CZTEREJ PANCERNI I SAMOZWANIEC

W pierwszych dniach lipca 1967 roku Bielsk Podlaski obiegła elektryzująca wiadomość: przyjeżdżają czterej pancerni.  Podobna wiadomość spowodowała swego czasu w mieście Łodzi gigantyczne poruszenie. W gigantycznych korkach i nieprawdopodobnym ścisku, wśród 250 tysięcy łodzian, nieustraszona skądinąd załoga zmuszona była salwować się ucieczką pod silną eskortą Milicji Obywatelskiej. A i tak omal nie straciła raz na zawsze możliwości dokręcenia kolejnych odcinków swych przygód i w ogóle wykonywania jakiejkolwiek pracy.

Nic więc dziwnego, że w skromnym Bielsku Podlaskim, mieście tradycyjnie pozbawionym atrakcji kulturalnych, przyjazd aktorów stał się tematem dnia, a nawet poprzedzających tygodni. Tutejsze władze postanowiły, że impreza powinna się odbyć na stadionie, by jak największa liczba chętnych mogła wziąć w niej udział. Niestety, 6 lipca – w dniu spotkania – nadeszła przykra wiadomość: wypadek drogowy w drodze!

Jako drugi termin strony ustaliły 24 lipca. Tym razem żadna depesza nie nadeszła i kilkunastotysięczny tłum zamarł w oczekiwaniu. Po czym trwał przez długą chwilę, ale w osłupieniu, gdyż na boisko wyszło dwóch nikomu nieznanych facetów z psem. Już na pierwszy rzut oka widać było, iż żaden z nich nie jest Jankiem, Gustlikiem, Rudym ani nawet Marusią. Pewną niepewność wywołała osoba psa, bo wilczur był wprawdzie ładny i z mordy nawet podobny, ale tylko jako przedstawiciel gatunku. Po chwili rozterki, publika zaczęła się domagać swoich ulubieńców.

fot-3
Aktorzy grający w serialu byli wówczas idolami nie tylko dzieci

– Macie psa – skarcił widzów jeden z p.o. pancernych – powinien wam wystarczyć.

– Nie chcemy rozmawiać z psem, tylko z aktorami! – zawyły w odpowiedzi trybuny.

Część ugodowo nastawionej widowni, gotowa była jednak obejrzeć choćby program minimum: psie popisy. Niestety, wilczur nie wykazywał najmniejszej po temu ochoty i w ogóle zachowywał się arogancko.

W sposób niegodny Szarika  – jak to wytknął jeden z widzów starszego pokolenia.

Nic dziwnego, że wymiana uprzejmości między trybunami a boiskiem, osiągnęła takie natężenie, iż część widzów ruszyła z miejsc, niedwuznacznie wyrażając chęć natychmiastowego ukarania oszustów. Zmusiło ich to do (skądinąd bardzo sprawnej) rejterady.

Komendant-recenzent

Dodatkowego rozgłosu temu wydarzeniu nadała „Gazeta Białostocka”, publikując spory artykuł ze zdjęciem. Działacze kulturalni Bielska Podlaskiego, na których – jako wciąż obecnych na miejscu – spadały gromy wściekłych mieszkańców, zaczęli się zastanawiać, kto właściwie pokpił sprawę. Musieli przy tym nieopatrznie zaczepić milicję, gdyż odgryzł się komendant powiatowy MO, wystosowując takie oto pismo (fragmenty): „Mając na uwadze to, iż w zasadzie imprezę przygotowywał referat kultury, funkcjonariusze uważali ją za legalną. W tym miejscu dodać należy, iż wiele imprez artystycznych, absolutnie legalnych, jakie zorganizowano w Bielsku Podlaskim, stało na takim samym poziomie artystycznym jak ta, o którą chodzi w przedmiotowej sprawie, dlatego też nie bardzo zdziwiło nas to, iż impreza pt. Czterej Pancerni była niewypałem”.

Tak czy owak, oszuści opuścili Bielsk w pośpiechu, ale bez przeszkód. Z bezpiecznej odległości domagali się jeszcze od miasta zwrotu kosztów przejazdu (taksówką) „z” i „do” Warszawy. Oczywiście bez pożądanego skutku, a nawet z niepożądanym, gdyż zainteresowali sobą organy ścigania. I wtedy one przypomniały sobie o innych przekrętach, bo podlaska afera nie była jedyną w tym stylu.

Towarzystwo Kulturalne w Pile również dało się nabrać na podobną imprezę (i pięciotysięczną zaliczkę), o której aktorzy serialu w ogóle nie wiedzieli. Również pracownicy Domu Kultury Kolejarza w Tczewie rozwiesili plakaty o spotkaniu. Dwukrotnie: raz 6 lipca, a raz 24 lipca 1967 – swoją drogą, interesująca zbieżność dat. I tym razem bez wiedzy aktorów. Aby jednak uczynić zadość reporterskiemu obowiązkowi pisania prawdy i tylko prawdy, należy dodać, że więcej imprez dochodziło do skutku, niż nie dochodziło. Spiritus movens tego wszystkiego nazywał się, powiedzmy, Wojciech  Sadownik.

Od jednego do czterech

Na początku był tylko jeden pancerny: Roman Wilhelmi. Sadownik zadzwonił do niego do teatru, przedstawiając się jako „organizator spotkań aktorów ze społeczeństwem”. Wymienił przy tym tak wiele nazwisk znanych osób (nie tylko aktorów), którym urządzał podobne spotkania, że Wilhelmi zgodził się na spotkanie w kawiarni, aby omówić szczegóły.

Ten człowiek budził moje zaufanie – powiedział później sądowi – Widać było, że zna wiele osób z naszego środowiska.

Rzeczywiście, Sadownik przez pewien czas współpracował z powołanym do organizacji rozrywki dla mas, państwowym przedsiębiorstwem Estrada, działał w domach kultury i innych podobnych placówkach, poznając całkiem pokaźną grupę ludzi filmu, teatru, muzyki. Prawdziwych, nie żadnych celebrytów. Wprawdzie szybko się na nim poznawano w pracy, ale niektóre znajomości pozostawały i Sadownik potrafił je dyskontować: dzięki nim sięgał po dalsze. Gdy więc nasz – niekoniecznie pozytywny – bohater urządził już kilka spotkań Romanowi Wilhelmiemu, wykorzystał zasłyszaną od niego wiadomość o imprezie w Łodzi. Tej samej, na której omal nie uduszono aktorów. Niemniej Sadownik potrafił się przecisnąć do Wilhelmiego: – Romku, przedstaw mi swoich przyjaciół!

Tu dygresja. Sadownik bardzo łatwo przechodził z obiektem zainteresowania na „ty”, nie zwracając wcale uwagi, czy obiekt czuje się tym ukontentowany. Ze swych praw do pancernych nie zamierzał zrezygnować także na sali sądowej:

Sadownik: – Powyższą okoliczność z pewnością poświadczy Romek.

Sędzia przewodnicząca: – Sąd nie wie, kto to jest Romek.

Sadownik: – No, jak to kto?! Romek. Romek Wilhelmi.

Przewodnicząca: – Sąd nie jest po imieniu ze świadkiem Wilhelmim.

Wracając zaś do Łodzi: właśnie nastąpiło poznanie i Sadownik próbuje kuć żelazo póki gorące, ale spotyka się z chłodnym przyjęciem. Nie rezygnuje. Ma już jakieś adresy i telefony, teraz atakuje kierownika produkcji serialu, Jana Niteckiego. Potrafi go odnaleźć nawet w sanatorium. Producent godzi się na imprezy z udziałem całej lub prawie całej załogi czołgu, ale pod dwoma warunkami. Pierwszy – spotkania mają mieć „głębsze znaczenie”, a więc opowiadać o wierności, przyjaźni, męstwie, braterstwie broni. Drugi – z zaproszeniami muszą występować oficjalne instytucje, jak wydziały i domy kultury, organizacje społeczne itp. Aby zapewnić głębsze znaczenie, Nitecki sam pisze scenariusze. Sypią się zaproszenia od władz miejskich Jasła, Krosna, Cieszyna, Skoczowa, Sanoka… łącznie sześć. Oprócz tego na własną rękę organizował Sadownik płytsze imprezy z pojedynczymi pancernymi. I płytsze, i głębsze miały jedną cechę wspólną: organizowano je nielegalnie.

Samozwańczy impresario

Owszem, ówczesne prawo dopuszczało działalność prywatnych impresariów, ci jednak powinni się legitymować zezwoleniami, których szafarzem było Ministerstwo Kultury i właściwe terenowo Wydziały Kultury Wojewódzkich Rad Narodowych. Ponadto prywatni organizatorzy musieli mieć własne konta w PKO i dokonywać rozliczeń wyłącznie w formie bezgotówkowej. A Sadownik nic z tych rzeczy. Rozliczał się z rączki do rączki, najczęściej w samochodzie. Jak zatem omijał jasno brzmiące przepisy? Wybierał sobie jakąś niewielką miejscowość, zwykle miasto powiatowe, i na ręce kierownika wydziału kultury wysyłał list nagryzmolony ledwie czytelnymi kulfonami, mniej więcej taki: „Szanowny Panie Kierowniku!  Uprzejmie zawiadamiam, że 7-go lipca o 16:30 będziemy na spotkaniu artystycznym – autorsko-aktorskim, z artystą teatru „Ateneum” z W-wy, p. Romanem Wilhelmim, jednym z czterech bohaterów filmu „Czterej pancerni i pies”, dowódcą czołgu, por. Olgierdem Jaroszem. Spotkanie to prowadzę ja. Koszt 3 tys. zł, zwrot w jednym kierunku przejazdu pociągiem pospiesznym, kl. I dla dwóch osób, podatek 8 proc. Jesteśmy w nocy z 6 na 7. Wojciech Sadownik”.

Czterej Pancerni na zaprosznie lokalnych władz  odwiedzali wiele polskich miast
Czterej Pancerni na zaproszenie lokalnych władz odwiedzali wiele polskich miast

Tylko w Siemiatyczach i we Wschowej pismo Sadownika nie wywarło piorunującego wrażenia. Siemiatycze nie odpowiedziały, a Wschowa zażądała  okazania uprawnień. Poza tym Sadownik był traktowany z honorami. Gdy rozmowa zaczynała wkraczać na niebezpieczne tory zezwoleń, licencji, konta i podobnych atrybutów legalności, samozwańczy impresario wyciągał z kieszeni egzemplarze umów na wcześniejsze spotkania, wycinki z lokalnej prasy, zdjęcia ze znanymi ludźmi i co tam jeszcze. Atmosfera natychmiast się ocieplała, bo nietaktem byłoby pytać TAKIEGO człowieka o jakieś formalnostki. TAKI człowiek, który do sennego miasteczka sprowadzi czterech lub choćby tylko jednego pancernego, to niemal dobroczyńca na skalę całego powiatu (jeden pancerny był wtedy wart więcej niż teraz tysiąc egzemplarzy Dody). W dodatku nikt inny czegoś równie atrakcyjnego zaproponować nie potrafił.

?ód? 1970 r. Spotkanie bohaterów serialu telewizyjnego w re?yserii Konrada Na??ckiego "Czterech pancernych i pies". Nz. od lewej Roman Wilhelmi, Franciszek Pieczka, W?odzimierz Press, Janusz Gajos i pies. /bpt/ PAP/CAF - Witold Rozmys?owicz
Spotkanie w hali sportowej w Łodzi, gdzie na ulicach, na cześć Pancernych wiwatowało ćwierć miliona ludzi

– To była luka, w którą częściowo dzięki nam potrafił się wcisnąć hochsztapler – jak samokrytycznie zauważył podczas rozprawy sądowej reżyser „Czterech pancernych i psa”, świadek Konrad Nałęcki.

Zgrana załoga

Wierzyli zatem Sadownikowi nieszczęśni urzędnicy, przytłoczeni nazwiskami najsławniejszych w owym czasie Polaków (tylko Kloss ze „Stawki większej niż życie” im dorównywał). A sami ich nosiciele?

Jedni też uwierzyli atmosferze, jaką umiejętnie wytwarzał wokół siebie rzeczony hochsztapler, znanym nazwiskom, którymi hojnie szafował, umowom, zaproszeniom. Innym wprawdzie nie podobał się od pierwszego wejrzenia, ale skoro wobec nich wszystkich ze zobowiązań finansowych wywiązywał się co do złotówki…

Trzeba tu powiedzieć, że i przed sądem załoga czołgu o numerze taktycznym 102 tworzyła zgrany kolektyw. Jak jeden mąż pancerni zeznawali identycznie, mianowicie wszyscy razem i każdy z osobna zostali przez oskarżonego skołowani. I dalej też niemal słowo w słowo:

– Jak oskarżony wypłacał świadkowi pieniądze?

– Zawsze gotówką, z ręki do ręki, przeważnie w aucie.

– I świadka nie dziwiła taka forma rozliczeń?

– Z początku trochę tak. Ale stawki się zgadzały co do grosza. I podatek był już odliczony zgodnie z przepisami!

Jednak na krótko przed aresztowaniem Sadownika, wszyscy pancerni pozrywali z nim kontakty. Aresztowanie zaś miało miejsce w Zambrowie, gdzie nasz impresario pertraktował na temat kolejnej imprezy z cyklu „Czterej pancerni i pies”. Bez wiedzy ekipy filmowej.

Wzbudzał zaufanie

Gdyby Sadownik nie wziął się za pospolite oszustwa, prawdopodobnie uprawiałby swój proceder jeszcze długo i skutecznie – choć zapewne już bez pancernych – aby na koniec odpowiedzieć (a może nie?) przede wszystkim za działanie bez uprawnień. Przecież szkodliwe społecznie było tylko nielegalne urządzanie imprez, ale nie same imprezy. Tymczasem w akcie oskarżenia znalazło się aż 16 punktów, z których część prokuratura skreśliła na podstawie amnestii. Jednak zostały na przykład wyłudzenia: mieszkaniowo-telefoniczne (Sadownik na krótko wynajmował po ludziach mieszkania, korzystał z ich telefonów, nie lubiąc płacić) łącznie na ponad 5 tys. złotych; pożyczka 14,4 tysięcy, ani grosza spłaconego; od jednego taksówkarza na około 15 tysięcy, a od drugiego na 26 tysięcy złotych; pilska 5-tysięczna zaliczka.

Również fakt wcześniejszej (i to dwukrotnej) karalności za oszustwa i szalbierstwa (raz rok, raz dwa lata) wpłynął na wyrok: 4 lata więzienia i – ta kwota wydaje się do dziś śmieszną – 5 tysięcy grzywny.

Prawie już kończę, prawie, bo rozumiem, że Czytelnik chciałby się jeszcze dowiedzieć, jakim cudem można oszwabić dwóch taksówkarzy na aż 41 tysięcy (3 tysiące to była wtedy bardzo dobra pensja)? Dociekał tego i sąd. Mocniej trafiony taksiarz wyznał rozbrajająco:  – Jeździłem z nim po Polsce, płaciłem za niego hotele, telefony, obiady i kolacje. Ale, jak mogłem nie mieć zaufania do człowieka, który był na ty z porucznikiem Olgierdem Jaroszem?  

Piotr Ambroziewicz        

 

 

 

 

1 komentarz do CZTEREJ PANCERNI I SAMOZWANIEC

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*