W Górach Sowich powiało grozą

Na początku czerwca 1966 roku, janowicki dom kultury wypełnił się dźwiękami muzyki. To tutaj – ku uciesze miejscowej młodzieży i kuracjuszy pobliskiego domu zdrojowego – organizowano dancingi. Zabawa trwała już w najlepsze, gdy do sali weszło czterech młodych mężczyzn. Niepostrzeżenie zajęli stolik w rogu sali. Mieli około 20 lat, i nikt wcześniej ich tu nie widział. Jako obcy, nieźle się prezentowali. Miejscowe dziewczęta zaczęły puszczać do nich oko.

 Po kilku tańcach dwie nastoletnie dziewczyny, Halinka Zając i Danuta Krawczyk, wyszły na zewnątrz zaczerpnąć powietrza. Za nimi podążyli dwaj obcy mężczyźni. Gdzieś około północy do sali wbiegła Danuta Krawczyk. Dziewczyna miała poszarpane ubranie, mętny wzrok, była roztrzęsiona. Podbiegła do swojej koleżanki Zofii Kozłowskiej i opowiedziała, co się stało. Razem z Halinką wyszły na ganek, żeby zaczerpnąć świeżego powietrza. Po chwili doszli do nich dwaj przystojni 20-latkowie. Przedstawili się jako Jurek i Andrzej. Zaprosili je na pierwsze piętro, gdzie częstowali  jakimiś nadzianymi słodyczami i papierosami. Po nich poczuły się dziwnie.

Dramat w graciarni

Wtedy mężczyźni chwycili dziewczyny pod ręce i zaciągnęli na strych. Tutaj stali się brutalni. Na siłę zaczęli się do nich dobierać. Nie reagowali na krzyki, rękoma zatykali im usta. Jurek, który zainteresował się Danutą, rzucił ją na stary tapczan i usiłował zgwałcić. Stary tapczan runął, oprawca i ofiara znaleźli się na podłodze. Wtedy Danuta wykorzystała okazję, uciekła na klatkę schodową, po drodze rozpaczliwe wołając ratunku. Halinka została na strychu. Siłą przetrzymywana  przez agresywnych bandziorów, nie miała szans na ucieczkę.

Dziewczyny postanowiły zgłosić całe zajście kierownikowi domu kultury. Chciały jak najszybciej ratować koleżankę. W tym samym momencie, rozległ się straszliwy hałas. Uczestnicy zabawy spostrzegli, jak przez otwarte okno drugiego piętra z przeraźliwym krzykiem wyskoczyła dziewczyna, i runęła na żywopłot. To była Halinka Zając. Stojący na zewnątrz natychmiast pobiegli na pomoc dziewczynie. Zawiadomili kierownika imprezy Jana Maleckiego, który natychmiast zawiadomił pogotowie ratunkowe, dziewczynę  okrył kocem. Zabawę zakończono.

Lekarz pogotowia ratunkowego stwierdził, że dziewczyna żyje, ale jest w bardzo ciężkim stanie. Natychmiast przewieziono ją na blok operacyjny. Niezwłocznie zaalarmowano miejscowy posterunek milicji. Na miejscu milicjanci mieli ciężkie zadanie. Ludzie, podchmieleni podawali różne wersje wydarzenia. Tak naprawdę nikt nie mógł wskazać przyczyny tragicznego skoku. W tym zamieszaniu czterej nieznani mężczyźni niezauważeni zniknęli.

Komendant posterunku, starszy sierżant Błażej Diuk, jeszcze tej nocy powiadomił o zdarzeniu oficera dyżurnego porucznika Bolesława Kujawę, który wydał polecenie, aby własnymi siłami zabezpieczyć miejsce zdarzenia tak, aby nie zacierano śladów. Danuta Krawczyk i Zofia Kozłowska bały się nagłośnienia sprawy i reakcji rodziców. Całe zajście zachowały w tajemnicy. Następnego dnia trafiły w ręce służby kryminalnej.

– W niedzielę rano nawiązałem kontakt z doktorem Tadeuszem Rolskim i dowiedziałem się, że pacjentka znajduje się pod działaniem środków psychotropowych – wspomina naczelnik wydziału kryminalnego Stanisław Bryndza – W związku z tym nie ma szans na jej przesłuchanie. Poprosiłem, aby biegły lekarz sądowy dokonał oględzin ciała i sporządził protokół.

Ucieczka przed gwałtem

 Ekipa dochodzeniowo-śledcza wraz z kapitanem Bryndzą pojechała na miejsce przestępstwa. Naczelnik osobiście przyjął raport miejscowego komendanta. Przystąpiono do oględzin miejsca zdarzenia. W teren wysłano funkcjonariuszy, którzy mieli za zadaniem ustalenie i przesłuchanie ewentualnych świadków zajścia.

Na strychu zabezpieczono ślady walki, rozwaloną kanapę, poprzewracane krzesła. Na oparciach mebli liczne ślady odcisków palców nadających się do identyfikacji. Na podłodze walały się część intymnej garderoby damskiej. Przy oknie, na oparciu krzesła, śledczy zabezpieczyli pęczek wyrwanych włosów wraz z cebulkami. Pod oknem rozległa plama krwi, na daszku, zgięta rynna. W gęstym, krótko strzyżonym żywopłocie, który znacznie z amortyzował upadek, znaleziono damski prawy but.

Śledczy przesłuchali świadków, wśród nich Danutę Kowalczyk i Zofię Kozłowską. Dziewczyny podały szczegółowy rysopis czterech młodych mężczyzn biorących udział w zabawie. Również dokładnie opisały napastników. Szybko udało się ustalić, że nie byli mieszkańcami Janowic, ani też pobliskich miejscowości. Dziewczętom podali niby swoje imiona, Jurek i Andrzej. W odniesieniu do nich zebrano dowody popełnienia przestępstwa – usiłowania dokonania gwałtu ze szczególnym okrucieństwem. Kwalifikacja prawna czynu mogła się zmienić w zależności od zeznania poszkodowanej nastolatki i lekarskich oględzin ciała

– Osobiście przeprowadziłem rozmowę z rodzicami Haliny, Marią i Józefem Zając. Byli wstrząśnięci tym, co się stało. Nie mogli uwierzyć, że ktoś chciał skrzywdzić ich córkę. Wzorowa uczennica, zawsze uśmiechnięta, uczynna, nigdy nie sprawiająca problemów wychowawczych. Zapewniłem, że dołożymy wszelkich starań, aby sprawiedliwości stało się zadość. Zaoferowałem również pomoc w postaci podwiezienia samochodem do szpitala. W tym celu podałem moją służbową wizytówkę z numerem telefonu – opowiada naczelnik Bryndza – Po trzech dniach śledztwa zadzwonił doktor Rolski z dobrą nowiną.  Otrzymałem zgodę na widzenie, by przesłuchać poszkodowaną.

W pewnym sensie Halina potwierdziła zeznanie swojej koleżanki. Jednak dodała, że gdy Danusia uciekła, rozjuszeni napastnicy rzucili się na nią. Powalili na podłogę i zaczęli zdzierać z niej bieliznę. Usiłowali ją zgwałcić. Broniła się ze wszystkich sił, gryzła kopała, krzyczała, wzywając pomocy. Z każdą minutą słabła. Niestety muzyka ją zagłuszała. W tej sytuacji pomyślała, że ma jedną drogę ratunku. Musi jakoś uwolnić się i wyskoczyć z otwartego okna. Tak też uczyniła. Co było dalej, nie pamięta. Odzyskała przytomność dopiero w szpitalu.

Marszałek w szpitalu

Sprawa nabrała kolorów, kiedy na parking szpitalny wjechały trzy czarne rządowe limuzyny z warszawską rejestracją. Z citroenów wyskoczyli borowcy i podążyli na dyżurkę, przedstawili się i poprosili o kontakt z ordynatorem oddziału chirurgicznego. Z głównej limuzyny wysiadł elegancki mężczyzna w średnim wieku, a za nim rodzice Halinki. Borowcy przedstawili doktorowi Tadeuszowi Rolskiemu gościa – posła, marszałka sejmu Czesława Wycecha, oraz rodziców pacjentki. Marszałek Wycech serdecznie się przywitał z doktorem i oznajmił, że wizyta ma charakter nieoficjalny. Odwiedziny miały typowo rodzinny charakter, Halinka zapłakana przytuliła się do swojego wujka, ten nie wypuszczał jej z rąk, głaskał i pocieszał. Borowcy wynieśli się na korytarz. Wizyta trwała prawie godzinę. Pielęgniarki podsłuchały, że ich pacjentka do marszałka sejmu zwracała się per wujku. W szpitalu nastąpiła pełna mobilizacja.

 – Jakież było moje zdziwienie, kiedy podjąłem słuchawkę swojego telefonu i usłyszałem przedstawiającego się borowca, który upewniwszy się, że połączył się z właściwą osobą, w imieniu marszałka Czesława Wycecha zaprosił mnie na spotkanie w rodzinnym domu Zająców – wspomina kapitan Bryndza – Spotkanie przebiegało w serdecznej atmosferze. Byłem mile zaskoczony, że ludzie tak wysoko postawieni potrafią się zachowywać skromnie i serdecznie. Na zakończenie marszałek podziękował mi za wykazaną opiekę nad jego rodziną, i zwrócił się wprost – „chłopcze, musicie tych złoczyńców ująć, aby nie skrzywdzili innych dziewcząt”.

 Nastąpił alarm w środowisku kryminalnym. Rysopisy sprawców trafiły do środowiska prostytutek, meliniarzy, do personelu nocnych lokali gastronomicznych, i ma się rozumieć do wszystkich funkcjonariuszy milicji. Zgodnie z zasadami kryminalnej współpracy – na tutejszym terenie – z wywiadem wojskowym i WOP, portrety pamięciowe sprawców trafiły w ręce tych służb.

Bandyci w potrzasku

Była noc, w połowie czerwca w Karpnikach nieznani sprawcy dokonali zuchwałego włamania do geesowskiego sklepu wielobranżowego. Rozbili znajdujące się nad sklepem żarówki oświetleniowe, zerwali kłódki na okratowaniu. Dwóch młodych mężczyzn weszło do środka, a dwóch zostało na czatach. To wszystko obserwował ze swojego otwartego okna na drugim piętrze lokator domu stojącego naprzeciw sklepu. Ciężko chory, bał się reagować –  telefonu nie miał. Podał jednak rysopisy czterech sprawców, które były zgodne z poszukiwanymi gwałcicielami z Janowic. Te dwa zdarzenia zamykały się w Górach Sowich.

– Na miejscu włamania postanowiliśmy użyć psa tropiącego. Ten, energicznie obwąchał sklep i ruszył śladem sprawców. Po kilkudziesięciu metrach zatrzymał się, zaczął kluczyć, parskać i pocierać przednimi łapami nozdrze – wspomina naczelnik Bryndza – Przewodnik odkrył przyczynę, sprawcy zatarli swoje ślady, posypując je zmielonym pieprzem, którego nie brakowało w sklepie. Był to dla nas sygnał, że mają gdzieś niedaleko swoją melinę.

Zwróciliśmy się o pomoc do pobliskiego zakłady poprawczego w Jerzmanicach. Udostępniono nam wykaz wychowanków, którzy w okresie obu zdarzeń uciekli z zakładu. Było ich sporo. Krąg zawęziliśmy do 18 – 20-latków.

Wybrano karty wszystkich Jurków i Andrzejów. Obejrzano fotografie młodocianych, porównywano z rysopisami.

Pod koniec czerwca, w trybie alarmowym, Naczelnik Bryndza został wezwany na naradę do dowódcy jednostki pułkownika Józefa Glaicherta. Na wartowni czekał kapitan Tadeusz Szczerski. Cenną informację złożył szef zwiadu wojskowego, który stwierdził, że jest na tropie poszukiwanej przez służbę kryminalną czteroosobowej szajki bandyckiej. Tej samej, która jest podejrzana o gwałty, i włamania w Górach Sowich.

Kontakt z grupą nawiązali dwaj żołnierze, którzy wyszli na przepustkę. Udali się w kierunku lasu, gdzie spotkali dwóch młodych mężczyzn. Po wymianie uprzejmości, chłopcy zaproponowali żołnierzom wymianę. Potrzebowali pałatek, namiotu 4-osobowego, chleba, trochę konserw. W zamian dawali alkohol, czekoladę, papierosy, kawę i herbatę. Umówili się na spotkanie w tym samym miejscu w niedzielę o godzinie 13.00. Wymiana miała się odbyć w obozie podejrzanych. Żołnierze o całej sprawie zameldowali swojemu dowódcy. Ten niezwłocznie zwrócił się do szefa zwiadu wojskowego. Sporządzono rysopisy. Natychmiast zostały zweryfikowane ze sprawcami z Janowic. Jeden z żołnierzy, mających brać udział w spotkaniu, przestraszył się i odmówił dalszej współpracy.

 Biesiada ze zbójami

 – W sztabie zapadła decyzja, że zwiad wojskowy w całości przejmie dowodzenie operacją – podkreśla naczelnik – Miejsce żołnierza, który się wycofał, miał zająć jeden z nas. Pułkownik zaproponował, żebym to ja wystąpił w roli dublera. Miałem otrzymać mundur i być zakwaterowany w koszarach na czas akcji. Przewidzieliśmy, że możemy być pod obserwacją. Ustaliliśmy, że za pasem luźnego munduru będę miał swój pistolet. Po kolacji w wąskim gronie prześledziliśmy wojskowe mapy topograficzne, nanieśliśmy możliwy kierunek biwakowania bandziorów w Górach Sowich.

Decyzje zapadły – żadnej łączności radiowej. Pełne zaufanie do zwiadu wojskowego. Ustalono, żeby w miejscu biwakowania maksymalnie wydłużyć „koleżeńskie” spotkanie.

W razie dekonspiracji oddać kilka wystrzałów ostrzegawczych w powietrze. Wówczas zwiad przystąpi do penetracji bądź do ewentualnego pościgu. Chronić bezpieczeństwo własne i żołnierza, nie podejmować pościgu.

Jeszcze wieczorem przygotowano cztery pałatki, namiot „czwórkę”, oraz sześć bochenków chleba i kostkę smalcu.

Około godziny 11.30 „żołnierze” pojawili się na wartowni, gdzie po okazaniu przepustek wyszli w kierunku poligonu. Zaraz też podjęli kontrabandę, którą przerzucili przez płot ogrodzenia.

– Pół godziny wcześniej byliśmy na wyznaczonej polanie. O 13.00  pojawiły się sylwetki dwóch dobrze zbudowanych mężczyzn. Kazik upewnił mnie, że to oni. Spokojnie siadam na torbie z namiotem. Gdy byli na tyle blisko, aby przyjrzeć się ich twarzom, odetchnąłem. Nie spotkaliśmy się wcześniej – wspomina Stanisław Bryndza.

Szeregowy Kazik świetnie zagrał swoją rolę, na pytanie o nowego, wyrecytował jednym tchem wcześniej wyćwiczoną wersję. Nastąpił przegląd przyniesionego towaru.

– Dobra, o to chodziło, kupujemy – stwierdzili podejrzani, którzy jednak nie zabrali ze sobą swojego towaru. Cała czwórka ruszyła do kryjówki. Przez prawie godzinę kluczyli w lasach, ścieżkami, przeskakując przez leśne strumyki. Wreszcie niedaleko Szwajcarki, w załamie skalnym pojawiła się wielka pieczara, gdzie czekało dwóch pozostałych członków bandy.

– Przejąłem inicjatywę i zacząłem się domagać obiecanego towaru. Okazuje się, że byli na to przygotowani. W jednej dużej torbie znajdowało się około dziesięć półlitrówek wiśniówki i czystej „Perełki”. Pięć wagoników papierosów, około dziesięć paczek czekolady i słodycze. Poprosiliśmy o trochę więcej „Perełki” i zaklepaliśmy umowę – wspomina kapitan Bryndza – Zostaliśmy zaproszeni do pieczary.

Na prowizorycznym stoliku stał alkohol. Odkorkowano dwie butelki. Flaszki przechodziły z rąk do rąk. Wszyscy mówią sobie po imieniu. Jeden z gospodarzy, który miał nóż sprężynowy za pasem, przedstawił się jako Andrzej. Zgodnie z planem operacyjnym biesiada się przedłuża, dając czas zwiadowi wojskowemu.

Jeden z bandziorów upodobał sobie Kazika, pochodzili z tych samych stron. Kazik miał spust, nie odmawiał. Biesiada powoli dobiegała końca.

Uciekinierzy w pułapce

 – Opuściliśmy bezpiecznie grotę, i udaliśmy się w drogę powrotną. Gdy zeszliśmy nad leśny potok, zauważyliśmy wspinających się żołnierzy zwiadu. Było ich wielu, otaczali pieczarę – opowiada naczelnik Bryndza – Spotkaliśmy się z dowódcą zwiadu. Na gorąco przekazałem pełną informację o sytuacji panującej w pieczarze.

zdjecie-grupy-operacyjnej-zwiadu-wojskowego-z-kpt-bryndza
Zdjęcie grupy operacyjnej zwiadu wojskowego z kpt. Bryndzą/ fot archiwum autorki

Z każdą chwilą pierścień się zaciskał. W lornetkach zwiadu widoczna była zamaskowana pieczara. Wokół panował spokój. I wówczas jeden ze zwiadowców przeskakując przez górski potok, nadepnął na gałąź. Dźwięk podobny do wystrzału zaalarmował bandytów. Zaciekawieni wychodzili z kryjówki. Szef zwiadu dał sygnał do ataku. Widząc, co się dzieje, bandyci ruszyli do ucieczki, każdy w inną stronę. W kierunku naczelnika ruszył Andrzej. Szef zwiadu oddał kilka wystrzałów w powietrze. Po chwili na wyrobisku się zakotłowało. Andrzej został obezwładniony, rozbrojony i zakuty w kajdanki. W pościgu bezpośrednim zatrzymano kolejnego bandziora.

Niestety dalszych dwóch przerwało pierścień i uciekło w kierunku Gór Kaczawskich. Za nimi ruszyła grupa motocyklowa z psami. Akcja powiodła się, psy obronne wykonały swoje zadanie i powaliły uciekinierów na ziemię. Podejrzani zostali przewiezieni do komendy milicji, gdzie osadzeni zostali w areszcie tymczasowym – do dyspozycji prokuratora.

W pieczarze zapieczono  znaczną ilość towarów niewiadomego pochodzenia. Wystawiono wartę, do czasu przybycia ekipy służby kryminalnej z technikiem kryminalistyki. Zabezpieczone dowody rzeczowe zdeponowano w magazynie depozytów służby kryminalnej.

Okazało się, że cała czwórka to uciekinierzy z Zakładu Poprawczego w Jerzmanicach. Trzech ukończyło siedemnaście lat, a jeden osiemnaście. W przeszłości karani za bójki i napady rabunkowe z użyciem noży. Nie przyznali się do usiłowania dokonania gwałtu na dziewczętach na zabawie w Janowicach Wielkich. Zeznali, że nigdy w życiu nie byli w Janowicach Wielkich. Wyrazili wielkie zdziwienie, że coś takiego im się zarzuca. Natomiast dziuplę w Górach Sowich znaleźli przypadkowo, i postanowili urządzić w niej czasowy biwak.

W poniedziałek rano ze sprawą zapoznał się prokurator, który wobec podejrzanych zastosował areszt tymczasowy. Stwierdził, że podejrzani dokonywali przestępstw z pełnym rozpoznaniem szkodliwości społecznej czynu.

W toku prowadzonego śledztwa dokonano dyskretnego okazania podejrzanych wśród innych osób, przez lustro fenickie. Wszyscy zostali rozpoznani i wskazani jako sprawcy zarzucanych im czynów. Ekspertyzy daktyloskopijne tylko utwierdziły śledczych w podejrzeniach.

W toczącym się dwa miesiące śledztwie udowodniono dokonanie przestępstwa w Janowicach Wielkich, włamania do sklepu w Karpnikach, kilka napadów rabunkowych w Kowarach, i kilka  włamań do sklepów na obrzeżach Jeleniej Góry. Sprawcy, przyparci dowodami procesowymi, przyznali się do dokonania tych przestępstw bez wyrażenia skruchy.

Nie mogli sobie darować tego, że tak głupio wpadli, mając za sobą niezłe kryminalne doświadczenie. Temida nie miała wątpliwości co do winy sprawców, i zapadły surowe wyroki.

Justyna Bryndza – Bielewicz

 

 

 

 

 

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*