Błędy młodości

Podobno nauka nie idzie w las, tylko w nas. Niestety, nie wszyscy wyciągają wnioski z lekcji, jakie daje nam życie. Kiedyś, gdy byłem jeszcze policjantem, dałem komuś szansę. Chłopakowi, który pobłądził.

Miał dopiero siedemnaście lat i życie przed sobą. Nie posłałem go za kraty. To było dawno temu. Na moje biurko spłynęła nietypowa sprawa. Nietypowa, jak na dzikie czasy z lat 90. Nikt do nikogo nie strzelał, nie napadł, nie okradł a więc w ówczesnych gliniarskich realiach, bzdet. Tylko, że ten „bzdet” śmiertelnie przeraził pewne młode małżeństwo, spodziewające się właśnie dziecka.

To był list. Anonim z żądaniem okupu i groźbami, co się stanie, jeśli tego okupu nie zapłacą. Pracowicie wycięte literki z różnych gazet, naklejone pieczołowicie na kartkę, groziły śmiercią w razie odmowy zapłacenia okupu. Młodzi ludzie wpadli w panikę. I tak los nas zetknął. Sprawa wydawała się z gatunku tych beznadziejnych. Zapowiadało się ślęczenie na zasadzkach i niezwykle trudna do zrealizowania sprawa zatrzymania sprawców na gorącym uczynku, w miejscu przekazania okupu. Tylko, jak tu się ukryć na klatce schodowej typowego miejskiego „mrówkowca”, bo tam nieznany szantażysta wyznaczył miejsce przekazania pieniędzy?  Ale do przekazania nie doszło.

Jednak szybko udało mi się ustalić sprawcę. Wbrew pozorom, nie było to zbyt trudne. Jak mawiał mój naczelnik – stary glina, wszystkie rozwiązane sprawy są proste. Nierozwiązane pozostają dlatego nierozwiązane, że doszukujemy się niezwykłych teorii, zamiast szukać blisko. Pies tropiący, również szuka śladów zataczając kręgi wokół miejsca zdarzenia. Zaczyna praktycznie w punkcie „zero”, jeśli niczego nie znajdzie, zatacza coraz szersze kręgi aż trafi na ślad i dopiero wtedy nim podąża. Tak samo jest z wykrywaniem spraw. Zawsze trzeba zacząć poszukiwania od tego, co mamy pod nosem, analizować znalezione ślady i dopiero później budować wersje śledcze. Oczywiście, dla młodego gliniarza niezwykle atrakcyjnie brzmi teoria, że za danym przestępstwem stoi wielka i zorganizowana grupa przestępcza o nieznanej sile i koneksjach, naprzeciw której los postawił właśnie nas. Oczyma wyobraźni widzimy pościgi i strzelaniny, z których wychodzimy w glorii pogromcy mafii. Zaś teoria, że za przestępstwem może stać amator, z góry wydaje się nam tak nieatrakcyjna, że najchętniej zarzucamy ją w kąt.

W tej sprawie zastanowiły mnie dwie rzeczy. Anonim, fachowo sporządzony z powycinanych gazetowych liter naklejonych na czystą kartkę, został znaleziony na wycieraczce mieszkania młodego małżeństwa. Adresaci nie byli majętnymi ludźmi, zwykli zjadacze chleba mieszkający w komunalnym, dziesięciopiętrowym molochu, na ludnym osiedlu składającym się z takich samych wielkich pudeł. Z długimi korytarzami ze ścianami w równym rytmie poprzecinanych wejściami do takich samych mieszkań. Dlaczego sprawca zostawił list akurat pod tymi, a nie innymi drzwiami? Dlaczego nie w skrzynce na listy? Tak wysoko? I z dala od bezpiecznej windy dającej w razie „nakrycia” możliwość szybkiej ucieczki? Odpowiedź była banalnie prosta. Bo mieszkał akurat na tym piętrze. Zadałem sobie trud sprawdzenia, i wyszło, że sąsiad pokrzywdzonych kumpluje się z małolatami, dobrze znanymi wydziałowi do spraw nieletnich miejscowego komisariatu.

 Próba wymuszenia haraczu to poważne przestępstwo. Wytypowany przeze mnie sprawca był nieletni, ale mógłby już odpowiadać jako dorosły. Gdybym podszedł do sprawy formalnie – zgodnie z procedurami – mogłoby się to zakończyć dla szantażysty co najmniej aresztem, wyrokiem, a co za tym idzie wylaniem ze szkoły, czyli ogólnie mówiąc spapranym u zarania życiorysem. Wtedy raczej na pewno wybrałby przestępczą karierę. A może warto podać mu rękę? Sprawić, by mógł naprawić błąd?

Odbyliśmy długą, męską rozmowę. Przyznał się do winy. Okazało się, że przeczytał gdzieś artykuł o podobnej sprawie i postanowił skopiować zachowania bohatera reportażu. Uznał, że to prosty sposób, aby się wzbogacić. Nie chciał nikomu robić krzywdy, liczył na to, że sąsiad wystraszy się i sypnie kasą. Zawarłem z nim układ. Ma przeprosić sąsiadów. A ja go nie zamknę. Wywiązał się ze swojej części umowy. Miał w sobie na tyle dużo odwagi cywilnej, że stanął oko w oko ze swoimi niedoszłymi ofiarami. Poinformował mnie o tym rozanielony pokrzywdzony, który opowiadał, że chłopak zmienił się diametralnie. Nie pozostało mi nic innego, jak wywiązać się ze swojej części paktu. Sporządziłem dwie notatki. Jedną tajną, do swojej operacyjnej sprawy, w której opisałem krok po kroku wszelkie wykonane czynności i ich wynik. Drugą urzędową, na potrzeby „dochodzeniówki”, w której informowałem, że w tej sprawie, mimo szeregu podjętych czynności nie udało mi się zebrać wystarczających dowodów, pozwalających na ustalenie sprawcy i postawienie mu zarzutów.

 I to mógłby być koniec tej historii z pouczającym morałem, historii, w której wszyscy żyli długo i szczęśliwie. Ale tak nie jest.

 Po latach postanowiłem sprawdzić, jak sobie ten chłopak – dziś już dojrzały mężczyzna – radzi. Czy skorzystał z danej mu szansy? Poszedłem do mieszkania, w którym nadal mieszka jego matka: Chciałem spotkać się z pani synem, porozmawiać.

– Ale o czym? – dopytywała się, czujna jak lwica broniąca młodych.

–  O starej sprawie, w którą kiedyś pani syn się zaplątał.

– A o tym – kobieta machnęła lekceważąco ręką To nie ma o czym mówić. Czy warto odkopywać takie stare rzeczy? Czy trzeba wypominać, że ktoś kiedyś popełnił błąd?

– Może warto pokazać, że mimo błędów przeszłości można wyjść na ludzi? – nalegałem.

– Co w tym ciekawego? Źli ludzie pomówili go o kradzież samochodu, wziął winę na siebie, chciał chronić kolegów. I tyle – kobieta patrzy na mnie nieufnie.

 A ja już wiem, że jej syn nie skorzystał z szansy, jaką kiedyś otrzymał. Nauka poszła jednak w las.

Piotr Pochuro Matysiak

 

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*