Pismo jest w głowie

Z Leszkiem Koźmińskim, biegłym sądowym oraz ekspertem w dziedzinie kryminalistycznych badań dokumentów Polskiego Towarzystwa Kryminalistycznego, rozmawia Marta Bilska.

Jak kształtowała się w Panu chęć trudnienia tym zawodem? Czy, aby zostać grafologiem, potrzebne są jakieś predyspozycje?

Był to przypadek. Zanim przyszedłem do policji, pracowałem dwa lata w szkole jako polonista. I dowiedziałem się o wolnym miejscu w laboratorium kryminalistycznym. Poszedłem więc na rozmowę kwalifikacyjną. Oczywiście przeszedłem takie same testy, jak każdy nowo przyjmowany policjant, z tym, że docelowo miałem służyć w laboratorium. Oprócz całej procedury musiałem dodatkowo przejść test w Centralnym Laboratorium Kryminalistycznym KGP, gdzie badano moje predyspozycje. Przeszedłem go pozytywnie, co spowodowało, że rozpocząłem przygodę z grafologią. Tak naprawdę nie ma wykształcenia kierunkowego, które pomagałoby zostać biegłym w dziedzinie tego, co my nazywamy w policji kryminalistycznym badaniem dokumentów. Ważny jest zmysł analityczny i umiejętność łączenia pewnych faktów. To na pewno. Atutem dodatkowym jest wykształcenie polonistyczne, ale to tylko w tej wąskiej działce, która dotyczy analizy cech osobo-poznawczych autora tekstu. Zdarza się to niezwykle rzadko, ale również takie badania wykonujemy. Wiedza z zakresu językoznawstwa czy gwary może tu być przydatna.

Jakie istotne informacje o człowieku zawarte są w jego piśmie? Czy da się określić jego charakter?

To właśnie jest często mylone. Gdyż w laboratoriach kryminalistycznych typowej grafologii nie ma. Grafologia jako dziedzina, która ma mówić o osobowości człowieka na podstawie pisma, tutaj nie istnieje. Mówimy o kryminalistycznym badaniu dokumentów, z naciskiem na identyfikację osoby na podstawie pisma ręcznego i podpisów. Jeśli dotykamy kwestii rozpoznania, nie tyle psychologicznego osoby, co osobo-poznawczego, to najczęściej takie opinie w praktyce dotyczą anonimów np. okupowych. Wiadomo, że im obszerniejszy tekst – im więcej zdań, słów, tym możemy coś więcej powiedzieć o autorze. Chociażby na temat wykształcenia, wykonywanego zawodu, czy pochodzenia geograficznego. Takie sytuacje się zdarzają. Pozostałe badania to w przeważającej mierze kwestie dotyczące identyfikacji wykonawcy. Czyli tego, kto składa podpis na dokumencie. Grafologia jako dziedzina mówiąca o cechach charakteru nie jest oddzielną nauką, uznaną w hierarchii uniwersyteckiej czy policyjno-kryminalistycznych specjalności. Co zresztą potwierdzają nasze badania, ponieważ pismo jest śladem psychomotorycznym. Czyli z jednej strony zależy od zdolności motorycznych, które wykształcają się od dzieciństwa do około dwudziestego któregoś roku życia, z drugiej zaś strony pismo powstaje w głowie, wyobraźni, na mocy pracy mózgu, Najprostszy przykład to takie historie, gdzie ktoś stracił dłoń, otrzymał przeszczep albo protezę. Okazuje się, że większość takich osób pisze tak samo, jak przed wypadkiem. Pismo jest w głowie. Dlatego uczymy się pisać dopiero, kiedy zaczynamy myśleć abstrakcyjnie. Czyli nie dzieje się to w przedszkolu, ale powiedzmy w pierwszych latach szkolnych.

09059_412_5-7-2009

Na czym polega procedura kryminalna? Od czego pan zaczyna? Dostaje Pan dwa materiały i stwierdza, czy pisała to ta sama osoba? Czy weryfikacji podlega każda litera?

Najczęściej są to dwa materiały. Ten dowodowy, czyli kwestionowany, gdzie ktoś stwierdza na przykład, że to nie jest jego podpis, oraz materiał porównawczy, czyli pobrany od tej osoby. Badanie w zakresie grafologicznym różni się od badań daktyloskopijnych czy badań DNA tym, że cechy DNA i linii papilarnych – mówiąc najogólniej – mamy stałe. W przypadku pisma jest ta różnica, że używamy go przez całe życie i ono potrafi się zmienić.  Może się zmieniać w zależności od sytuacji w danej chwili, choćby z powodu zdenerwowania, czy zmęczenia. Ale są to zmiany pozorne, które dla fachowca w tej dziedzinie nie stanowią problemu. Pismo może się też zmienić na przestrzeni lat także w związku ze stanem chorobowym. Procedura wygląda tak, że najpierw oceniamy, co mamy do badania. Czy występuje jeden grafizm, czy dwa lub trzy – czyli czy na dokumencie mogły występować wzory trzech osób. Dopiero jak ocenimy, ile grafizmów, czyli zespołów cech graficznych występujących w materiale kwestionowanym, to zestawiamy to z materiałem porównawczym. Są to zarówno cechy ogólne, czyli takie, które zobaczy nawet laik – pochylenie pisma, wielkość liter, łączenia znaków. Ale dla nas najważniejsze są cechy zindywidualizowane, powtarzalne dla danej osoby, które dotyczą najogólniej rzecz biorąc konstrukcji. Czyli te, które grafolog jest w stanie zauważyć i zinterpretować. Chociażby taki przykład: w lewo pochyla pismo powiedzmy 20 procent ludzi, ale to nie jest cecha, która pozwala nas odróżnić. Dopiero wyraźne cechy indywidualne pozwalają nas identyfikować i stwierdzić, że ktoś jest fałszerzem lub nie. Na te cechy indywidualne składa się mnóstwo elementów.

Duża jest możliwość podrobienia czyjegoś pisma? Jak pan ocenia prawdopodobieństwo powodzenia?

Matematycznie nie da się tego określić. Jeżeli będzie to podpis osoby, która nazywa się  Żuk, czyli trzy litery, to o wiele łatwiej nauczyć się tych trzech liter, niż kiedy ktoś ma na nazwisko Kowalski. Druga rzecz, to poziom wyrobienia materiału dowodowego. Czy znajduje się na nim jakieś pismo wyrobione, czy też nie. Pozornie im krótszy podpis, tym łatwiej można się go wyuczyć. Ale to oznacza dla niektórych naukę godzinami, a dla innych pewnie dniami, żeby spreparować podpis. Myślę, że w efekcie i tak bez powodzenia.

 Czyli istnieją niuanse, które specjalista wychwyci, mimo że dla fałszerza podpis wydaje się być identyczny?

Tak. Jedynie podpisy nieczytelne stwarzają czasami problem. Tam możemy najczęściej stwierdzić,  że podpis nie jest autentyczny, ale trudno jest stwierdzić, kto go sfałszował.

Opinia grafologa jest bezsporna? Czy może on z całą pewnością stwierdzić, że dany dokument był pisany przez kogoś innego?

Zdarzają się sprawy, w których nie wydajemy opinii kategorycznych i wtedy używamy stwierdzeń stopniujących: „najprawdopodobniej podpisał” lub „prawdopodobnie nie podpisał”. W większości przypadków wydajemy jednak kategoryczne opinie.

 A co z ludźmi, którzy potrafią pisać prawą i lewą ręką, czy jest to jakieś utrudnienie dla grafologa?

04d

Należy pamiętać, że bardzo ważne jest to, co widzi biegły grafolog, ale także policjant, który prowadzi sprawę. To on pobiera wzory pisma i może poprosić kogoś, żeby napisał coś lewą ręką, a później prawą. I w ten sposób sprawdzić, czy jest oburęczny. Jeżeli to zauważy, to powinien wziąć zarówno wzory pochodzące z prawej, jak i z lewej ręki. Co ciekawe, w takich przypadkach często jest tak, że ktoś pisze znaki lewą i prawą ręką podobnie. Wszystko zależy od pobranego materiału, jeżeli jest on pobrany prawidłowo, to oburęczność nie stanowi trudności. Poza tym około 90 procent osób nie potrafi sobie poradzić z tą niewiodącą ręką, i jest to od razu widoczne. Dodatkowo są jeszcze inne ślady, jak tusz z długopisu. Pod mikroskopem widzimy, że linie inaczej się układają  i dokument był na przykład pisany lewą ręką. Warto też wspomnieć o sytuacjach, w których pomagamy sobie w jakiś sposób. To już znany ze szkoły przykład: wziąć dokument z podpisem, przyłożyć do okna i mówiąc potocznie przekalkować. Jednak to również widać. Jest inne tempo kreślenia, bo staramy się to robić dokładnie i robimy to powoli. Jest też inna naciskowość.  Nie stanowi to dla nas problemu. Od razu widzimy, że w piśmie jest coś nienaturalnego.

Czy da się stwierdzić, że pismo powstało pod presją?

Jeżeli udaje się to stwierdzić, to trzeba brać też pod uwagę okoliczności dodatkowe. Jak przychodzi kartka pocztowa z jakiegoś miejsca, a osoba jest zaginiona i widać, że pismo jest niespokojne, to możemy tam dokładać informacje, które są tylko w domyśle, albo posiadamy je z pracy operacyjnej policji. Nie jesteśmy w stanie w stu procentach stwierdzić, że coś było pisane pod naciskiem. Można jedynie powiedzieć, że pismo jest nienaturalne. Jednak ta nienaturalność może wynikać  ze zdenerwowania, działania leków, czy alkoholu. Chociaż akurat działanie alkoholu na pismo jest na tyle dobrze przebadane, że zmiany jakie może wywołać, są nam dość dobrze znane. Takie badania są prowadzone, ponieważ stosunkowo często mamy do czynienia z takim problemem. Chociażby kierowcy, którzy są zatrzymywani za prowadzenie pod wpływem alkoholu – podpisują protokół. Po czym za kilka dni zaczynają się wypierać, że to nie oni, że to nie ich podpis, ponieważ  jest duży i zamaszysty. Ale tutaj pomagają nam badania, które sprawdzały działanie alkoholu na pismo. Jest ono większe, bardziej obszerne. Oczywiście im większe upojenie alkoholowe, tym ta degradacja pisma się zwiększa.

Ile czasu potrzebuje pan na zbadanie powiedzmy kartki A4?

Jest to kilkanaście godzin. Chociaż, jeżeli będzie to pismo naturalne, wyrobione i materiał porównawczy też będę miał obszerny, to już po kilku godzinach widzę te cechy i są one mocne. Ale bywa tak, że mam jeden podpis, ale jest on składany w niesprzyjających okolicznościach, a materiał porównawczy pochodzi sprzed wielu lat. To mogę pracować nawet kilka dni, żeby wydać opinię. Wszystko zależy od jakości materiału. Szczególnym przypadkiem jest badanie testamentu. Ponieważ tego, który go wykonywał już nie poprosimy na policję, aby pobrać próbki pisma, bo on po prostu nie żyje. Można iść do urzędu, do domu na przeszukanie. Tylko pozostaje pytanie, czy wszystkie dokumenty za życia wypisywał on, czy nie robiła tego córka, czy małżonka. To są często dość skomplikowane sprawy.

Co pan sądzi o filmowych interpretacjach badań kryminalistycznych?

Będę mówił nie tylko jako biegły, ale też jako widz. Wiemy o tym, że to jest fabuła i to musi być atrakcyjne. Pierwsza rzecz, która uderza w oczy, to jest to, że laboratorium nie jest tym samym miejscem, gdzie pracują policjanci, którzy zatrzymują podejrzanego. Z drugiej strony wiele ciekawych informacji na temat badania śladów jest w takich filmach przemycanych w sposób atrakcyjniejszy i efektowniejszy. Często są pokazywane pewne elementy, w przypadku których my nie mamy takich możliwości. Skutek jest taki sam, tylko po drodze może to inaczej wygląda. Chociażby przeszukiwanie jakichś baz. Tam najczęściej wychodzi od razu na kolorowo – zdjęcie, wręcz numer buta itd. W rzeczywistości  trwa to trochę dłużej, wiele rzeczy musimy zweryfikować. Te systemy ogólnie są tylko narzędziem pomocniczym. Wyszukują z dużym prawdopodobieństwem, ale człowiek i tak musi to zweryfikować. Ja bym nie potępiał tych seriali i filmów kryminalnych. Po pierwsze są atrakcyjne, po drugie wiele jest w nich przypadków bardzo ciekawych. Wiadomo, że u nas to wygląda inaczej. Ja zawsze podaję przykład, że my jesteśmy lepsi niż ci z seriali. Gdyż czasami widzimy scenę, gdzie rozkłada się jakieś namioty, ktoś tam ujawnia na zwłokach ślady daktyloskopijne za pomocą specjalistycznego sprzętu i jest ta cała otoczka. A my to samo możemy zrobić mając tylko worek foliowy, klej cjanoakrylowy z kiosku za 5 złotych i  troszkę ciepłej wody. Też w ten sposób ujawnimy ślady, jak ci z CSI. W kolorze i efektownie. Wiadomo, że film to jest fikcja połączona z realiami, i o tym trzeba pamiętać. Ale nie skreślałbym całkiem tego typu produkcji. Gdyby podchodzić do tego aż tak sceptycznie, to nie powinniśmy też czytać kryminałów.

Co z anonimami? Jest satysfakcja, kiedy przypuszczenia co do profilu osoby, zgadzają się ze stanem faktycznym?

Z anonimami to jest dość ciężka sprawa. Rzadko to robimy, to są wyjątkowe sytuacje. Chociażby, kiedy ktoś grozi podłożeniem materiałów wybuchowych. Zdarzyło się, że określiliśmy sprawcę jako młodego człowieka w granicach 18-20 lat.  Przyjmowaliśmy, że to maturzysta, albo student pierwszego roku na politechnice, interesujący się tym tematem. A po zatrzymaniu okazuje się, że jest to 17-latek, który chodzi do szkoły technicznej, interesuje się tym od dawna. Praktycznie wszystko się zgadzało. Wtedy wiadomo, że jest satysfakcja. Chociaż zdarzają się też sprawy, które pomimo naszej pracy i tak nie posuwają się do przodu. Kiedyś badałem taki przypadek, gdy ktoś po 10 latach od zabójstwa pisał do policjantów, twierdząc, że był świadkiem tego zabójstwa. Wtedy mogłem tylko określić, że jest to osoba wykształcona, która nauczyła się pisać tuż po wojnie, czyli wówczas około  60-letnia. Ale te nasze działania i tak nie posunęły sprawy do przodu. To są jednak niezwykle rzadko wykonywane badania. Najczęściej jest to ta klasyczna identyfikacja, czy dana osoba coś napisała lub podpisała.

Słyszałam, że będzie Pan pracował przy analizie teczek Bolka?

Niestety, nic mi o tym nie wiadomo.

Czyli to widocznie plotki. Niemniej jednak ma Pan jakieś przemyślenia na ten temat? Ile może zająć badanie tych dokumentów?

Jest to spore zadanie. Tutaj klucz tkwi w odpowiednim materiale porównawczym. Gdy ta sprawa stała się głośna, to nagle wszyscy politycy stali się ekspertami od badania pisma i zestawiali współczesne podpisy Lecha Wałęsy choćby z tymi na książkach sprzed lat. Jest to kompletnie bez sensu. Na pewno muszą to być obszerne zapisy, wykonane w latach 70. Pokazujące, jak Lech Wałęsa pisał w tamtych czasach. Wtedy będzie można mówić o jakimś rzetelnym badaniu i będzie można wydać opinię kategoryczną. Jest też inna kwestia. On był wtedy prostym robotnikiem, więc równie dobrze z treści można by było wywnioskować, czy ich autorem był on sam, czy oficer go prowadzący. Sprawa ciekawa, ale to wszystko kwestia odpowiedniego materiału porównawczego. Ja zakładam, że te dokumenty są autentyczne, jeżeli chodzi o czas wykonania, bo to stwierdził IPN na podstawie porównania z innymi dokumentami. Nie słyszałem jednak, żeby wykonali badania pod względem wieku papieru, czy wieku zapisu długopisowego. Po takim czasie jest to utrudnione, aby wykonać to w sposób kategoryczny. Póki co jest więcej znaków zapytania, niż faktycznych odpowiedzi.

Ile może potrwać badanie tych teczek?

Z wiadomości medialnych wiemy, że IPN miał zgromadzić jakieś dokumenty Lecha Wałęsy z lat 70. Jeżeli tylko ten materiał porównawczy będzie odpowiedni, to myślę, że to kwestia kilku miesięcy. Za około pół roku powinniśmy poznać prawdę. I myślę, że ta opinia powinna być kategoryczna.

Umiałby pan podrobić czyjś podpis? Celowo napisać coś tak, aby utrudnić identyfikację, mając doświadczenie i wiedzę w tym temacie?

Myślę, że tak. Gdybym się trochę nad tym zastanowił. W ogóle to jest rzecz, którą kiedyś się zajmowałem, pisząc pracę dyplomową. Tutaj mówimy o autofałszerstwie. Czyli ktoś składa podpis po to, aby ten podpis wykorzystać. Ale składa go tak, żeby za jakiś czas móc się go wyprzeć. Są wyjątkowe przypadki. Fałszerze uczą się jakby na nowo pisać. To znaczy widząc w aktach naszą analizę i to, które elementy ich pisma wzięliśmy pod uwagę, w przyszłości starają się unikać tych charakterystycznych cech. Ale to są jednostkowe przypadki. Jeżeli chodzi o mnie, to dla tego jednego podpisu, który miałby mi przynieść miliony, może udałoby mi się coś wymyślić (śmiech).

W życiu codziennym ocenia Pan ludzi po piśmie? Jest to skrzywienie zawodowe, czy stara się Pan powstrzymywać?

Nie, raczej nie oceniam. Są takie sytuacje, gdzie mimowolnie, patrząc na czyjeś notatki na spotkaniu redakcyjnym, zerkam w nie. Wszyscy siedzą i mają otwarte bruliony. Wtedy widać wiele na pierwszy rzut oka,  nie trzeba wielkiego doświadczenia. Nawet ktoś, kto nie zna się  na grafologii może zauważyć, że dana osoba jest bardziej poukładana, bo widać z daleka, że ta kartka ma w sobie taki porządek – początek, koniec, środek. Natomiast inna osoba robi to bardziej chaotycznie. Ten bałagan jest widoczny. Czasami zdarza mi się zerknąć i coś tam wywnioskować, ale nie zagłębiam się w to. Częściej mam przygody z weryfikacją podpisu, chociażby w banku. Pani stwierdza, że moje podpisy się różnią. Jednak, jeżeli ona szuka podpisu sprzed 6 lat, który ma na ekranie, to wiadomo, że one mogą być inne. Nie ma dwóch identycznych podpisów. Zawsze będą się czymś różnić. Sęk w tym, aby te różnice i tak sprowadzić do jednego mianownika.

 

 

 

 

 

 

 

 

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*