ZAMORDOWANA Z LUBIEŻNOŚCI

Poszukiwania zaginionej, 19–letniej absolwentki Liceum Sztuk Plastycznych w Zamościu, zakończyły się tragicznie. Jej sczerniałe i wysuszone zwłoki leżały na łąkach. Organa ścigania PRL – pomimo zakrojonego na szeroką skalę śledztwa, z wykorzystaniem najnowocześniejszych, jak na owe czasy, technik kryminalistycznych – nie dowiedziały się, kto w tak brutalny sposób zgwałcił i pozbawił życia piękną Urszulę N.

 Za tą bezsensowną śmierć nikt nie został ukarany. Oprawca córki zawiadowcy stacji w Klemensowie – zakładając, że jeszcze żyje – może spać spokojnie. Przedawnienie karalności nastąpiło kilka lat temu. Zbrodnia doskonała? Raczej przypadek, który działał na korzyść sprawcy. Morderca nawet specjalnie nie zacierał śladów zbrodni, nie zakopał ciała.

Wyręczał milicję

4 sierpnia 1971 roku Janina N. przyjechała do Zamościa do swoich starszych córek.

Ula nie wróciła po pracy do domu. Musiało stać się coś złego – matka nie ukrywała zaniepokojenia. Dotychczas nie zdarzyło się, aby dziewczyna nie wróciła na noc.

Rodzina postanowiła działać. Po godzinie 20.00 starsza o dwa lata siostra Urszuli (szwaczka w Zakładach Przemysłu Odzieżowego „Cora” w Zamościu) zgłosiła jej zaginięcie na komendzie Milicji Obywatelskiej. To była jednak tylko formalność, bowiem żadnych poszukiwań nie poczyniono.

W tym czasie Wiktor N. ojciec dziewczyny (zawiadowca stacji PKP Klemensów) przebywał w sanatorium w Dusznikach Zdroju. O zaginięciu córki dowiedział się w dosyć dziwny sposób. 8 sierpnia został wezwany do telefonu. Nie wie, z kim rozmawiał. Osoba będąca po drugiej stronie kabla telefonicznego poinformowała o tym, że jego córka Urszula nie wróciła do domu z pracy. Ten człowiek miał jeszcze raz tego dnia zadzwonić, jednak do kolejnej rozmowy już nie doszło z powodu zakłóceń na linii. Dziwny telefon wzbudził czujność ojca. Nazajutrz nadał do domu telegram z prośbą o jak najszybsze poinformowanie go, co dzieje się z Ulą. Parę godzin później otrzymał odpowiedź „Przyjeżdżaj, Urszuli nie ma od 3 sierpnia”. Tak też zrobił. W domu był 11 sierpnia.

Do tego czasu nie przesłuchano nikogo, kto mógłby rzucić jakieś światło w kwestii zaginięcia nastolatki. Indolencja organów MO, skłoniła ojca do rozpoczęcia prywatnego śledztwa. Na własną rękę szukał odpowiedzi, rozpytywał znajomych, pracowników Zakładów Przemysłu Tłuszczowego w Bodaczowie, gdzie Urszula pracowała. Próbował odtworzyć każdą minutę z jej życia. Gdy zorientował się, że milicja nie przesłuchała nawet koleżanek córki z pracy, złożył w prokuraturze skargę na bezczynność organów MO. Jak rasowy śledczy, prosił o wydanie polecenia przesłuchania wskazanych przez niego osób. „Czas działa na korzyść mordercy, handlarzy żywym towarem” – pisał.

Skarga przyniosła taki odzew, że 17 sierpnia prokurator powiatowy wystosował wniosek do komendanta MO w Zamościu, w którym pisał „Proszę o zainteresowanie się sprawą poszukiwawczą”.

 Makabryczne odkrycie

Nazajutrz, 18 sierpnia, dwa tygodnie po zaginięciu, Urszula została odnaleziona. Przed godz. 8 rano Edward W., rolnik z Bodaczowa, wynajmowany do dowożenia paczek ze stacji kolejowej w Klemensowie do Urzędu Poczty w Bodaczowie, załadował przesyłki na rower i ruszył w drogę. Nagle, drepczący przy nim pies zerwał się i pobiegł na łąkę.

Tu morderca zgwałcił i udusił dziewczynę/ fot. materiały milicji

– Poczułem woń czegoś rozkładającego się. Zaciekawiło mnie, dlaczego pies tak się wokół kręci. Zbliżyłem się do tego miejsca i zobaczyłem zwłoki. Pomyślałem, że to jakiś cielak, ale gdy odchyliłem szmatę, zobaczyłem rękę, następnie nogi. Były to zwłoki człowieka – zeznawał na milicji.

Natychmiast pojechał na pocztę i poprosił kierowniczkę, by zawiadomiła milicję. Na miejsce zbrodni zaczęli schodzić się ludzie. Było to zaledwie 500 metrów od domu Urszuli N. Zwłoki znajdowały się w stanie daleko posuniętego rozkładu gnilnego, częściowo wyschnięte, czaszka była pozbawiona skóry. Identyfikacji dokonał ojciec. Rozpoznał córkę po włosach i ubraniu. W chwili zaginięcia miała na sobie szare spodnie (teksasy), czarną bluzkę bez rękawów w białe kwiaty, buty japonki. W koszyku słomkowym nosiła dokumenty, jakiś list, kosmetyczkę.

Ułożenie zwłok i okoliczności wskazują na to, że dziewczyna została zgwałcona. Leżała na plecach, nogi miała rozłożone pod kątem około 70 stopni. Prawą rękę miała zarzuconą na twarz. Poza tym sprawca zarzucił jej na głowę niebieski sweter. „Po odsunięciu ręki uwidoczniła się twarz i szyja. Wokół szyi i karku widoczne były skręcone źdźbła zeschniętej trawy. Przypominają powrósło. Zwłoki od pasa w dół były obnażone. Bluzka była z przodu rozpięta” – czytamy w protokole oględzin miejsca zbrodni.

Około 2 metry dalej trawa była zgnieciona. Miejsce to przypominało cień postaci ludzkiej. Znaleziono tam włosy denatki, fragment biustonosza. W odległości około 29 metrów kolejne wygniecione miejsce w trawie, a na nim męska chusteczka do nosa, zawiązana na 2 rogach w węzeł oraz nóż składany. Dalej leżał czerwony japonek. Przy zwłokach nie znaleziono majtek ani spodni. Morderca musiał je zabrać ze sobą.

Biegły lekarz sądowy uznał, że śmierć nastąpiła w wyniku zadzierzgnięcia, najprawdopodobniej w dniu zaginięcia. Ubytki tkanki świadczyły o tym, że zwłoki były szarpane przez zwierzęta.

Z uwagi na charakter i ciężar gatunkowy sprawy, zawiadomiono Komendę Wojewódzką MO. Sekcja zwłok została wykonana w Zakładzie Medycyny Sądowej w Lublinie. Niestety ze względu na daleko posunięte gnicie i wysychanie, niewiele wykazała.

Dzień przed ujawnieniem zwłok, po godzinie 21 na łąkach byli widziani dwaj mężczyźni w średnim wieku. Stali na polnej drodze i coś szeptali. W tym czasie mieszkająca w pobliżu kobieta widziała światło latarki. Wyglądało to, jakby ktoś czegoś szukał. Czy byli to mordercy? A może osoby, które trafiły na zwłoki przez przypadek, i bały się poinformować o tym MO?

Młodzieńcza miłość

Ulka uczyła się w 5 –letnim Liceum Sztuk Plastycznych w Zamościu. Dojeżdżając do szkoły pociągiem, poznała starszego o rok chłopaka. Ryszard S. ze Zwierzyńca był uczniem technikum elektrycznego. Zaczęli ze sobą chodzić w listopadzie 1969 r. Spotykali się w kawiarni, na plaży w urokliwym Zwierzyńcu, z paczką znajomych jeździli do Bełżca. Byli razem nad morzem w Sopocie, Malborku. Pisali do siebie czułe listy. Ulka była zakochana po uszy. „Najdroższy, byłam i jestem szczęśliwa i zadowolona z życia” – pisała do Ryszarda – „Chociaż nie bardzo wiem po co żyję, co bym chciała osiągnąć, mimo to jestem zadowolona z tego, że mogę żyć. Tamtego wieczoru, kiedy rozgoryczona i zdenerwowana nałykałam się pastylek, przekonałam się, że myśl o śmierci jest straszna. Bałam się, jak bardzo się bałam, że moje oczy mogą się już nigdy nie otworzyć. Gdyby tak się stało to i tak nie wiedziałabym o tym, ale ta okropna świadomość, że może się tak stać przerażała mnie. Powiedziałam sobie, że nigdy nie będę robiła takich głupstw”.

Rodzice Ulki, zwłaszcza matka, byli przeciwni tej znajomości. Uważali, że Ryszard nie jest odpowiedni dla ich córki. Nazywali go chuliganem. Na tym podłożu dochodziło między matką a córką do scysji. Prawdopodobnie te nieporozumienia było powodem zerwania z chłopakiem. Było to przed maturą.

Chciała być instruktorem

Gdy zdała maturę, uzyskała tytuł technika sztuk plastycznych o specjalizacji pamiątkarstwo. Chciała kontynuować naukę w dwuletniej Szkole Medycznej Instruktorów Terapii Zajęciowej w Głubczycach koło Opola. Ale się nie dostała. By nie siedzieć bezczynnie i zarobić trochę pieniędzy,  poszła do pracy sezonowej. Od połowy lipca pracowała w Lubelskich Zakładach Przemysłu Tłuszczowego w Bodaczowie. Zatrudniła się na kampanię skupu rzepaku, w laboratorium jako próbobiorca wilgotności rzepaku.

Krytycznego dnia do pracy poszła na drugą zmianę (na godzinę 14.00). Co robiła w ostatnich godzinach swojego młodego życia? Była w Zamościu, zarejestrowała się w wydziale zatrudnienia Powiatowej Rady Narodowej (zgłosiła, że pracuje w Bodaczowie). Odwiedziła w pracy najstarszą siostrę Ewę (pielęgniarkę), wykąpała się u niej w domu, w podcieniach Rynku Wielkiego spotkała koleżankę z plastyka. Po 13.00 wsiadła w autobus Autonaprawy i przyjechała do Bodaczowa do pracy.   Przed rozpoczęciem zmiany, razem ze swoim zmianowym wypili po piwie w kiosku obok zakładu. Co było potem?

Jej koleżanka zmianowa: „Ula wykonała analizę rzepaku na wilgotność. A około godziny 17 pojechała parowozem do domu. Wzięła kanapki z serem, litr mleka, przebrała się w spodnie (wcześniej miała na sobie sukienkę)”.

Tego dnia dziewczyny pracowały nieco krócej – do godz. 21. Do zakładu nie dojechały wagony z rzepakiem i nie było dla nich roboty.

Około 21.40 była widziana, jak stała na drodze prowadzącej do Klemensowa, stacji PKP.

– Do widzenia pani Ulu – zmianowy wracający ciężarówką do domu, krzyknął przez uchylone okno szoferki. Dziewczyna odpowiedziała na pozdrowienie i udała się w kierunku stacji PKP. Na drodze polnej spotkała znajomych Zofię i Edwarda W. wracających ze spaceru. Towarzyszył im kuzyn Ryszard W. z Bodaczowa Podborka. Ulka szła z nimi parę metrów, ale uznała, że na spacer wieczorową porą nie ma ochoty.

– Śpieszyło jej się. Mówiła, że jest głodna – zeznała Zofia W.  – Wyprzedziła nas, szybkim krokiem poszła w kierunki swojego domu. Było już ciemno.

W tym miejscu pojawiły się rozbieżności w zeznaniach świadków.

Ryszard W., ładowacz z Wojewódzkiej Spółdzielni Transportu Wiejskiego w Zamościu, twierdził, że gdy doszli do zabudowań Zofii i Eugeniusza W. siadł przy płocie, zapalili po papierosie i rozmawiali o pracy. Potem około 21.30 pojechał rowerem do domu. Nieco inną wersję wydarzeń podali jego kuzyni. Zeznali, że od razu wsiadł na rower i odjechał – tą drogą, co poszła Ulka.

Mord z lubieżności

W związku z potrzebą dokonania dodatkowych badań toksykologicznych, Prokuratura Wojewódzka w Lublinie zdecydowała o przeprowadzeniu ekshumacji zwłok na cmentarzu komunalnym w Zamościu. 22 września po otwarciu trumny ukazały się zwłoki ubrane w białą suknię i pantofle. Ze względu na to, iż w czasie sekcji zwłok stwierdzono brak macicy, zabezpieczono i poddano oględzinom m.in. kości miednicy. Nie wykazały żadnych śladów pochodzących od ostrego narzędzia.

Biegli psychiatrzy z Akademii Medycznej w Lublinie wydali opinię dotyczącą sprawcy. Ich zdaniem morderca pochodził z najbliższej okolicy, znał topografię terenu, wiedział o godzinach powrotu z pracy kobiet. „Wykonane powrósło z trawy wydaje się być zrobione ręką rolnika, lub osoby znającej prace  polowe. Było mocne, dobrze uplecione (…). Sprawca wydaje się być osobą o psychopatycznej strukturze osobowości z zaburzeniami w sferze erotyczno – seksualnej. (…) Brak śladów ukrycia zwłok przemawia za gwałtownością i brutalnością działania sprawcy. Bliższe jest mordowi z lubieżności niż zabójstwa z chęci pozbycia się świadka zgwałcenia” – czytamy w opinii biegłych.

Ekspertyzy z NRD

Kluczowym dowodem rzeczowym były cztery włosy, znalezione na miejscu zbrodni w męskiej chusteczce do nosa. Wszystko wskazuje na to, że tragedia rozegrała się właśnie w miejscu znalezienia tej chustki. Tam morderca zgwałcił i udusił dziewczynę. Później odciągnął zwłoki 20 metrów dalej. W miejsce bardziej niewidoczne dla ludzi.

Najpierw włosy poddano badaniom w Zakładzie Kryminalistyki Komendy Głównej MO. Ekspertyza wykazała, że są one identyczne z włosami znalezionymi na bluzce, którą denatka miała na sobie w dniu zabójstwa. Potem badania przeprowadzono w Ośrodku Badań Technicznych Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego w NRD. Porównano je do włosów 16 mężczyzn. Niemieccy eksperci wyeliminowali niektórych z kręgu podejrzeń – stwierdzili, że włosy 6 mężczyzn wskazują względne podobieństwo do tych z chustki.

dscf6677
Tu morderca zgwałcił i udusił dziewczynę/ fot. materiały milicji

Zastosowano najnowszą wówczas i bardzo kosztowaną metodę analizy aktywizacyjnej. W Zakładzie Chemii Analitycznej Instytutu Badań Jądrowych w Warszawie przy pomocy izotopów promieniotwórczych,  badaniom porównawczym poddano włosy pobrane od 33 ewentualnie podejrzanych. Czy wśród tych mężczyzn był zabójca?  Badania nie dały odpowiedzi na to pytanie.

Śledczy nie poddawali się. Przeprowadzano kolejne badania tym razem wariograficzne – na wykrywaczu kłamstw. Wykazały, że związek z zabójstwem może mieć Ryszard W. Został tymczasowo aresztowany w lipcu 1972 r. Kilka miesięcy później zarzut usłyszał mieszkaniec Rozłop, kolega Urszuli z podstawówki.

We wrześniu 1973 roku śledztwo zostało umorzone, wobec braku dostatecznych dowodów winy obu podejrzanych. Nie zdołano odnaleźć części garderoby dziewczyny, ani jej słomkowego koszyka.

Trzy lata później nastąpił nieoczekiwany zwrot w sprawie. Milicja zatrzymała za włamania do samochodów Tomasza S. ze Szczebrzeszyna, który przyznał się do zabójstwa Stanisława S., którego zwłoki znaleziono w 1973 roku na torach kolejowych w pobliżu stacji w Szczebrzeszynie oraz gwałtu i zabójstwa Urszuli N. Nazajutrz śledztwo zostało wznowione. Jak się później okazało, Tomasz S. kłamał. Trzy dni po wizji lokalnej odwołał swoje wcześniejsze zeznania, twierdząc, że były wytworem jego wybujałej fantazji.

Śledztwo trwało kolejne lata i nie przyniosło pożądanych rezultatów. Po raz kolejny zostało umorzone. A Tomasz S.? Został zwolniony z aresztu. Wiosną 1979 r. w jednym ze śląskich hoteli popełnił samobójstwo. Miał 25 lat.

***

Gdy o tej makabrycznej historii napisałam do „Tygodnika Zamojskiego” zadzwoniła do mnie siostra Urszuli N. Powiedziała mi, że jej bliscy wiedzą (domyślają się), kto stoi za tą zbrodnią. Człowiek ten jednak od dawna nie żyje. Poszedł pod sąd ostateczny.

Aneta Urbanowicz

 

 

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*