Dziewczyna na kominie

To na tym kominie skryła się przed gwałcicielem dziewczyna

Chodakowskie Zakłady Włókien Sztucznych „Chemitex” powstały w 1928 roku. Budowniczowie – na wzór wielkich fabryk włókienniczych w Łodzi – wznieśli monumentalne hale, nad którymi górowały potężne kominy.

Życie kilku pokoleń mieszkańców  powiatu sochaczewskiego  było – w taki czy inny sposób – związane z fabryką, w której zatrudniano kilka tysięcy osób, a praca trwała non stop na trzy zmiany.

Pod koniec lat 80. fabryka zaczęła podupadać, aby po transformacji ustrojowej na dobre zaprzestać swej pierwotnej produkcji i choć próbowano jeszcze z produkcją sznurków i innego asortymentu, to niestety upadek zakładu stał się nieunikniony.

Moja dzisiejsza opowieść opisuje wydarzenia, które miały miejsce właśnie w  tej fabryce.

Wiadomość, która otrzymaliśmy od dyżurnego jednostki, była dość nieprawdopodobna: – Na jednym z kominów w Chodakowskich zakładach znajduje się kobieta, która prawdopodobnie chce popełnić samobójstwo, skacząc z tego komina na ziemię.

 Szybko udaliśmy się na miejsce, i faktycznie, na znacznej wysokości na kominie znajdowała się kobieta. Jednak z jej zachowania wynikało raczej, że nie zamierza skakać, gdyż kurczowo trzymała się drabinki.

Przy pomocy strażaków delikatnie ściągnęliśmy kobietę z komina a ta, gdy tylko znalazła się na ziemi, od razu zemdlała i pogotowie zabrało ją do szpitala.

Sprawa w zasadzie dla nas się zakończyła. Tak przynajmniej sądziliśmy i tu się okazało, że myliliśmy się bardzo.

Następnego dnia poproszono kryminalnych, aby przyjechali do szpitala i tam – w rozmowie z ordynatorem oddziału, na którym leżała kobieta – usłyszeliśmy informację, która nas dosłownie zamurowała.

Zmiana na przędzalni, gdzie zatrudniona była ta dziewczyna, kończyła się o godzinie 22:00 i wtedy grupy pracujących tam kobiet szybko udawały się na ostatnie autobusy lub korzystały z własnego transportu, aby dotrzeć do domów.  Po zakończeniu zmiany również ta kobieta opuściła przędzalnię. Tak się złożyło, że szła sama i była ostatnią pracownicą opuszczającą budynek. W momencie, gdy przechodziła obok rosnących przy parkanie drzew, jakiś mężczyzna zaatakował ją i zaciągnął w ciemne, nieoświetlone miejsce. Tam doszło do zgwałcenia.

To, co nastąpiło potem, spowodowało właśnie nasze zaskoczenie. Gwałciciel doszedł do wniosku, że kobieta może go rozpoznać, a to spowodowałoby nie tylko odsiadkę w wiezieniu za popełniony czyn, ale również reperkusje ze strony współwięźniów i wstyd w rodzinie. Zatem dziewczyna musiała  zginąć. W tym miejscu należy dodać, że o ile gwałcenie poszło mu sprawnie, to jednak zbrodnia była czymś, co sprawiło mu sporo kłopotów. W grę wchodziły najpospolitsze sposoby pozbawiania życia i w zasadzie skończyłoby się to tragedią, gdyby nie nagły intelektualny przebłysk  przestępcy. Wpadł on bowiem na genialny pomysł. Zabrał swoja ofiarę pod jeden z fabrycznych kominów i kazał jej na niego wchodzić. Dziewczyna nie bardzo chciała, ale gwałciciel siłą ją do tego zmusił i biedna kobieta zaczęła mozolnie – szczebel po szczeblu – pięła się w górę. Sprawca gwałtu ruszył za nią. Plan, jaki przyszedł mu do głowy, był twórczy. Kobieta, popełnia samobójstwo skacząc z komina.

Żaden lekarz nie stwierdziłby – podczas oględzin zwłok – niczego innego niż uszkodzenia spowodowane w wyniku upadku z dużej wysokości.

Tu jednak w planie niedoszłego zabójcy pojawił się problem. Kobieta weszła dość wysoko, ale za nic w świecie nie chciała sama skoczyć w dół. Natomiast gwałciciel cierpiał na lęk wysokości i po chwili – ze strachu, że spadnie – zaczął schodzić z komina. W szachach taka sytuacja, kiedy żadna ze stron nie może wykonać prawidłowego ruchu, nazywa się pat. Tak też było w tym przypadku. Gdy zaczęło świtać, mężczyzna uciekł a kobieta była tak przestraszona, że kurczowo trzymała się drabinki i bojąc się zejść.

Łapanie sprawców zgwałcenia, to była robota dla kryminalnych i solidnie zabraliśmy się do roboty. Po kilku dniach dowiedzieliśmy się, że przypadki zaczepiania kobiet a nawet próby napaści, już wcześniej miały miejsce na terenie fabryki, lecz jakoś nikt o ich nie zgłaszał. Poświęciliśmy wiele godzin na rozmowy z kobietami, którym przydarzyły się podobne przypadki i wytypowaliśmy ewentualnego sprawcę.

Po jego zatrzymaniu przeszukaliśmy dokładnie zabudowania tego mieszkańca podsochaczewskiej wsi i odnaleźliśmy tam dużo erotycznych gazetek. Był to mężczyzna wcześniej zatrudniony w chodakowskich zakładach na stanowisku konserwatora. Dokładnie znał każdy kącik fabryki, dzięki czemu mógł zrealizować swoje chore plany.

W trakcie prowadzonego śledztwa przyznał się do dokonania zgwałcenia, natomiast upierał się, że nie zamierzał pozbawiać życia poszkodowanej dziewczyny.

Analizując tę sprawę z perspektywy czasu, odnoszę wrażenie, że tylko lęk sprawcy przed wysokością uratował kobiecie życie, bo zbrodnia byłaby prawie doskonała.

Ireneusz Kisiołek

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*