Pierwszy dzień wojny

Gdy wraz z transformacją ustrojową osłabła polska policja, nastąpił nagły rozwój organizacji przestępczych. Nie ominęło to również warszawskich dzielnic – Bielan i Żoliborza. Tu swoją grupę zorganizował Stefan K., znany lepiej pod pseudonimami „Stefan”, „Profesor” (z powodu grubych okularów, które nosił) lub „Ksiądz”.

Jak opowiadał mi jeden ze stołecznych policjantów, „Stefan” swój gang zorganizował na wzór przedsiębiorstwa. Miał park maszynowy służący do popełniania przestępstw, jego ludzie otrzymywali stałe pensje. Miał też swoich mocodawców – uznawał zwierzchnictwo gangu pruszkowskiego.

„Stefan” nadal utrzymuje kontakty z grupą pruszkowską, której interesy od dawna reprezentuje na Żoliborzu. Z ramienia tej grupy kontakt ze Stefanem utrzymuje „Masa”, z którym widuje się około 2 – 3 razy w tygodniu.” – donosili w 1997 roku policyjni informatorzy.

W latach 1997 – 2002 „grupa żoliborska”, (bo tak gang kierowany przez „Stefana” ochrzciły media i organa ścigania), rozpadła się. Przez dzielnicę przetoczyła się krwawa wojna. Zabójstwa, podpalenia, pobicia, zapełniały prasowe kolumny kryminalne.

Każda wojna ma swój pierwszy wystrzał, swoją pierwszą ofiarę. W tym przypadku było to zabójstwo Wojciecha B.

Kilerzy śmieciarze

22 października 1997 roku, o godzinie 9:20 oficer dyżurny żoliborskiej komendy odebrał telefon od osoby, która poinformowała, że pomiędzy blokami przy ulicy Braci Załuskich stoi samochód, obok którego leży człowiek. Przybyli na miejsce policjanci zastali granatowe bmw 323 i dobrze zbudowanego, leżącego na brzuchu mężczyznę. Podjęli próbę reanimacji, z pomocą przyszła im lekarka, która akurat tamtędy przejeżdżała. Wszystko na próżno.

Zmarły miał rany postrzałowe głowy i pleców. Ponadto obok samochodu znaleziono dwie łuski Luger kaliber 9 mm, oraz załadowany nabojami magazynek pistoletowy.

fot-2
Obok bmw 323 i dobrze leżał mężczyzna. Zmarły miał rany postrzałowe głowy i pleców. Nieopodal samochodu znaleziono dwie łuski Luger, kaliber 9 mm, oraz załadowany nabojami magazynek pistoletowy. Fot, archiwum policyjne

Jeden z operacyjnych policjantów zanotował: „Udaliśmy się przez teren zielony w stronę ulicy Broniewskiego tj. w stronę, w którą przypuszczalnie mogli oddalić się sprawcy. Penetracja dała wynik negatywny, ale na terenie boiska szkolnego (…) ustalono świadka, który pół godziny wcześniej widział sprawców idących chodnikiem (…) Oświadczył, że widział idących spokojnym krokiem trzech mężczyzn, z których dwóch było ubranych w robocze kombinezony koloru zielonego z żółtymi wstawkami lub napisami, a trzeci był ubrany „normalnie”. Byli to młodzi ludzie.”

Szybko ustalono kolejnych świadków. Wszyscy oni wskazywali na to, że sprawcami zabójstwa byli mężczyźni w strojach przypominających te, noszone przez pracowników służb oczyszczania miasta. Jedna z mieszkanek bloku opisywała to tak: „Zobaczyłam dwóch mężczyzn zbierających z trawnika śmiecie. Mężczyźni ci rzucali następnie te śmiecie na stertę liści. Ubrani byli w kombinezony koloru zielonego. (…) Mężczyźni ci zwrócili moją uwagę, gdyż nigdy wcześniej ich nie widziałam, a sprzątaniem tego terenu zajmuje się jedynie dozorca. (…) Przechodząc obok trawnika zapytałam się tych mężczyzn: Panowie co tutaj robicie? (…) odezwali się: Co panią to obchodzi”.

 

Główny diler na dzielnicy

Policjanci szybko zorientowali się, że zabitym jest znany im z działalności w grupie żoliborskiej Wojciech B. Mężczyzna był od roku na wolności. Wcześniej odbył dwuletni wyrok za napad z bronią w ręku. Ostatnio był podejrzewany o udział w kradzieżach samochodów oraz handel narkotykami. W aktach śledztwa znajduje się m.in. notatka funkcjonariusza Wydziału Kryminalnego KSP: „Według przekazanej informacji Wojciech B. był głównym dilerem narkotyków, które sprzedawał na terenie dzielnicy Żoliborz i Bielany”.

Gdy okazało się, że mężczyzna zginął przed blokiem, w którym mieszkał, w zajmowanym przez niego lokalu zorganizowano zasadzkę. Wpadło w nią pięć osób. Czterech członków gangu żoliborskiego i narzeczona ofiary. Ta ostatnia zeznała między innymi:

– Wojtek nigdzie nie pracował. Skąd miał pieniądze, tego nie wiem, nigdy się o to nie pytałam, a także on mi o tym nie mówił. Wrogów nie mieliśmy, a z tego co mi jest wiadomo Wojtek też ich nie miał. Nie znam osoby, która by mu groziła, ale jeśli już są to nic mi o tym nie mówił. Czy Wojtek prowadził jakieś interesy i z kim, tego absolutnie nie wiem, ani nie znam osoby, która miałaby jakiekolwiek pretensje do Wojtka lub do nas. W czasie, gdy ja chodziłam do pracy w godzinach 8:15 – 16:15, Wojtek, z tego co mi mówił, spędzał czas na siłowni, bądź spotykał się z kolegami – jakimi nigdy mi nie mówił z kim konkretnie.

W dniu zabójstwa Wojciech B. był umówiony na przenoszenie mebli ze swoim kolegą Piotrem W. (organom ścigania znanym pod pseudonimem „Łańcuch”). Wojciech B. miał podjechać po kolegę i przywieźć go na ulicę Braci Załuskich. Zadzwonił do „Łańcucha”, żeby poinformować, że wychodzi z domu, jednak na miejsce nie dotarł. Zabójcy dopadli go, gdy wsiadał do samochodu.

Pierwsza kula ugodziła mężczyznę pod pachą. Utkwił w niej pocisk wystrzelony prawdopodobnie – jak ustalili potem biegli – z pistoletu CZ-85. Z takiej broni pochodził również znaleziony na miejscu zbrodni magazynek.

Kolejna kula trafiła Wojciecha B. w kark, trzecia zaś w głowę. Ta ostatnia, wychodząc z ciała wybiła mężczyźnie pięć zębów. Jak zeznała potem biegła z zakresu medycyny sądowej, o ile dwa pierwsze postrzały nie zagrażały jego życiu, o tyle w przypadku trzeciego: „(…) nie istniała żadna szansa na uratowanie życia pokrzywdzonego, nawet w przypadku natychmiastowego udzielenia kwalifikowanej pomocy lekarskiej”.

Policjanci przyjęli wersję, że dwaj mężczyźni w zielonych kombinezonach polowali na Wojciecha B. Zaczaili się pod jego blokiem i pod pozorem zbierania liści czekali na swą ofiarę. Nie było tu mowy o przypadku. To była egzekucja.

Mordercy pchali poloneza

Tego dnia działania stołecznych policjantów przebiegały w iście filmowym tempie. Gdy na Żoliborzu trwały jeszcze oględziny,  na telefon alarmowy 997 zadzwonił anonimowy mężczyzna.  Powiedział, że z okna swojego mieszkania widział dziwnie zachowujących się mężczyzn ubranych w zielone kombinezony służb miejskich.

Następnie, gdy wyszedł z domu i udał się do samochodu, ci sami mężczyźni nadbiegli od strony ulicy Braci Załuskich i wsiedli do seledynowego poloneza caro o numerach WFG 3259. Zajechali świadkowi drogę i z piskiem opon odjechali. Co ważne, świadek zauważył ten samochód i tych samych mężczyzn po raz trzeci na Trasie Toruńskiej. Pchali oni swego poloneza, który najwyraźniej uległ awarii.

fot-3
Poloneza, ktorym uciekli mordercy odnaleziono przy Alei 3 Maja, pod filarami Mostu Poniatowskiego Fot archiwum policyjne

 Oto fragmenty stenogramu z tej rozmowy: (…) zdaje mi się, że byłem prawie że naocznym świadkiem, tyle tylko anonimowo chcę to zrobić ze względów oczywistych. (…) Więc podejrzewam, że oni to ci ludzie bo ja akurat wyjeżdżałem samochodem, że to ci ludzie, było ich trzech w samochodzie, ale dwóch tam czekało na ławeczce; ubrani byli w kombinezony takie jasno zielone, odjechali polonezem na Trasę Toruńską, nawet zepsuł im się przed Wisłostradą chyba, bo pchali go. To jest zielony – seledynowy polonez. (…) Tak, jeden z nich był wysoki, dobrze zbudowany krótko ostrzyżony z taką jakby czapeczką włosów na głowie, drugi miał długie ciemne włosy, ubrani byli w takie kombinezony robocze jasnozielone i przed Trasą Toruńską oni tam stali tym polonezem, bo akurat jechałem w tamtą stronę. (…) Ja wyjeżdżając z parkingu zamykałem bramę, ruszyłem stamtąd i usłyszałem trzy strzały, a ponieważ musiałem jechać inną drogą wróciłem, widziałem człowieka leżącego przy BMW, młody człowiek z raną na głowie i później wyjeżdżałem do Broniewskiego i oni tym polonezem nawet tak ostro mnie wyprzedzili (…)”.

Wszystkie radiowozy w Warszawie otrzymały polecenie odnalezienia tego samochodu. I faktycznie, po jakimś czasie załoga nr 371-92 zgłosiła, że polonez stoi przy Alei 3 Maja, pod filarami Mostu Poniatowskiego.

W tym samym czasie grupa funkcjonariuszy Wydziału Kryminalnego KSP zatrzymała właściciela pojazdu. Niestety okazało się, że jest to osoba, której w przeszłości skradziono dowód, i która – z tego powodu – regularnie tłumaczyła się z niepopełnionych wykroczeń.

Odstrzelony buntownik

 Gdy na Żoliborzu trwały oględziny miejsca zabójstwa, zaś na Powiślu rozpoczynały się oględziny poloneza należącego do prawdopodobnych zabójców, kolejna grupa śledczych szukała motywu zabójstwa Wojciecha B.

Funkcjonariusz Wydziału Kryminalnego KSP pisał po rozmowie z informatorem, który tak mówił o zamordowanym: „ (..) utrzymywał kiedyś kontakty ze Stefanem K., ale ostatnio mieli się oni pokłócić  – nie wiadomo z jakiego powodu. Prawą ręką „Stefana” jest mężczyzna o pseudonimie „Komandos”, który był wraz z nim widziany w hotelu „Chimera” i kawiarni „Lena” w Łomiankach, kiedy to parę dni temu wszczęli tam awanturę krzycząc, że stare układy jeszcze zobowiązują i oni tu rządzą. (…) Z rozmów toczonych przy wódce wynika, że ten cały „Komandos” cały czas chodzi z bronią i „dobrze mu odbija” bo od dłuższego czasu „jest na prochach”. Wojciech B. miał się od tej grupy odłączyć”.

Przez kilka miesięcy w 1997 roku szef grupy żoliborskiej – „Stefan”,  był tymczasowo aresztowany. W sierpniu, gdy wyszedł na wolność, został pobity przed hotelem „Chimera” przez członków własnego gangu. Od tego czasu się ukrywał. Buntownicy zaś zaczęli na własną rękę zbierać haracze na Żoliborzu i Bielanach. Jedną z tych osób był Wojciech B.

Co ważne, okazało się, że cztery dni przed zabójstwem seledynowy polonez caro był kontrolowany przez policjantów. Jednym z pasażerów pojazdu był właśnie Tomasz S. „Komandos”, wskazywany jako prawa ręka „Stefana”.

Jeszcze wieczorem, w dniu zabójstwa Wojciecha B. policjant z Wydziału Kryminalnego KSP ustalił, że za zbrodnią stoją Tomasz S. „Komandos” i Artur H. „Czacha” oraz, że obaj mężczyźni ukrywają się w bloku na tyłach Komendy Głównej Policji, przy ulicy Broniwoja 6.

Nocą dokonano zatrzymania. Pościg za domniemanymi sprawcami zabójstwa Wojciecha B., trwał więc niespełna dobę.

Artur H. „Czacha” podczas pierwszego przesłuchania zeznawał: Ja nic nie wiem na temat zabójstwa Wojciecha B. dokonanego w dniu 22 października 1997 na Żoliborzu. Nie znam tego koleżki, nie potrafię też powiedzieć, kto go zabił. Tak w ogóle to zaszła pomyłka, że ja tutaj jestem zatrzymany. W dniu wczorajszym tj. 22 października 1997 roku spałem do godziny 12:15, wiem to dokładnie, bo mam zegarek. Później po śniadaniu wziąłem sobie trochę prochów, aby się zakręcić, następnie przed 13:00 wyszedłem sam do koleżki Rafała lub Roberta, który mieszka na Pawińskiego chyba numer 20, dokładnie tego nie pamiętam, nie przywiązuje wagi do tego, na jaki adres idę. Ja szedłem do niego, aby sobie pogadać o różnych tematach. My cały czas staliśmy na klatce, nie potrafię powiedzieć ile czasu.

Pod protokołem przesłuchujący „Czachę” policjant napisał: „W trakcie rozmowy zatrzymany zachowywał się nerwowo, na poczekaniu wymyślał nowe wersje swojego oświadczenia, nie potrafił składnie i logicznie odpowiadać na zadane pytania, zasłaniając się niepamięcią. Cały czas starał się kontrolować to co mówi, wielokrotnie wracał do poprzednio wypowiedzianych kwestii, co stwarzało wrażenie, że chce je dokładnie zapamiętać. Na podstawie przeprowadzonej rozmowy należy stwierdzić jednoznacznie, że rozmówca konfabuluje”.

Tomasz S. przedstawiał mniej więcej podobną wersję zdarzeń. Nie zna Wojciecha B., a wczoraj spacerował sobie po mieście przez cały dzień. Seledynowym polonezem, owszem planował jeździć, ponieważ czasem go użytkuje, ale tym razem nie znalazł go w miejscu, z którego miał go odebrać. Nie rozumie, czemu go zatrzymano.

Dość szybko okazało się, że biegli odnaleźli odciski palców obu mężczyzn na karoserii i wewnątrz poloneza oraz, co ważne, odcisk palca „Komandosa” na magazynku znalezionym przy zwłokach Wojciecha B.

„Komandos” i „Czacha” trafili do aresztu.

Łańcuch poszlak

Sytuacja wcale nie była tak prosta, jak mogło by się na pierwszy rzut oka wydawać. Prokuratura nie dysponowała ani jednym bezpośrednim dowodem, że zabójstwa Wojciecha B. dokonali „Komandos’ i „Czacha”. Nie znaleziono broni palnej. Podczas okazań nikt ze świadków nie potwierdził, że to właśnie oni przebrani w zielone kombinezony zaatakowali swą ofiarę.

Odciski palców na polonezie same w sobie były tylko dowodem na to, że „Komandos” i „Czacha” nim jeździli. A tego akurat ci ostatni się nie wypierali. Podobnie odcisk na magazynku. Bez zabezpieczenia pistoletu nie był dowodem na to, że to „Komandos” strzelał, a jedynie na to, że trzymał ten konkretny magazynek w dłoni.

Czwórka policjantów zaangażowanych w śledztwo: komisarze Biskupska, Kawczyński, Kubuszewski oraz młodszy aspirant Rosa (troje z nich było potem naczelnikami stołecznego Wydziału do Walki z Terrorem Kryminalnym) stanęła przed zadaniem takiego oplecenia „Komandosa” i „Czachy” dowodami pośrednimi, aby ich wina nie budziła wątpliwości.

Po pierwsze intensywnie poszukiwano trzeciego mężczyzny, którego widzieli świadkowie. W tej sprawie informacje były rozbieżne i ostatecznie nigdy nie udało się ustalić, kto towarzyszył zabójcom Wojciecha B. Wiadomo, że osoba ta odjechała białym samochodem, prawdopodobnie fordem fiesta.

Po drugie znaleziono dwie osoby, które zostały w śledztwie świadkami incognito. Pierwsza z nich słyszała, jak w dniu zabójstwa Wojciecha B. „Komandos” i „Czacha” rozmawiali o „tym cośmy go dziś pierdolneli”.

Świadek incognito numer 2 miał więcej do powiedzenia. Była to osoba dobrze orientująca się w niuansach gangu żoliborskiego.

– Wojtek mówił mi, że brał udział w pobiciu „Stefana” – zeznawał świadek. Powodem było to, że boss po wyjściu z aresztu oskarżył część swoich ludzi o to, że wydali go w ręce policji. Młodzi pobili go więc i poniżyli.

– Słyszałem takie sformułowanie „w końcu śmieć doczekał się. Teraz my pokażemy kto tu rządzi” – zeznał świadek. Dodając, że skutkiem tego zdarzenia był faktyczny rozpad gangu: – Od grupy „Stefana” odłączyła się grupa ludzi. Odszedł też Wojtek B. Mniej więcej wtedy dwukrotnie rozmawiałem telefonicznie ze „Stefanem”. Mówił, że nie daruje tego pobicia, że zrobi z tymi ludźmi porządek. Z jego wypowiedzi wynikało, że jest to kwestia kilku dni i będzie po wszystkim. Powiedział, że chce czterech ludzi z grupy co się odłączyła zabić, a innych pobić – połamać jako nieszkodliwych.

Następnie świadek rozmawiał z Arturem H. „Czachą”: W trakcie rozmowy powiedział, iż z Tomkiem zaczynają robić porządek, tylko że będzie to na dobre, czy też raz na zawsze. O Tomku i Arturze krążyła plotka, że są od „czarnej roboty”. Trzymali się blisko Stefana K.”.

Brakujący element

W pewnym momencie stało jasne się, że to co najściślej łączy z miejscem zbrodni „Komandosa” i „Czachę”, to telefon osoby na policyjną infolinię. To rozmówca wskazał, jakim sprawcy poruszali się samochodem. Być może także mógłby ich rozpoznać podczas okazania.

Policjanci zdobyli informacje, że tego dnia, o tej godzinie dzwoniono na numer 997 dwa razy. Jeden telefon wykonano z firmy ZWAR. Na miejscu ustalili jednak, że dotyczył on zupełnie innej sprawy.

Drugie połączenie z policyjną infolinią wykonano z budki telefonicznej. Mimo to funkcjonariusze wytypowali dzwoniącego. Ten zaś poinformował ich, że może wystąpić w śledztwie jedynie w roli świadka incognito. Uzgodniono więc z nim datę przesłuchania w prokuraturze.

O ile „Czacha” do końca procesu odmawiał złożenia zeznań, o tyle „Komandos” – jeszcze w czasie prokuratorskiego śledztwa – zmienił front. Oświadczył, że seledynowy polonez nie jest jego własnością. Należy do tajemniczego „Piotrka”. Ów mężczyzna pożyczył od „Komandosa” tysiąc dolarów i do czasu ich oddania, jako rekompensatę, użyczył mu swego samochodu. W czasie zabójstwa, jak łatwo się domyślić, samochodem jeździł jednak tajemniczy „Piotrek”. Co ciekawe, dzień przed zabójstwem Wojciecha B. ów „Piotrek” pokazywał „Komandosowi” dwa puste magazynki do pistoletu CZ-85.  – Te magazynki do pistoletu to dał mi Piotrek dzień przed zatrzymaniem. Ja się nie znam na broni za bardzo. Nie wiem, dlaczego wziąłem od niego te magazynki, może chciałem się przed nim „pokazać”, że znam się na broni – zeznawał Tomasz S.

W ten oto sprytny sposób Tomasz S. próbował wybrnąć z obciążających go dowodów. Oświadczył, że w ogóle nie ma pseudonimu „Komandos”, zaś w zabójstwo wrabia go tajemniczy „Piotrek”.

W tym miejscu warto wyjaśnić, że obaj podejrzani nie byli w przestępczym fachu nowicjuszami. „Czacha” miał za sobą wyrok za udział w zbiorowym gwałcie. Tomasz S. zaś odbył karę więzienia za współudział w napadzie na listonosza.

Z tego tandemu to „Komandos” był już wtedy znanym przestępcą. Wychowanek domu dziecka, absolwent technikum mechanicznego, służbę wojskową odbył w „Czerwonych Beretach”. Była konkubina zeznawała na jego temat: – O Tomaszu S. mimo sześcioletniego konkubinatu nie wiem praktycznie nic. Jest on bardzo skryty, nie mówił o sobie i o tym co robił. Interesowało mnie tylko to, że dla mnie był dobry. Dbał o finanse naszego domu. Nie mogę nic złego na temat jego osoby powiedzieć.

Natomiast badający mężczyznę psychiatrzy oceniali go w ten sposób:

„Trudności adaptacyjne Tomasza S. są uwarunkowane jego nieprawidłową osobowością. Badany jest nieufny, zamknięty w sobie, egocentryczny, chłodny uczuciowo, nastawiony na realizację doraźnych potrzeb. Ma on poza tym tendencję do lekceważenia zasad współżycia społecznego i tolerancyjnej, mało wnikliwej oceny swoich postaw życiowych”.

Przyznali jednocześnie, że jest to mężczyzna inteligentny, szybko się uczy i ma spory zasób wiedzy.

Błąd prokuratury

Śledztwo w sprawie zabójstwa Wojciecha B. zakończyło się rok od zbrodni. Do Sądu Okręgowego w Warszawie trafił akt oskarżenia. Sam proces rozpoczął się dopiero w marcu 2000 roku, a więc ponad 3 lata od zabójstwa.

W tym czasie wojna między grupami przestępczymi na terenie Żoliborza i Bielan rozgorzała na dobre. Doszło nawet do tego, że trzech buntowników napadło – byłego szefa – „Stefana” w budynku sądu i próbowało go pobić, krzycząc, że zemszczą się za Wojtka. Od linczu dawnego bossa uratowali policjanci. Nie na długo, bo „Stefan” został zastrzelony w styczniu 2000 roku, czyli jeszcze zanim proces „Komandosa” i „Czachy” się rozpoczął.

Wielu czynności, mających na celu wyjaśnienie sprawy zabójstwa Wojciecha B., dokonał dopiero sąd. To w trakcie procesu zlecono ekspertyzę mającą odtworzyć przebieg zbrodni. Henryk Juszczyk z Centralnego Laboratorium Kryminalistycznego tak opisywał to zajście: „Opierając się na powyższych ustaleniach ustalono najprawdopodobniejszą wersję zdarzenia. Wojciech B. stoi przy samochodzie i otwiera przednie lewe drzwi od strony kierowcy. Zwrócony jest on twarzą ku tyłowi samochodu i nachylony swoim ciałem w tym kierunku. Gdy znajduje się w tej pozycji dostaje postrzał z tyłu w prawą pachę. Osoba znajdująca się z tyłu, oddaje strzał z pistoletu CZ-85. Po tym strzale Wojciech B. pochyla się bardziej do przodu jednocześnie skręcając tułów i głowę w prawą swoją stronę. W tym momencie dostaje dwa postrzały z przodu. Najpierw dostaje postrzał w szyję, a w następnej kolejności w głowę. Osoba strzelająca stoi z tyłu samochodu i wyposażona jest w pistolet Glock. Po ostatnim strzale Wojciech B. upada twarzą do ziemi. Jego ciało leży z lewej strony samochodu twarzą w kierunku tyłu samochodu. Brak na miejscu zdarzenia łuski odstrzelonej z pistoletu CZ wskazuje, że broń po strzale zacięła się i łuska pozostała wewnątrz pistoletu. Mogło to być przyczyną, że sprawca zaczął manipulować przy broni celem usunięcia zacięcia. W trakcie manipulowania przy pistolecie, przypadkowo nacisnął na zatrzask magazynka i magazynek upadł na podłoże w okolicy otwartych prawych przednich drzwi samochodu.”

Biegły obalił również linię obrony „Komandosa”: „Opierając się na wynikach eksperymentu można z dużym prawdopodobieństwem przyjąć, że ujawniony ślad wielkiego palca Tomasza S. został naniesiony na lewą zewnętrzną powierzchnię ścianki magazynka w trakcie jego wkładania do gniazda znajdującego się w rękojeści pistoletu”.

Biegły wyjaśnił, że gdyby „Komandos” oglądał pusty magazynek, to potem ktoś inny zatarłby ten ślad, najpierw napełniając magazynek kulami, a następnie wkładając go do pistoletu. 

Kolejny cios w wersję obrony przyjętą przez „Komandosa”, zadała biegła z zakresu daktyloskopii, doktor Elżbieta Baniuk. Zeznała ona, że ślad na magazynku jest stary i powstał prawdopodobnie kilka miesięcy przed zabójstwem Wojciecha B.: „Wykluczam, aby ślad ten mógł być naniesiony przez oskarżonego Tomasza S. w dniu 21 października 1997 roku”.

W odpowiedzi na to „Komandos” stwierdził, że jeśli chodzi o spotkanie z tajemniczym „Piotrkiem”, to mógł się pomylić o kilka dni.

W tej sytuacji Tomasz S. „Komandos” przyjął inną linię obrony. W chwili, gdy na Żoliborzu zginął Wojciech B. on właśnie próbował się ubezpieczyć na życie, ponieważ miał złe sny. Oczywiście adwokat oskarżonego odnalazł pracownicę dużej szwajcarskiej firmy ubezpieczeniowej, która ten fakt dokładnie zapamiętała. Miała nawet częściowo wypełniony wniosek w tej sprawie. Co ciekawe, kobieta ta była prywatnie znajomą konkubiny oskarżonego.

– Czy to nie jest dziwne, że po ponad dwóch latach rozpoznała pani człowieka bez problemu, a bezpośrednio po zdarzeniu, kiedy pani była przesłuchiwana, nie rozpoznała pani go na zdjęciu? – pytał podczas sprawy sąd. Kobieta zaś wyjaśniała, że ma pamięć wzrokową i łatwiej rozpoznaje twarze niż okazane jej wtedy zdjęcia.

W pewnym momencie Sąd odkrył w aktach śledztwa, że mężczyzna, który w dniu zabójstwa Wojciecha B. zadzwonił na policyjną infolinię, a którego informacje łączyły oskarżonych z miejscem zabójstwa, w ogóle nie został przesłuchany przez prokuraturę. Zapomniano o jego istnieniu. Nagle teraz, po kilku latach zaczęły się nerwowe poszukiwania winnego tego stanu rzeczy.

– Jeśli chodzi o osobę, która została nagrana na tę taśmę, to my potem z tą osobą rozmawialiśmy, ale ta osoba poinformowała nas, że chce występować w sprawie w charakterze świadka incognito. Nie wiem, czy ta osoba potem była przesłuchana – wyjaśniał jeden z operacyjnych policjantów.

Z kolei prowadząca postępowanie od strony dochodzeniowej komisarz Grażyna Biskupska wyjaśniała: Ja powiadamiałam prokurator prowadzącą o tym, że ten świadek jest i że pani prokurator prowadząca może go przesłuchać. Ten mężczyzna, z którym rozmawiałam, opowiedział mi całą tę rozmowę, którą my mieliśmy nagraną. On powtórzył całą tę rozmowę, podał dużo szczegółów.

„Nie ulega wątpliwości, że niewykonanie czynności z udziałem tej osoby jest błędem postępowania przygotowawczego.”– przyznała w końcu pismem sama Prokuratura Okręgowa.

Sąd Okręgowy nie miał innego wyjścia – zwrócił prokuraturze sprawę celem uzupełnienia. Proces miał się zacząć od nowa. Jakiś czas wcześniej uchylono już tymczasowy areszt oskarżonym.

Media w tym momencie przestały zajmować się sprawą zabójstwa Wojciecha B. Uznały ją za klęskę wymiaru sprawiedliwości. Pisano o skandalicznie prowadzonym śledztwie. Prawda jest nieco inna. Sąd Apelacyjny nakazał kontynuować przewód sądowy.

 Dosięgły ich kule

Pewną sensacją podczas procesu były zeznania ojca zamordowanego. Wyjaśnił on, że po śmierci syna często chodził na miejsce, w którym zginął Wojciech B. Postawił nawet w tym miejscu krzyż, palił znicze. Pewnego razu zaczepiła go kobieta, która powiedziała, że była bezpośrednim świadkiem zabójstwa. Stojąc w odległości 15 – 20 metrów widziała morderców „jak się zbliżali z tyłu do syna”. Wedle jej opowieści, pierwszy strzał oddał wyższy ze sprawców, czyli „Czacha”. Kiedy zacięła mu się broń „Komandos” dokończył dzieła.

Tajemnicza kobieta bała się zeznawać w sprawie. Zgodziła się natomiast przyjść do sądu. Obserwując wprowadzanie do sali dwóch oskarżonych, miała powiedzieć do ojca Wojciecha B., że to z całą pewnością „Czacha” i „Komandos” zamordowali jego syna.

Sąd i stołeczna policja próbowały odnaleźć tajemniczą kobietę. Niestety barierą okazał się brak współpracy ze strony ojca zamordowanego. Nie wiadomo zatem do dziś, czy taka osoba w ogóle istniała, a jeśli nawet, to czy jej zeznania mogły być brakującym dowodem w tej sprawie.

13 sierpnia 2002 roku w Warszawie zginął Tomasz S. „Komandos”. Wcześniej uniknął śmierci podczas strzelaniny w centrum handlowym „Klif”. Co ciekawe, zginął dokładnie tak, jak kilka lat wcześniej Wojciech B. Zabójca podszedł do niego od tyłu i oddał kilka strzałów w plecy, gdy „Komandos” odkurzał samochód.

fot-4a
fot. 4. Po latach kule dosięgły także Tomasza S. ps. „Komandos” Fot, archiwum policyjne

Proces trwał jednak dalej. Artur H. „Czacha” stawiał się na każdą rozprawę, aż do 30 grudnia 2003 roku. Wtedy okazało się, że zaginął i nikt nie potrafi ustalić, gdzie jest. Sąd zawiesił więc proces i nakazał aresztować mężczyznę. Zakładano, że „Czacha” ukrył się, ponieważ zdaje sobie sprawę, że za zabójstwo Wojciecha B. czeka go zapewne wyrok skazujący na długoletnie więzienie.

W marcu 2006 roku – po ponad dwóch latach od zaginięcia „Czachy” i prawie dziesięciu po zabójstwie Wojciecha B. – do Sądu wpłynęło pismo KRP Warszawa Ochota, informujące że „11 kwietnia 2006 na terenie Twierdzy Modlin policjanci odnaleźli zakopane w worku zwłoki mężczyzny, które mogą należeć do wyżej  wymienionego”. Badania DNA potwierdziły te przypuszczenia.

Na ostatnią rozprawę – wyznaczoną na 14 maja 2007 roku – stawił się tylko skład sędziowski. Wszyscy bohaterowie tego dramatu już nie żyli. Życie wyprzedziło w tym przypadku wymiar sprawiedliwości.

Bartłomiej Mostek

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*