolweru. Wiem jedno. Rozmawiam z człowiekiem, który naprawdę potrafi władać bronią i otrzaskał się w wielu akcjach.

–  Jestem „Guma” – postawny mężczyzna w średnim wieku rozjaśnia twarz w sympatycznym uśmiechu. Nie chce podawać pełnych danych personalnych. Żartuje, że  ten kto go zna i tak będzie wiedział, o kogo chodzi.

– Na szkoleniach strzelaliśmy ogromne ilości amunicji. Nikt się nie bawił w strzelanie na dystansie pięćdziesięciu metrów. My strzelaliśmy z odległości trzech, czterech metrów do dziesięciu. Dynamicznie. Chodziło o symulacje realnych działań użycia broni –  „Guma” opowiada, że przez pewien czas miał na stanie trochę rozklekotany pistolet i podczas strzelania odpadł z niego przyrząd celowniczy zwany „muszką”. Jakoś trzeba sobie radzić. Pistolet trafił w imadło i za moment nie miał już drugiego przyrządu celowniczego – szczerbinki.

Strzelanie dynamiczne polega na wyrobieniu sobie instynktownych reakcji i bazuje na tak zwanej „pamięci mięśniowej”. Strzelec nie zgrywa przyrządów celowniczych, tylko przez ułamek sekundy patrzy wzdłuż lufy na cel.

– Następnego dnia zaliczyłem strzelanie na „piątkę”. Okazało się, że przy tym rodzaju strzelania przyrządy celownicze są zbędne – śmieje się „Guma”. 

Grupa uderzeniowa

– Służyłem w „Mogacie” od momentu jego powstania, do rozwiązania – mówi z dumą – To Mokotowska Grupa Antyterrorystyczna. Kilku doświadczonych instruktorów, którzy odeszli z warszawskiego oddziału antyterrorystycznego, trafiło do komendy rejonowej na Mokotowie. Zaproponowali utworzenie profesjonalnej grupy uderzeniowej, która byłaby wsparciem dla macierzystej jednostki.

p1120362

Tak to się zaczęło. Kilku zapaleńców, zwykłych chłopaków jeżdżących w patrolach, dzielnicowych, wywiadowców – pod okiem doświadczonych instruktorów – stworzyli coś, co na trwałe zmieniło oblicze modela funkcjonowania polskiej policji.

– Zgłosiłem się razem z kolegą. Przeszliśmy ostre sito kwalifikacji. Dużo ludzi odpadło, nawet policjanci z doświadczeniem, ale nie wytrzymali wydolnościowo. Wydolność fizyczna, to było na początku najważniejsze kryterium. Reszta przyszła później –  opowiada „Guma”.

Początki nie były łatwe. W realiach komendy rejonowej nie ma miejsca na dodatkowe, stałe etaty. W celu stworzenia takiej jednostki, mokotowski komendant rejonowy uciekł się do wybiegu prawnego, pozwalającemu mu na utworzenie grupy zadaniowej, tak jak powołuje się grupy do rozwikłania trudniejszych śledztw. Dzięki temu, trafiający do „Mogat-u” policjanci byli na etatach swoich jednostek. Nie wzbudzało to przychylności podległych „rejonówce” komendantów komisariatów, którzy złościli się, że zabiera im się ludzi.

– Wtedy nie miało się jeszcze kont i po wypłatę trzeba było przyjechać osobiście. Gdy pobierałem pobory, to zza uchylonych drzwi sekretariatu dobiegał głos komendanta: „Pieniądze to przyjeżdżają brać, ale pracują gdzie indziej” – uśmiecha się „Guma” i  dodaje, że komendant komisariatu szybko sam się przekonał do idei funkcjonowania „Mogat-u”, podczas realizacji, jaką wspólnie zrobili. Po udanej zasadzce pogratulował członkom grupy.

– Przybił nam „piątki”, przeszedł z nami na „ty” i zupełnie zweryfikował swoje zdanie o nas. Mówił, że zazdrośnicy rozgłaszali plotki, że w „Mogacie”, to tylko siłownia, strzelnica i wylegiwanie się na leżankach – “Guma” wspomina jedną z pierwszych akcji.

Wyrabianie schematów

Bardzo szybko doceniono korzyści z posiadania własnej grupy uderzeniowej. Aby jednak taka grupa działała jak jeden organizm, trzeba intensywnego szkolenia.

– Dowódca strzelał do nas z gumowych kul, z karabinu mossberga – wspomina – Trzeba było chować się za specjalną, kuloodporną tarczą. Ćwiczyło się chodzenie drużyną „wężem”. Dowcip polega na tym, aby być schowanym za tarczą. Śmieszne było to, że największe chłopy potrafili się tak skurczyć, że nie wystawali zza tej tarczy, a nie była ona jakaś ogromna. Nie dziwię się wcale wielkoludom, którzy kulili się do nieprawdopodobnie malutkich gabarytów. Gumowa kula nie zabije, ale na długo zostawia siną i bolesną pamiątkę.

Zajęcia z tarczą były bardzo męczące, szczególnie dla tarczowego, bo ważyła ona dwadzieścia pięć kilo. Miała wbudowaną szybkę pancerną, przez którą można było patrzeć, mógł nad nią wystawać kawałek hełmu kewlarowego.

 – Szczególnie ciężko było, gdy trzeba było wbiegać na dziesiąte piętro w bloku. Była taka zasada, że nie jeździmy windą. Bo, jak zabraknie prądu, to mamy problem – opowiada „Guma” Koledzy byli na tyle wyrozumiali, że dawali minutę czy dwie na wyrównanie oddechu przed wejściem do mieszkania. Niezłe jaja były na samym początku treningów, wywracaliśmy się. Gdybyśmy mieli wtedy przeładowaną broń, moglibyśmy się pozabijać – wspomina.

Instruktorzy pocieszali policjantów, że takie rzeczy na początku to normalna rzecz. Sami wspominali swoje szkolenie. Wielu trenowało z najlepszymi jednostkami antyterrorystycznymi w USA i tamtejsi trenerzy mówili wręcz o postrzeleniach w trakcie ćwiczeń. Trzeba czasu, zanim człowiek wyrobi sobie stosowne odruchy. W ocenie specjalistów, wyszkolenie dobrej, zgranej drużyny trwa kilka lat. „Mogat” wszedł do działań zaledwie po kilku miesiącach intensywnych szkoleń i bardzo szybko zdobył uznanie nie tylko w macierzystej jednostce, ale również wśród etatowych drużyn antyterrorystycznych, działających w strukturach Komendy Stołecznej czy Głównej.

– W szkoleniu chodzi o to, abyś wyrobił sobie schematy postępowania. Później, w realnej akcji nie musisz już się zastanawiać, działasz instynktownie. Ale wszystkiego przewidzieć i przećwiczyć się nie da. Wtedy trzeba improwizować. Po prostu trenujesz pewne techniki, aby zwiększyć prawdopodobieństwo twojego przeżycia w sytuacji ekstremalnej – tłumaczy „Guma”.

 Z „Bolkiem” na „domówce”

 – Miałem szczęście, że przeszedłem takie wyszkolenie. Gdy przystępowałem do służby i jeździłem na swoje pierwsze patrole, mimowolnie człowiek wystawiał się na niebezpieczeństwo – opowiada. Początki były trudne i z dzisiejszej perspektywy nieco szalone. „Guma”, tuż po przyjęciu do służby, trafił do radiowozu jeszcze przed przeszkoleniem podstawowym.

– Przez trzy miesiące miałem tylko mundur i żadnych środków przymusu typu kajdanki, pałka, nie wspominając o pistolecie. Wtedy chleb powszedni patrolu to były awantury pod sklepami nocnymi i interwencje domowe. „Domóweczki” to jeszcze dawaliśmy radę. Jak we dwóch chłopów weszliśmy i zastawaliśmy męża, co swoją babę tłukł, to nie był problem. Wywlekało się go na wytrzeźwiałkę i już. Ale pod sklepem nocnym, gdzie stało dziesięciu typów, to już było gorzej –  opowiada policjant.

– Jeździłem wtedy w patrolu z kolegą o ksywce „Bolek”, który całą dotychczasową służbę pełnił jako mechanik w garażach Komendy Głównej, naprawiał samochody marki peugeot, których w owym czasie używało Biuro Ochrony Rządu. A jak się peugeoty skończyły, to nie wiedzieli, co z „Bolkiem” zrobić. I przeniesiono go do patrolu. Trafił tam pół roku wcześniej ode mnie. On był w o tyle lepszej sytuacji, że już jakieś „gadżety” do walki miał. A ja praktycznie „na golasa”, nie licząc munduru. Otrzymaliśmy polecenie, aby jechać pędem do kawiarni „Mozaika“, gdzie się typy tłuką, jest ich dużo i potrzeba dużo sił. No to lecimy na „bombach”. „Bolek” mnie pyta, czy mam jakąś pałkę, czy cokolwiek? Odpowiedziałem mu zgodnie z prawdą, że nic. Wtedy pomacał się po kieszeniach, wyjął swoje kajdanki, mówiąc: masz, tym będziesz napierdzielał – dziś “Guma” uśmiecha się opowiadając tę historię, ale przyznaje, że wtedy nie było mu do śmiechu.

Na pogrzebie z „Dziadem”

 Pytam o akcje, które w jakiś szczególny sposób odcisnęły się w pamięci mojego rozmówcy. Dowiaduję się, że większość z nich paradoksalnie miała podobny przebieg, według tego samego schematu: szybkie wejście i obezwładnienie. Ale były i nietypowe. Jak próba ujęcia poszukiwanego, wołomińskiego bossa. To była większa operacja, w ścisłej współpracy z mokotowskim wydziałem kryminalnym.

– Mieliśmy zatrzymać tego figuranta w czasie pogrzebu innego bandziora. Pamiętam, że wtedy po raz pierwszy zobaczyłem „Dziada”, który przyjechał swoim bordowym jaguarem i wysiadł z niego w dresach, skórzanej kurtce i podartych adidasach. A ja z kolegą, w garniturach szliśmy w kondukcie żałobnym. Reszta kolegów czatowała w pełnym rynsztunku w lesie naprzeciwko cmentarza. Naszym zadaniem było wypatrzenie interesującego nas człowieka i danie sygnału „drużynce”, aby mogła dokonać zatrzymania. Dość niekomfortowa sytuacja, bo to było towarzystwo, które się znało i wilkiem na nas patrzyli, zastanawiając się, kim my w ogóle u licha jesteśmy. A my udawaliśmy dalekich krewnych. Istniało zagrożenie, że we dwóch będziemy musieli, wśród tych bandziorów, naszego gościa złapać i przytrzymać, zanim chłopaki wyskoczą z lasu. A wiadomo, jakie były wtedy środki łączności, komórek jeszcze nie było, coś mogło pójść nie tak. Spora dawka adrenaliny wtedy była. Bo co będzie, jak on się pojawi, bo nie możemy dopuścić do sytuacji, aby nam uciekł. Cały czas zastanawialiśmy się, czy nasi koledzy zdążą, bo my mieliśmy przy sobie tylko broń krótką. Twarze panów uczestniczących w pogrzebie mówiły same za siebie, a my byliśmy sami w środku dużej grupy bandziorów, gdzie każdy za paskiem trzymał gnata. Do fizycznego zatrzymania poszukiwanego, ostatecznie wtedy nie doszło.

Inną akcja, która wbiła się „Gumie” w pamięć, to zatrzymanie pijanych mężczyzn, którzy z okna, z pistoletu strzelali do przechodniów na ulicy. Na szczęście nikogo nie trafili.

– Szybko udało się ustalić, z którego okna padły strzały. Dynamiczne wejście wtedy tam było. Nie pukaliśmy, tylko od razu poszedł taran. Ja wpadłem z tarczą, pierwszy. Pamiętam, że drzwi potraktowane taranem przewróciły się na gościa. Przebiegłem po tych drzwiach, leżących na ogłupiałym z zaskoczenia facecie. Dwóch, albo trzech gości siedziało w pokoju przy stole. Żaden z nich nie miał broni w ręku, więc odrzuciłem tarczę i pierwszego z brzegu gościa powaliłem na ziemię i skułem, koledzy dokonali tego samego dzieła na reszcie towarzystwa. Sprawdziliśmy całe mieszkanie, ale nikogo więcej w nim nie było. Oni uderzyli w gadkę, że to nie oni, nie z tego okna, że to pomyłka. Któryś z kumpli spojrzał na barek, taki co to za komuny trzymało się w nim wódę, z rozkładanym blatem, zamykanym na klucz. Uderzyło go to, że w dziurce brakowało kluczyka. Gdzie kluczyk od barku? „A nie, nie, tam nic nie ma, nigdy nie było żadnego kluczyka”. Jeden z kolegów bez ceregieli bagnetem wyłamał zamek. W środku, na półce leżał piękny, lśniący pistolet, jeszcze pachnący prochem, z naładowanym magazynkiem, w którym brakowało kilku pocisków. Dopiero wtedy faceci zmiękli i jeden z nich się przyznał, że strzelał. O tyle wtedy było sporo strachu, że mieliśmy sto procent pewności, że w szturmowanym mieszkaniu jest broń i to broń ostra.

Innym, niezapomnianym wspomnieniem „Gumy” jest zatrzymanie zabójców młodego człowieka. Nie tyle ze względu na dynamikę samej akcji, ale jej okoliczności. „Mogat” został poderwany i drużyna dostała polecenie wejścia na ostro do pewnego mieszkania. Według posiadanych informacji, w środku mogły znajdować się zwłoki poszukiwanego mężczyzny.

– Była tam mała rzeźnia. Rozkawałkowane nieudolnie ciało mężczyzny, zawinięte w folię i przygotowane do wywiezienia. Nieudolnie, bo kość udowa okazała się za twarda do pokonania bez użycia narzędzi typu porządna piła.

 Samo zatrzymanie przebiegło sprawnie, ale widok zmasakrowanych zwłok wywarł na policjancie silne wrażenie.

Ofiara polityki

„Mogat” działał stosunkowo krótko  – od kwietnia 1995 roku do stycznia 1998 roku – ale na trwałe zapisał się w historii antyterroryzmu w Polsce. Nie tyle ze względu na udział w spektakularnych akcjach, ale z powodu pomysłu, idei, która dziś jest realizowana.

Oprócz doskonale wyekwipowanych i wyszkolonych jednostek centralnych, przy komendach rejonowych istnieją małe, mobilne grupy realizacyjne, których zadaniem jest wspieranie działań macierzystych jednostek, a w razie potrzeby współdziałanie z jednostkami centralnymi.

Każde fachowe opracowanie historii polskich jednostek antyterrorystycznych zamieszcza wzmiankę o „Mogacie”. To chyba doskonałe podsumowanie działalności grupy zapaleńców. Niestety, jak to zwykle bywa, w sprawy policji wmieszali się politycy. Nikomu nie wyszło to na dobre.

– Zmieniła się opcja polityczna, zmienił się komendant rejonowy, zmieniano i rozwiązywano wtedy wszystko – wspomina “Guma”. W tym czasie dokonano próby nieudanej reformy policji. Zlikwidowano Komendy Rejonowe, skutecznie rujnując wypracowywaną jeszcze od czasów przedwojennych strukturę i model działania policji. Złowrogie pogłoski dotarły do “Gumy”, gdy wraz z kolegami malowali strzelnicę.

– Ktoś dobrze poinformowany spytał nas, dla kogo to malujemy, bo na pewno nie dla siebie. Mówię, nie bądź takim pesymistą. A on mówi, nie jestem pesymistą a realistą. „Wiem, co się będzie działo, więc po koleżeńsku wam radzę. Zostawcie to w cholerę, bo już was tu nie będzie. Rozpieprzą za moment tu wszystko”.

Na spełnienie tych proroczych słów „Guma” nie czekał długo. Niebawem on i koledzy zostali poinformowani, że ich grupa zostanie rozwiązana i żeby szukali sobie pracy gdzie indziej. Różnie potoczyły się losy „mogatowców”, część trafiło do stołecznego oddziału antyterrorystycznego, „Guma” znalazł swoje miejsce w Policji Sądowej.

– Pomyślałem sobie, czemu nie spróbować spokojniejszej roboty? – komentuje. Decyzję było mu tym łatwiej podjąć, że nowoutworzona Policja Sądowa przyjmowała w swoje szeregi byłych szturmanów z otwartymi ramionami.

– Ktoś może się śmiać, że Policja Sądowa jest gorszej kategorii. Ale my z kolegami doszliśmy do wniosku, że musimy naszą wiedzę i umiejętności przekazywać dalej. Szkolimy tych młodych chłopaków, co do nas przychodzą –  „Guma” uzasadnia swoje zdanie tym, że większość z nich z czasem wraca do swoich miejscowości, swoich komend i to oni wtedy tam na miejscu przekazują te doświadczenia dalej.

Z „Dżosefem”, kiedyś staliśmy za jedną tarczą a dziś na jednej scenie. Ja z gitarą a on z harmonijką

–  Do tej pory przyjaźnie zawiązane jeszcze w „Mogacie” trwają. Z „Dżosefem”, kiedyś staliśmy za jedną tarczą a dziś na jednej scenie. Ja z gitarą a on z harmonijką – „Guma” opowiada o swych dzisiejszych pasjach. Koledzy mieli nawet okazję zagrać na kilku poważnych imprezach, ale organizacyjnie nie udało się do końca wszystkiego ułożyć.

 – Szykujemy półtoragodzinny repertuar.

Pytam jeszcze raz o przeszłość. Czy jeszcze raz zdecydowałby się na taką drogę, jaką przeszedł?

– Nie zawahałbym się. To były najpiękniejsze lata mojej służby i w ogóle najpiękniejsze lata mojego życia, co tu dużo mówić – stwierdza zdecydowanie.

Piotr Pochuro Matusiak

 

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*