Powrót za kraty nawróconego wampira

Józef W. – zwany „bestią z Gliwic” – został skazany za zabójstwo czterech osób na 25 lat pozbawienia wolności. Tamta zbrodnia miała miejsce  27 lutego 1992 roku w Gliwicach. Do dziś za nią powinien siedzieć za kratami. Jednak w lutym ubiegłego roku, dzięki warunkowemu zwolnieniu, znalazł się na wolności. Korzystał z niej na swój sposób. Potem, 13 sierpnia 2013 roku, uwięził w swoim mieszkaniu  na wiele godzin 21-letnią mężatkę, którą miał wielokrotnie zgwałcić. Kobieta została uwolniona przez swego męża. On trafił ponownie za więzienne mury. Jednak sąd w Gliwicach – bazując na opinii lekarza chorób wewnętrznych – uniewinnił go Jednak sąd w Gliwicach bazując na opinii lekarza chorób wewnętrznych uniewinnił go 19 wrześnie 2016 roku.

Poniżej nasz reportaż o Józefie W.  z 2013 roku 

Józef W. jest oskarżony o kilkakrotny gwałt na Magdzie M., grożenie jej pozbawieniem życia, oraz stosowanie wobec kobiety przemocy fizycznej.

– Nie zgwałciłem! – niemal wykrzykuje mi w areszcie śledczym w Gliwicach 52-letni Józef W. Ten szczupły, średniego wzrostu, wygadany mężczyzna o pogodnej twarzy, nie sprawia wrażenia zabójcy. Tym bardziej gwałciciela. Choć, jak sam przyznaje, od małego zajmował się włamywaniem i kradzieżami.

Wychowany przez ulicę

 – Pochodziłem z nizin społecznych – wspomina odległe lata. Ojca straciłem, gdy miałem parę lat. Matka mnie lała za byle co. Wychowywała mnie ulica, złodzieje i przestępcy. Nie wiedziałem, że kradzież to coś złego. Później były poprawczaki i wychowawcy, których wolę nie wspominać. Tacy, co to lali ile wlezie i nawet gorsze rzeczy z nami wyczyniali. No, i było ze mną coraz gorzej

Nie ogląda telewizji, gra za to w szachy i czyta: – Jeżeli mi tylko pozwolą – dodaje.

Lubi pisać wiersze, aforyzmy. Jeden z wierszy wypisuje mi na kartce. Ułożył go  po wyroku za zamordowanie czterech osób:

„Wolność powraca wspomnień płatkami

I myśl, co chce uciec od winy

Jak ślimak niepewnie czułkami

Dotyka bolesnej przyczyny

I obraz okrucieństw rozmyty

Sumienie błagając w niebie

O prawość wciąż zabiega

Jak księżyc zabiega o ziemię.”

– Wziąłem te wszystkie cztery zabójstwa na siebie, o co prosił mnie wtedy kolega paser – twierdzi Józef W. I opowiada mi, jak rzekomo było. Tamtego wieczora – pod koniec lutego 1992 roku – siedział ze swoją żoną, Elą, w ich mieszkaniu. Kamienica, w której mieszkali, znajdowała się w pobliżu gliwickiego rynku.

– Był fajny zimowy wieczór, żona śpiewała, układaliśmy puzzle. I wtedy przyszedł do nich kolega paser –  wspomina – Razem się bawiliśmy, a potem kolega  wyszedł. Po chwili wrócił i krzyczy, żeby mu dać nóż, bo na dworze przy rynku jest bijatyka. Nie chciałem mu dać tego noża, bo wiedziałem, że ma ciężką rękę i może zabić. Ale, jak mu zabroniłem, to złapał z kuchni tłuczek, a ja pobiegłem za nim…

Okazało się, że na ulicy pomiędzy znajomymi Józefa W., paserami, i drobnymi złodziejaszkami z gliwickiego światka przestępczego, rozpoczęła się bójka. Ktoś komuś był coś winien.

 – Wyszedł na ulicę nawet mój sąsiad, który był mi winien wtedy ze sto tysięcy starych polskich złotych. Nie wiadomo było, kto rozpoczął całą tę awanturę.

– Pojawił się też tam Ś., były bokser, medalista, który był związany ze światkiem przestępczym w Gliwicach, i też coś chciał. Jedni do drugich mieli jakieś pretensje.  Mój kolega paser jednemu przyłożył na ulicy tłuczkiem, że aż tamten padł.

Potem awantura przeniosła się na Plac Mickiewicza, aby wrócić na ulicę Raciborską, do czyjegoś mieszkania. Tam  znalazło się kilka osób. Nigdzie na ulicy nie było policji. Nikt nie zgłaszał wówczas policji ulicznej bijatyki, która przetaczała się przez kilka ulic w centrum miasta.

Ocknął się wśród trupów

 – Na Raciborskiej znalazł się też mój kolega paser z tłuczkiem w dłoni – wspomina Józef W. – Był tam  ten bokser, i ciągle jedni do drugich mieli jakieś pretensje. I nagle, w rękach mego kolegi dojrzałem łom, taki z tępą końcówką i ostrzem z drugiej strony. Zawinięty w jakiś kocyk. Bokser chwycił wtedy za szpadel. Ktoś kogoś pchnął w tym mieszkaniu, no i paser podskoczył do boksera, ten szybko szpadel zamienił na siekierę, która znajdowała się w kuchni oparta o ścianę, i chciał obuchem uderzyć mego kolegę  w głowę. Krzyczał przy tym, że go zabije. No i wtedy ja ruszyłem na pomoc.

W tej kamienicy Józef W. ocknął się obok czterech trupów/ fot Roman Roessler

Józef W. nie przypomina sobie dokładnie, co się z nim wtedy działo: – Na pewno przyznaję się do jednego zabójstwa, i do tego, że tym obuchem uderzyłem boksera w głowę, a on padł. Ale potem  jakbym wpadł w jakiś bitewny szał.  Nie pamiętam z tego nic a nic, co się tam potem działo. Gdy się z tego ocknąłem, stałem, a obok mnie leżały trupy, w ręku trzymałem obuch.

Stanisław Żak, prokurator Prokuratury Gliwice – Wschód, dobrze przypomina sobie tamte zdarzenia z końca lutego 1992 roku: – To była prawdziwa jatka, gdy tam weszliśmy, to na ścianach mieszkania było pełno krwi. W katowickim instytucie medycyny sądowej zabrakło potem stołów, aby pomieścić za jednym razem wszystkie zwłoki. Sprawa była trudna, obciążali się wzajemnie, paser i Józef W. Śledztwo trwało, ale w końcu okazało się, że to W. zabijał. Dziś w tych pomieszczeniach przy ul. Raciborskiej mieści się jakaś firma, chyba związana z medycyną. Przypominam sobie jeszcze, że Józefa W. nie nazywano  jeszcze wówczas „Wampirem z Gliwic”, ale że pisano wtedy w gazetach o tamtej zbrodni jako o „Siekierezadzie”. 

– Mój kolega paser namawiał mnie wtedy, że mam całą winę wziąć na siebie, bo on ma rodzinę, a ja mu na to, że ja mam również żonę, córkę. Ale się w końcu zgodziłem, taki byłem głupi – wspomina Józef W. Uważa, że jego koledze udało się różnymi sztuczkami uniknąć takiej kary, jaka jego spotkała. – Obiecywał mi, że jak będę siedział, zadba o moją rodzinę. Ale kłamał.

Za zabójstwo czterech osób, Sąd Wojewódzki w Katowicach skazał Józefa W. na najwyższą wówczas karę – 25 lat pozbawienia wolności. Miał wyjść z więzienia dopiero w 2017 roku.

Włamywacz kombinator?

 Na kilka dni przed krwawą jatką w 1992 roku, był już poszukiwany za włamania.

 – Wpadłem na pomysł, aby z siebie zrobić wariata, by trafić do zakładu psychiatrycznego w Toszku – opowiada Więc w trakcie mszy wpadłem do kościoła wojskowego świętej Barbary w Gliwicach, na ołtarzu rozgniotłem cytrynę, ubliżałem wszystkim znajdującym się wkoło, groziłem i chciałem pić z mszalnego kielicha. No, ale się przeliczyłem, bo nie przyjechali po mnie z psychiatryka, ale pojawili się  policjanci.

– W aktach sprawy dotyczącej zamordowania tych czterech mężczyzn w 1992 roku, jest zeznanie ówczesnego proboszcza kościoła wojskowego św. Barbary w Gliwicach. Zeznawał o breweriach, jakie przed ołtarzem  wyczyniał Józef W., i jak groził wiernym nożem w kościele – wspomina prokurator Żak.

– Na kilka dni przed tamtym poczwórnym zabójstwem, poszukiwałem Józefa W. za różne rozboje – przypomina sobie komisarz Jacek Słomski, dziś rzecznik prasowy gliwickiej komendy policji. I w związku z tym mordem, którego dokonał Józef W., ja służbowo miałem go już wtedy z głowy. Inni z komendy przejęli wszystkie sprawy z nim związane. 

– Kradła ze mną nawet moja żona – dodaje w areszcie Józef W., opowiadając dalej swoją historię. Czy wiem, jak to jest włam „na zagwózdkę”? Nie wiem. On wyjaśnia. – Że się pod planowany włam, pod drzwi do mieszkania lub do willi, podkłada mały, niewidoczny dla nikogo postronnego gwoździk. I się sprawdza po czasie. Jak się gwoździk nie wyłamie, nie wygnie, to znaczy, że nikogo w domu nie ma i śmiało można robić włamsko – daje mi wykład z doliniarskiego fachu.

Kradli we dwoje z żoną i rozdawali innym. Taki niby Janosik był z niego?

– Nie Janosik! – uśmiecha się Bo Janosik rozdawał biednym, a myśmy z żoną rozdawali kumplom. A później, kiedy siedziałem, kumple o mnie zapomnieli. 

Przez te lata siedział w różnych miejscach. Wszędzie mieli  o nim dobre zdanie.

Kiedy byłem w Strzelcach Opolskich, to jako więzienny wolontariusz pracowałem w przedszkolu. Wiem, jak się obchodzić z dziećmi, mam przecież córkę. Wprawdzie żona – jak siedziałem – mówiła córce, że zmarłem, ale jednak… Znam się na budowlance, na początku lat 90. miałem zakład stolarski, ale splajtował. Wykonywałem w tym przedszkolu różne prace wokół ogrodzenia, kładłem płytki… Przedszkole to dzieci i kobiety. Jak mnie któraś z wychowawczyń zapytała, za co siedzę, nie wierzyły, kiedy odpowiadałem. Podobnie było w więzieniach w Jastrzębiu-Zdroju i w Raciborzu.

 Uwierzono w przemianę

W zakładzie karnym w Strzelcach Opolskich uwierzono, że się zmienił.

– Przez lata odsiadki dwanaście razy ubiegałem się o przedterminowe zwolnienie. Ze Strzelec Opolskich otrzymałem bardzo dobrą opinię. Tam również angażowałem się społecznie w różne prace, pomagałem innym więźniom, działałem w więziennym kółku kulturalnym i chociaż wygłupiłem się wtedy w Gliwicach, w tym kościele, to jestem przecież wierzący i modliłem się wraz z kapelanem więziennym.

– Postępowanie dyrektora zakładu karnego w Strzelcach Opolskich, było zgodne z procedurami, przez które musi przejść więzień, aby otrzymać przedterminowe zwolnienie – stwierdza  ppor. Katarzyna Idziorek, rzecznik prasowy dyrektora Okręgu Służby Więziennej w Opolu. – Również prognoza społeczno-kryminologiczna dotycząca Józefa W. była prawidłowa. Przez te wszystkie lata, które przesiedział w zakładach karnych, zachowywał się zawsze wzorowo i nic nie mogło wskazywać na to, aby po wyjściu z więzienia mógł popełnić podobne przestępstwo. Poza tym, lepiej jest zwolnić więźnia przed terminem, jeżeli sprawuje się on dobrze. Dlaczego? Otóż po odsiadce całego wyroku, więzień wychodzi na wolność i już nie ma nad nim żadnej kontroli; chyba, że coś znowu zbroi.

Gdy więźnia zwalnia się przed terminem, jeszcze przez lata ma nad sobą kuratora, który co miesiąc odwiedza go w jego miejscu zamieszkania i sprawdza. W przypadku Józefa W. przedterminowe zwolnienie – do odsiedzenia miał jeszcze cztery lata – pociągało za sobą aż dziesięcioletni, comiesięczny dozór nad nim.

– Tak naprawdę przy żadnym więźniu zwolnionym przed terminem, do końca nie wiadomo, co mu może po wyjściu na wolność strzelić do głowy! – wyjaśnia zawodowy kurator, który prosi o anonimowość. W przypadku Józefa W., w tamtych czasach, kiedy dostał wyrok 25 lat do odsiadki, a był to wtedy wyrok najwyższy, nie było jeszcze dożywocia. Z dożywocia trudniej jest wyjść na przedterminowe zwolnienie, dopiero po 25 latach można się po raz pierwszy ubiegać o nie. Dziś już mamy dożywocie, ale ustawodawca nie zlikwidował przedterminowych zwolnień. Dlaczego? Bo wierzy w resocjalizację! A to już zupełnie inna sprawa.

– Przy tamtej sprawie z 1992 roku, według opinii biegłych psychiatrów, Józef W. był socjopatą i charakteropatą – przypomina prokurator Stanisław Żak. – Ale, zgodnie z obowiązującym wtedy prawem, nie mógł do końca życia siedzieć za kratkami.

To sąd wydaje decyzję o warunkowym zwolnieniu.

– W opolskim sądzie byłem spokojny, opanowany – wspomina tamten dzień Józef W. – Tym bardziej, że już się zmieniłem. Już wiedziałem, co dobre a co złe. Wiedziałem też, że mam za sobą wsparcie ludzi z zakładu karnego, dyrekcji, nawet kapelana więziennego, który wiedział, jaką popełniłem zbrodnię i jakim byłem przed tym człowiekiem. Miałem za sobą ludzi, którzy mi uwierzyli. Ja jestem naprawdę dziś innym człowiekiem – dodaje, spoglądając mi prosto w oczy.

– Bardzo dobra opinia z zakładu karnego, psychologa i wychowawcy więziennego, były podstawą do orzeczenia wobec Józefa W. warunkowego zwolnienia, pomimo wcześniejszych 12 odmów – wyjaśnia Ewa Kossowska-Korniak z biura prasowego Sądu Okręgowego w Opolu.

Kiedy Józef W. starał się o przedterminowe zwolnienia, dotychczasowe opinie o nim były negatywne. W prognozie kryminologicznej, która brała pod uwagę charakter przestępstwa, którego się dopuścił, zaznaczano, że co do swej zbrodni nie wykazywał krytycyzmu. Ostatnio miało się to jednak zmienić i zdaniem wychowawcy okazywał skruchę wobec swych czterech zabójstw, których dokonał w 1992 roku.

Zrobiło się fajnie

 Po zwolnieniu warunkowym, spotykał się ze swoim kuratorem regularnie. – Kurator nie miał do mnie żadnych obiekcji – twierdzi mężczyzna. Jako że zna się na budowlance, więc po wyjściu z więzienia złapał robotę, zresztą nie mógłby wyjść na warunkowe, gdyby nie miał zatrudnienia. – Malowałem mieszkania, kafelkowałem, wykładałem parkiet, robiłem to co w budownictwie. I zawsze miałem przy sobie z trzy, albo z pięć tysięcy złotych.

Jak mówi, te pieniądze go właśnie zgubiły: – Po warunkowym zwolnieniu otrzymałem mieszkanie przy ulicy Zabrskiej. No i w tym fatalnym dniu, 13 sierpnia 2013 roku, kolega zaprowadził mnie do swoich znajomych.  Tam też poznałem Magdę. Wszyscy siedzieli w mieszkaniu. Magda z kimś była, śmiała się, ogólnie było wesoło.

W Gliwicach-Sośnicy, gdzie Magda wraz z mężem mieszka u swej babci, nie mogę z nią rozmawiać.

– Nie chcę już na ten temat gadać! – wykrzykuje do swej babci, która zwraca się do mnie przez otwarte na parterze okno: – Zaraz ja zejdę i porozmawiamy,

I rozmawiamy przed blokiem na ławeczce, o tym, co się wydarzyło przy ul. Zabrskiej. – Niech się pan nie dziwi, że wnuczka nie chce rozmawiać na ten temat.

Nie dziwię się. Babcia opowiada, jak Magda w kamienicy przy Zabrskiej spotkała Józefa W.

– Wydawał się taki grzeczny, opowiadał wnuczce, jak należy wychowywać dzieci. Jak powinna wychowywać swoje, które właśnie idą do szkoły. Wsłuchiwał się w Magdę, co ona do niego mówi, gdy ta żaliła się, jak jej ciężko w życiu tak na bezrobociu. On słuchał, kiedy mu się przyznawała, że się właśnie trochę pokłóciła z mężem. Taki dobry, wyrozumiały wydawał się z niego człowiek

Józef W. raz jeszcze wraca do swoich pieniędzy:  – Wyciągnąłem z portfela plik, miałem chyba wtedy ze trzy tysiące złotych przy sobie. Zawsze stawiałem, no i tym razem też się ucieszono, że w towarzystwie znalazł się ktoś z forsą. Pobiegłem zaraz dla wszystkich po piwo na dół do sklepu. Kupiłem jeszcze papierosy i jedzenie. A potem żeśmy siedzieli i gadali. Ktoś tam proponował narkotyki. Ja jednak nigdy nie brałem – dodaje Józef W.

Twierdzi, że gdy Magda zobaczyła jego pieniądze, to wyraźnie się nim zainteresowała: Rozmawiałem z nią, żaliła się, że ciężko jej w życiu, ale co ma zrobić. Potem zaczęliśmy się rozchodzić. Powiedziałem, że mieszkam tu blisko, a ona na to, czy może ze mną pójść do mojego mieszkania. Nie sprzeciwiłem się, no i poszliśmy. Coś chyba mówiła o mężu. Wydzwaniała gdzieś ze swojej, a potem z mojej komórki. Opowiadałem jej, jak się siedzi w więzieniu. Czas płynął. Zadzwoniłem po pizzę. Zrobiło się fajnie. Poszedłem po piwo i od sąsiada pożyczyłem radio, aby coś grało w domu. Zaczęła tańczyć, a ja dołączyłem do niej. Zaczęliśmy z sobą flirtować. Później mnie goliła i się nawet śmiała, że mogłaby mi nawet gardło podciąć, a ja bym nie protestował. I ja się śmiałem z tego jej gadania. I zaczęliśmy się całować, rozbierać, przyduszać. I wtedy ona powiedziała nagle, że się źle czuje. Pojawiła się prezerwatywa, ale ja nie lubię z prezerwatywą…

– Ten człowiek rzucił się na Magdę – opowiada jej babcia Groził jej, że jak mu nie będzie uległa, to ją zabije. Tyle osób porąbał, to jedna więcej nic dla niego nie znaczy. Więził ją tyle godzin. Panie, jak tak można? To zwierzę!

 Dopadli go na schodach

 – Niewątpliwie ta młoda kobieta zgłosiła gwałt – mówi prokurator Joanna Smorczewska z Prokuratury Rejonowej Gliwice-Wschód – Śledztwo potwierdziło, że znaleziono na ciele kobiety DNA Jerzego W. Więził ją przez blisko dziewięć godzin, jak zeznawała. Przygniatał swym ciałem, zniewalał, dusił. Jak zeznawała kobieta, wygrażał jej i pokazywał nóż. Był brutalny.

Józef W. opowiada mi dalej swoją wersję: – Była w bieliźnie. Znowu zaczęliśmy rozmawiać, zrobiło się późno, sięgnęła do torebki i z saszetki wysypała proszek, narkotyki, wysypała je na stół i zaczęła dzielić, nie chciałem, wzięła je do piwa. Było już po osiemnastej. A potem chodziliśmy po moim mieszkaniu, które przygotowywałem do remontu, a ona opowiadała, w jakim kolorze pomalowałaby ściany, gdyby tutaj mieszkała. Coś zjadła i zaczęła gdzieś wydzwaniać ze swojej i z mojej komórki. Sporo połączeń wykonała z mojego telefonu. Ciągle gdzieś wydzwaniała. O 23:20 raz jeszcze dzwoniła do męża. Chyba z dwie minuty z nim rozmawiała, ale nie wiem, o czym mówili. Robiła się już północ, więc jej zaproponowałem, że zadzwonię po taryfę, żeby wróciła do domu, a ja przejdę się jeszcze do sklepu po kilka piw i papierosy. Czekałem na dole na taksówkę, ale stała tam już inna, więc pomyślałem, że nie będzie problemu z odwózką dziewczyny, i poszedłem po zakupy. Zamknąłem za sobą drzwi do mieszkania na klucz, gdyż Magda była w bieliźnie. Wracam, a taksówka stoi dalej. Gdy wchodziłem na schody, nagle wyskoczyło na mnie trzech, chyba byli w kominiarkach. Tak mnie lali, że straciłem przytomność.

– Nie pamiętam dokładnie, kiedy Magda dzwoniła do nas ze swej komórki – wspomina babcia – Ale to było bardzo późno, błagała w niej Grzegorza, żeby natychmiast przyjechali po nią na Zabrską, bo została porwana, zgwałcona i teraz ten typ wyszedł gdzieś i ona może zadzwonić. Dokładnie nie pamiętała numeru mieszkania, ale jak wbiegną na schody, będzie mocno waliła pięściami w drzwi, i trafią.

– Dopadliśmy tego człowieka jak wracał, było nas trzech – mówi Grzegorz, mąż Magdy – A dziwi się pan, żeśmy mu tak przywalili? Popamięta przynajmniej.

– Najgorsze było to, jak potem przyszli do naszego domu policjanci – wspomina dalej babcia Magdy zachowywali się wobec Magdy, jakby to ona była temu wszystkiemu winna. Byli wobec niej bardzo obcesowi. A jej oprawca pozostawał wolny.

Jacek Słomski, rzecznik gliwickiej policji, tak to wspomina:  – Józef W. był mocno poturbowany i wylądował w szpitalu. Nigdzie nie uciekał. Kiedy doszedł do siebie, wrócił do swego mieszkania. Wprawdzie nie stawiał się na wezwania, ale znajdował się pod naszą obserwacją.

– Ten człowiek przez kilkanaście dni nie dawał wnuczce spokoju, śledził ją, podchodził pod dom, wskakiwał za nią do autobusu. Chciał wywrzeć na nią jakąś presję – dalej żali się babcia Magdy.

– W końcu zatrzymaliśmy go w jego mieszkaniu – dodaje Słomski.

Józef  W. uważa, że oskarżenie o gwałt i napad na niego w sieni kamienicy, to zmowa Magdy i jej męża: By mnie okraść z pieniędzy. Gdy leżałem  nieprzytomny, zanim odjechali taksówką, to przez kilkanaście minut przeszukiwali moje mieszkanie, ale nic nie znaleźli, bo pieniądze miałem schowane pod papierami i gazetami koło piecyka.

– Dziwny jest człowiek z tego Józefa W. – zauważa mąż Magdy – W sądzie, potrafił raz mówić jak człowiek wykształcony, a potem nagle stawał się jakiś taki dziwny. Trudny do zrozumienia, jakby dwie różne osoby znajdowały się w nim jednym.

Józef W. przebywa w gliwickim areszcie śledczym / fot. archiwum AŚ Gliwice

Józef W. żali się mi w gliwickim areszcie śledczym: – Siedzę tu za coś, czego nie zrobiłem, i czekam na kolejną rozprawę. Jestem niewinny, na skraju wyczerpania psychicznego, już mi nerwy puszczają, pisałem gdzie się tylko dało. Zasypuję pismami samego sędziego, czy wie, co to są konkretne dowody, bo nic przeciwko mnie nie mają.  Ja tej kobiety nie gwałciłem. Pan wie, co to znaczy być oskarżonym o gwałt, i za gwałt wylądować w więzieniu? Nie chcę tego, to jest straszne!

Józef  W. wie co mówi, wszak w więzieniu spędził kawał życia. I pewnie dlatego tworzy właśnie swoje dzieło życia  –  „Więzienną Leksykopedię”. Niewykluczone, że na jej pisanie będzie miał wiele czasu.

Roman Roessler

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*