MROCZNY SEKRET CHIMERY

To jedna z najbardziej tajemniczych i do tej pory nie wyjaśnionych spraw kryminalnych ostatnich lat. Konflikt o przedwojenną willę Chimera w podwarszawskim Milanówku, przeradza się w szereg nierozwiązanych zdarzeń. Najpierw znika bez śladu Elżbieta Drzewińska, po roku jej mąż Wiesław. Podejrzenia zostają skierowane na lokatora zajmującego parter willi, a sprawa dopiero nabiera tempa, gdy pod koniec 2011 roku do prokuratury zgłasza się świadek planowanej zbrodni.

 Przedwojenny budynek przy ul. Dębowej w Milanówku, to żadna willa, ale zwykły jednopiętrowy dom z cegły, bez balkonów, tarasów, narożników czy ozdób architektonicznych. Dom wymaga gruntownego remontu, ale działka, na której stoi, może stanowić łakomy kąsek, bo usadowiona w centrum Milanówka jest wiele warta.

Willa Chimera przy ul. Dębowej w Milanówku /fot David Dzich

Wszystko wskazuje na to, że zaginięcie obojga małżonków może mieć związek ze sporem o willę, którą w 1987 r. odziedziczyli po stryju ze Stanów Zjednoczonych. Elżbieta i Wiesław Drzewińscy zamieszkali z dwoma synami na piętrze w 1995 roku. Zaś parter – od 1980 roku – zajmował Piotr B., który otrzymał tam mieszkanie z gminy. Drzewińscy jako pełnoprawni właściciele starali się usunąć niechcianego lokatora, ale okazało się, że podważenie decyzji gminy nie było wcale proste. Eksmisja dla tutejszego urzędu miasta była trudną sprawą, samorządowcy tłumaczyli, że nie mają takiej władzy, a sprawę dodatkowo komplikował remont, który na swój koszt przeprowadził lokator, podwyższając tym samym standard lokalu.

Piotr B. chciał kupić od małżonków ten dom, jednak zaproponowana przez niego cena nie wchodziła w rachubę, bo była śmiesznie niska. Z czasem mieszkanie pod wspólnym dachem stało się zarzewiem coraz większych konfliktów, a sytuacja zaostrzyła się, kiedy Drzewińscy oświadczyli lokatorowi, że mają kupca na swoją posiadłość.

Bali się wychodzić domu

Kilku znajomych małżeństwa potwierdza, że Piotr B. był uciążliwym lokatorem. Lokator miał utrudniać im życie niemal na każdym kroku. Zakręcał wodę, śledził przychodzącą korespondencję, awanturował się. Miał nawet pobić i próbować rozjechać samochodem Drzewińską. Właściciel Chimery skarżył się, że jego rodzina boi się wychodzić z domu, dlatego kierował do prokuratury oskarżenia o znęcanie się i groźby. Te starania pozostawały bez echa, bo nie były poparte dowodami i prokuratura umarzała sprawy. Doszło w końcu do tego, że Drzewińska na dwa miesiące przed zaginięciem trafiła do szpitala. Zeznała, że Piotr B. zaatakował ją na schodach. Najpierw dusił, potem uderzył w głowę aż straciła przytomność. Obdukcja lekarska potwierdziła obrażenia, ale w tym przypadku sprawa też została umorzona, bo nie było dowodów, aby zrobił to B.

Po czasie, spór znany był już w całym Milanówku. Różne też były zdania na temat samych małżonków i ich lokatora. Ona od lat zajmowała się wychowywaniem synów i prowadzeniem domu. Postrzegana jako miła, spokojna i religijna osoba. Należała do tutejszego chóru oraz chodziła na spotkania Milanowskiego Uniwersytetu Trzeciego Wieku. On, emeryt, ale jeszcze udzielający się jako sekretarz Zrzeszenia Właścicieli Nieruchomości, zajmował się także zarządzaniem jednej z prywatnych warszawskich kamienic. Dla jednych miły, uprzejmy starszy pan, dla innych konfliktowy mężczyzna, który bezwzględnie rządził rodziną.

O Piotrze B. tutejsi boją się otwarcie mówić. Żonaty 63-latek, ojciec dwojga dzieci i człowiek, który nieźle radził sobie w życiu. Był właścicielem firmy transportowej oraz zajmował się handlem nieruchomościami.

Z pozoru nie wygląda na kogoś, kto mógłby zabić dla korzyści majątkowej. W sądzie odpowiada spokojnym tonem, bez oznak zdenerwowania. Jednak niektórzy ludzie z Milanówka mają o nim nie najlepsze zdanie: – Zawsze wzbudzał respekt, bo chodziły pogłoski, że zajmuje się podejrzanymi sprawami – opowiada jedna z mieszkanek, która boi się ujawnić nazwiska. – Zadawał się z podejrzanymi ludźmi, miał wiele znajomości, ludzie bali się z nim zaczynać jakieś spory. Z drugiej strony miał miłą powierzchowność, ale nikt do końca nie wie, co siedzi w człowieku.

 Wychodzi i znika bez śladu

Pierwsza ginie 60-letnia wówczas Drzewińska, gdy 8 października 2006 r. wychodzi z domu na próbę chóru, do kościoła św. Jadwigi Śląskiej.

Do przejścia ma wiadukt nad torami kolejowymi i kawałek ulicy. Droga do kościoła należy do ruchliwych ulic Milanówka, ale kobieta nie dociera na miejsce. Trzej świadkowie widzą za to jakąś kobietę wciąganą do samochodu, co ma zarejestrować jedna z kamer monitoringu miejskiego. Zeznają, że – na drodze do kościoła – obok idącej kobiety zatrzymał się samochód, wysiadł z niego mężczyzna, uderzył ją w twarz, wepchnął na tylne siedzenie i odjechał. Świadkowie mówią jednak o młodej kobiecie, natomiast Drzewińska jest już starszą panią. Nagranie monitoringu nie zostaje zabezpieczone, bo świadkowie zgłaszają się z tą informacją zbyt późno. Obraz – zgodnie z funkcjonowaniem monitoringu – jest automatycznie wyczyszczony po mniej więcej tygodniu od chwili zarejestrowania.

Jeszcze tego samego dnia, gdy Drzewińska długo nie wraca do domu, jej 66-letni mąż Wiesław oraz synowie 17-letni Wiktor i 15-letni Piotr, próbują dodzwonić się na jej komórkę, ale nie słyszą sygnału. Szukają jej sami, bez rezultatu. W końcu zgłaszają zaginięcie policji w Grodzisku Mazowieckim. Funkcjonariusze zaczynają rutynowe sprawdzania miejsc, w tym szpitali oraz pobliskich zabudowań na drodze, którą miała iść kobieta. Nic nie znajdują.

 Wskazała lokatora

Jedyny trop stanowi skrawek papieru, na którym widnieje stwierdzenie napisane przez zaginioną, że jeśli umrze lub zginie w wypadku w ciągu roku (od 26 września 2006 r.), to sprawcą jej śmierci będzie ich lokator. Ten osobliwy list znajdował się w książce telefonicznej. Dostarczył go policji Drzewiński. Podejrzewał on Piotra B. o porwanie żony.

W tym czasie ma miejsce rewizja mieszkania i piwnicy należących do Piotra B. Policja sprawdza też szambo. Wyszkolony policyjny pies szuka zwłok. Nic nie znajdują. Nie mają dowodu, że B. może mieć coś wspólnego ze zniknięciem kobiety. Sam B. oznajmia, że nic nie wie i dodaje, że rodzina Drzewińskiej nie okazuje zmartwienia jej zniknięciem. Ale mąż i synowie nadal szukają jej na własną rękę. Rozwieszają plakaty z wizerunkiem kobiety, udają się do lokalnego Radia Bogoria, które nadaje komunikaty ze szczegółowym opisem zaginionej.

Sprawy nie może też rozwikłać jasnowidz Krzysztof Jackowski. Kiedy przybywa do mieszkania Drzewińskich mówi, że w tym domu coś się stało i mieszkańcy dobrze o tym wiedzą? Nie umie podać konkretów, tylko wskazuje na drabinkę prowadzącą na strych, a potem na tereny działek położonych niedaleko Nadarzyna. Policjanci szukają we wskazanym miejscu, ale nic nie znajdują. Tak samo poproszona o pomoc wizjonerka nie umie podać konkretnych wskazówek.

Znika mąż zaginionej

Drzewińska nie wypłaciła z konta żadnej gotówki i nie przekroczyła granicy. Natomiast przy okazji przeszukiwania domu małżonków, policjanci ujawnili zamieszczone w komputerze pliki z pornografią dziecięcą. Drzewiński został zatrzymany i przesłuchany w tej sprawie, ale nie było podstaw do aresztowania – informował ówczesny komendant policji w Grodzisku Mazowieckim Krzysztof Krzyżanowski.

dzrewinski

Wspomniane pliki z pornografią dziecięcą, to zdjęcie roznegliżowanej dziewczyny. Prokurator z Grodziska Mazowieckiego stwierdziła, że panna wygląda na nieletnią, stąd podejrzenia skierowane na Drzewińskiego.

W końcu śledztwo z braku dowodów zostaje umorzone, ale Drzewiński nie poddaje się i śle skargi. Niestety w rok po zaginięciu żony znika i on sam. Dzieje się to 13 października 2007 roku. Na kuchennym stole zostawia lusterko i maszynkę do golenia. Dla synów jest to jednoznaczne z pośpiechem, z jakim wychodził, bo przybory do golenia zawsze po sobie chował. Zdarzało się też, że zostawiał synów na dwa, trzy dni, ale zawsze informował ich o tym – pozostawiając kartkę i pieniądze na jedzenie. Tym razem niczego nie zostawia, milczy jego telefon, również pieniądze z konta, na które wpływa emerytura nie są wyciągane. I znów mieszkanie Piotra B. zostaje przeszukane. Jednak ani tam, ani na posesji pies tropiący nic nie znajduje.

Komendant grodziskiej policji uważał sprawę za bardzo zagadkową. Rozpatrywane były różne wersje wydarzeń, nawet takie, że małżeństwo może się ukrywać przed problemami za granicą, nie wykluczano również porwania. Synowie małżonków nie dali wiary w celowe zniknięcie rodziców i zaprzeczyli, aby mieli oni jakieś kłopoty, ale policja wiedziała swoje.

 – Za zaginionym mężczyzną ciągną się sprawy sądowe, więc nie do końca jest prawdą, że małżeństwo nie miało kłopotów – mówił Krzysztof Krzyżanowski – Wraz z zaginięciem Elżbiety Drzewińskiej sprawdziliśmy wiele miejsc, jak szpitale, adresy bliższej i dalszej rodziny, wszystkie wcześniejsze adresy zamieszkania, sprawdziliśmy też czy kobieta nie przekroczyła granicy i czy nie przebywa w placówkach dla osób bezdomnych. Dwukrotnie sprawdzone zostały miejsca wskazane przez wizjonerkę i jasnowidza, cały czas analizujemy wszystkie sygnały o niezidentyfikowanych nieznanych osobach i zwłokach.

Synowie proszą ministra

Mąż Drzewińskiej wystąpił wcześniej w programie telewizyjnym „Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie”, a okoliczności zaginięcia kobiety opublikowały lokalne media oraz strony internetowe Fundacji ITAKA i policji. To też nic nie dało.

Zaginięcie Drzewińskiego zgłosił jego syn, w trzy dni po tym jak nie dał żadnego znaku życia. Wiadomo było tylko, że mężczyzna wyszedł z domu 13 października 2007 r. między godziną 9.00 a 14.00. Policja sprawdziła wiele miejsc, rozesłała telefonogramy, nadała komunikaty, ustaliła długi i sprawy karne mężczyzny. Na polecenie prokuratury policjanci znów przeszukali posesję w Milanówku a także posesję w Chełmie, która też należy do zaginionego. I nic.

W tej sprawie Komendant Stołeczny Policji powołuje – w październiku 2008 r. -specjalny zespół operacyjny, który ma rozwiązać zagadkę. Sprawa małżonków zostaje przedstawiona w programie „997”, ale o prowadzonych czynnościach operacyjnych policja nie chce za wiele mówić dla dobra śledztwa.

W  grudniu 2007 r. w rozwikłaniu zagadki pomaga Krzysztof Czuma, syn i asystent posła. Po jego interwencji grupa innych śledczych zajmuje się wyjaśnianiem sprawy.

Najpierw porwano moją matkę, rok później zaginął ojciec. Zamiast szukać porywaczy, skupiono się na wyjaśnianiu, czy rodzice nie sfingowali zniknięcia – powiedział dla TVP Info, Wiktor Drzewiński, syn zaginionych małżonków.

arch-rodzinne-eiw-drzewinscy

W 2009 roku dzieci Drzewińskich zgłaszają się do ówczesnego ministra sprawiedliwości Andrzeja Czumy. Uważają, że grodziska prokuratura popełniła błędy i dlatego śledztwo stanęło w martwym punkcie. Chodzi im m.in. o niezabezpieczenie wspomnianego nagrania z monitoringu.

 Sfingowana akcja

Po przyjrzeniu się sprawie Andrzej Czuma stwierdził między innymi: – Zeznania świadków zostały zlekceważone, bo pani prokurator uznała, że to drobiazg i ważniejsze stało się zeznanie nałogowego alkoholika, który mówił, że widział dwa tygodnie potem Drzewińskiego, który szedł ulicą, mając na głowie hełm wojenny.

W maju 2009 roku minister nakazał ponowne zbadanie sprawy, tym razem Prokuraturze Apelacyjnej w Łodzi. Trwają ustalenia, czy zdjęcie nagiej dziewczyny – znalezione w komputerze Drzewińskiego – nie zostało podrzucone przez Piotra B.

Niestety śledztwo znów zostało umorzone z braku dowodów. Dzieje się to w kwietniu 2011 roku. Tymczasem policja nadal pracuje nad wyjaśnieniem tajemnicy, choć Elżbieta i Wiesław Drzewińscy zostają uznani za zaginionych. Synowie doprowadzają do eksmisji Piotra B., któremu sąd nakazał opuszczenie mieszkania.

Wtedy do Wydziału Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Apelacyjnej w Warszawie zgłasza się świadek. Jest to były milicjant Andrzej J., który podaje się za znajomego Piotra B. Zeznaje, że to właśnie B. proponował mu zabicie (w 2006 r.) małżonków, a później (w 2011 r.) ich dzieci, ale nie przyjął zlecenia.

Prokuratura stosuje, więc fortel w postaci zaplanowanej z CBŚ akcji, aby upewnić się o prawdziwości zeznań. Andrzej J. spotyka się z Piotrem B., przyprowadza wspólników, którzy w rzeczywistości są podstawionymi agentami i mówi, że chcą przyjąć zlecenie. Okazuje się, że synowie małżonków mają zostać pozbawieni życia za 10 tysięcy euro. Piotr B. zamówił też u „agentów” broń automatyczną. Cała akcja zostaje nagrana, agenci – jako świadkowie incognito – mają zeznawać w tej sprawie pod koniec maja.

Zarzuty dla lokatora

Od momentu zgłoszenia się świadka, działania operacyjne trwały parę miesięcy. Wreszcie 8 listopada 2011 roku antyterroryści aresztowali Piotra B. w jego mieszkaniu, w Chimerze.

Podstawą dla sformułowania zarzutów są liczne zeznania świadków, w tym anonimowych oraz osób pokrzywdzonych, ekspertyzy kryminalistyczne i inny materiał dowodowy.

Akt oskarżenia, dotyczy popełnienia przez B. aż pięciu przestępstw.

Podejrzanemu zarzucono, że w latach 2005-2006 nakłaniał Andrzeja J. , aby pozbawił życia Elżbietę i Wiesława Drzewińskich.. Jednak Andrzej J. nie wyraził na to zgody. W lipcu 2011 roku, namawiał bezskutecznie Andrzeja J., żeby pozbawił życia Wiktora i Piotra, Drzewińskich.  Natomiast w sierpniu i wrześniu 2011 roku oferował kwotę 10 000 euro funkcjonariuszom CBŚ, aby wzięli udział w zabójstwie synów Drzewińskich.  Jednak zamierzonego celu nie osiągnął z uwagi na interwencję organów ścigania – wylicza prokurator i rzecznik prasowy Prokuratury Apelacyjnej w Warszawie Zbigniew Jaskólski.

Kolejne zarzuty, to chęć nabycia w sierpniu 2011 roku karabinka AK i karabinu SWD bez wymaganego zezwolenia. Oskarżony za sprzedaży broni oferował 1000 euro.  Tak samo w okresie do dnia 9 listopada 201l r. posiadał bez wymaganego prawem zezwolenia 3 sztuki amunicji do broni palnej tzw. „długiej”. Był to nabój karabinowy kaliber 6,5 mm x 55 mm produkcji szwedzkiej, nabój sztucerowy kaliber 308 winchester produkcji szwajcarskiej i nabój pośredni kaliber 5,56 mm. produkcji szwedzkiej.

Powyższe zarzuty zostały objęte skierowanym aktem oskarżenia. Cztery pierwsze zarzuty przedstawiono podejrzanemu w listopadzie 2011 r. po jego zatrzymaniu, piąty natomiast w dalszym toku śledztwa – dodaje Jaskólski.

Manipulacja wrogów

Piotr B. trafił do aresztu śledczego na warszawskim Mokotowie, czekając na proces, który rozpoczyna się na początku marca 2013 roku, o którego utajnienie starają się adwokaci oskarżonego. Nie zgodził się na to sąd. – Jawny proces chroni strony przed niejawnymi decyzjami, a informacja o przebiegu sprawy należy się społeczeństwu –  stwierdziła sędzia Anna Wierciszewska-Chojnowska.

Piotr B. nie przyznaje się do winy i tłumaczy, że cała sprawa jest zamierzoną manipulacją.

Mam zbyt silnie ustawionych wrogów, których celem jest zniszczenie mnie. W mojej opinii manipulowano dowodami i przesłuchano tylko świadków, którzy składali obciążające zeznania – powiedział przed sądem.

Dodał, że Andrzej Czuma i jego syn Krzysztof uknuli na niego spisek w porozumieniu ze świadkiem J. Jego zdaniem, to właśnie, J. chciał przejąć dom Drzewińskich, a po ich zaginięciu planował zabójstwo ich dzieci.

Jedynym zarzutem, do którego się przyznał, było nielegalne posiadanie amunicji. Zaznaczył też, że małżonkowie mogą żyć za granicą ukrywając się przed kłopotami z prawem oraz wierzycielami. On sam natomiast był z nimi w konflikcie, ale wszystko przez rozliczenia za koszty, jakie pochłonął przeprowadzony przez niego remont. Mówił, że chciał się wyprowadzić, ale nie mógł się dogadać z żadnym z małżonków.

Nagrania z wersalki

27 marca, podczas drugiej rozprawy, głównym świadkiem był Andrzej J. Oskarżony bronił się twierdząc, że to J. zmusił go do spotkania ze wskazanymi ludźmi i ustalił szczegóły przestępstwa, a jego zastraszał. Ponoć J. miał go straszyć gangsterem z Pruszkowa. Pytał też, dlaczego J. – jako były milicjant – przez tyle lat nie zgłosił się z tym do organów ścigania, ale sędzia Wierciszewska-Chojnowska zapyta oskarżonego  o to samo. Odpowiadał, że sam chciał zebrać dowody w formie nagrań obciążające Andrzeja J.

– Dlaczego nie nagrał pan rozmów ze „wspólnikami” Andrzeja J. – pyta sędzia, a B. odpowiada, że było to latem i nie miał gdzie ukryć dyktafonu. Tłumaczył, że poprzednie nagrania pozostały ukryte w innym domu w jednej z wersalek. Piotr  B. był współwłaścicielem tego budynku, ale został z niego usunięty. Tam też go okradziono, m.in. z łóżka, w którym były nagrania obciążające Andrzeja J.

Akt oskarżenia zostaje przedłużony do końca czerwca, natomiast w kwietniu odbyła się kolejna rozprawa. Oskarżony oznajmił, że zachowały się nagrania, które zawierają informacje o zniknięciu Drzewińskiej. Wszystko dzięki urządzeniu wmontowanemu na strychu Chimery – w miejscu, które tak niepokoiło jasnowidza Krzysztofa Jackowskiego.

Piotr B. mówi, że nagrywane było wszystko, co działo się pod dachem małżonków. Dotyczy to rozmów, jakie prowadził Drzewiński, a mężczyzna miał powiedzieć, że jego żona znajduje się w klasztorze.

Nie pamiętam szczegółów tej rozmowy i uważam, że zaginięcie małżeństwa, to ich własna mistyfikacja – obstaje przy swoim oskarżony.

 Dobrze się znali

W trakcie wcześniejszych przesłuchań przez prokuraturę Piotr B. zeznał, że takie nagrania były rejestrowane na płytach CD i część z nich ulokował w Szwecji. Przekonywał, że to właśnie na tych nośnikach może być więcej informacji o porwaniu kobiety, jednak nie chciał podać dokładnego miejsca gdzie mogą być. Nie zrobił tego również podczas rozprawy, argumentując, że nie może ich odzyskać ani podać powodu, dlaczego tak jest.

Naruszyłbym przepisy innego państwa – tłumaczy tylko.

Twierdzi, że nagrania wykradł Andrzejowi J., bo to właśnie on nagrywał małżonków. Przy okazji na światło dzienne wychodzi bliska zażyłość między mężczyznami. Okazuje się, że J. pomagał wcześniej B. zeznając m.in. na jego korzyść w sprawie o eksmisję z jeszcze innego domu w Milanówku.

Pliki z nagraniem istnieją, bo prokuraturze udało się odnaleźć część z nich. Leżały w skrytce jednego z polskich banków.

Coraz więcej nowych faktów wychodzi na jaw. Pojawiają się sugestie, że B. musiał współdziałać ze Służbą Bezpieczeństwa w PRL, gdyż inaczej tak często by nie wyjeżdżał za granicę.

 – On dobrze zna nasze metody pracy. Musieliśmy się wznieść na wyżyny kamuflażu, by przeprowadzić akcję pod przykryciem. Zwykły bandyta z ulicy tak by się nie zachowywał. To nie jest słup. Ktoś musiał go tego nauczyć. – powiedział jeden z agentów CBŚ.

Ponoć B. trzyma asa w rękawie i oczekuje na pomoc, a jeśli jej nie otrzyma, może pociągnąć za sobą jedną, dwie osoby, z którymi współpracował. Zatem na sali sądowej może być jeszcze bardzo ciekawie.

Jeśli zarzuty stawiane Piotrowi B. zostaną potwierdzone, grozi mu dożywocie.

Aneta Dzich

Reporter maj 2013 rok

 

W grudniu 2014 roku Piotr B. skazany na 15 lat więzienia między innymi za podżeganie do zabójstw Elżbiety i Wiesława Drzewińskich z Milanówka oraz ich synów. Sąd zasądził też zadośćuczynienie dla synów małżonków Drzewińskich w wysokości po 80 tysięcy złotych dla każdego.

 

 
 

 

 

 

 

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*