ŁOWCA PRZEKRĘTÓW

Wielu z nas przestępczość kojarzy z potężnymi panami o wielkich karkach i ponurym spojrzeniu, panami, którym spluwy wystają zza paska i gotowi są zamordować, porwać dla okupu, zagrozić podłożeniem bomby, jeśli nie wpłacimy naszych oszczędności ich inkasentom. Takiej przestępczości, jaką sobie wyobrażamy, już prawie nie ma. Twardej, brutalnej i w okrutny sposób wyrafinowanej.

Trzeba było mieć przysłowiowe „jaja”, aby pójść na taką robotę, spojrzeć ofierze w oczy i zażądać wydania kasy, grożąc nabitą spluwą. Każda taka akcja, to realne ryzyko wpadki i długoletniej odsiadki. Większość z dawnych „mafiosów” nie żyje, albo odsiaduje wyroki. Wydawałoby się, że jest bezpiecznie. Ale nie jest. Bardziej niebezpieczni od „karków” są przestępcy w białych kołnierzykach.

Raj dla oszustów

– Nagle okazuje się, że człowiek ma płacić raty za coś, czego w życiu nie brał w żadnym sklepie – mówi „Kuba”, który od ponad dwudziestu lat ściga różnej maści przestępców, służy w jednej z warszawskich komend rejonowych. Nie chce zdradzać swojej tożsamości  – Jeśli takie coś trafi na osobę starszą, to ona sobie nie poradzi. Będzie płakać i płacić cudze zobowiązania – dodaje smutno policjant.

– Do mnie przychodzą klienci, którzy w życiu nie pójdą na policję – wyrzuca z siebie z goryczą prywatny detektyw Michał Rapacki. Twierdzi, że prywatni detektywi mają często większe rozeznanie w przestępczości gospodarczej niż policjanci. Właśnie z tego powodu, że to do prywatnych detektywów na bieżąco zgłaszają się pokrzywdzeni.

– Ci ludzie boją się pójść na komendę, boją się niezrozumienia, straty czasu – strzela zarzutami Rapacki. Mój rozmówca od kilkunastu lat specjalizuje się w prowadzeniu spraw ochrony dla biznesu. I jak twierdzi, to przestępczość gospodarcza jest teraz największym problemem, zagrożeniem i wyzwaniem dla organów ścigania. Wyzwaniem, z którym zdaniem detektywa nasze państwo zupełnie sobie nie radzi. Zasypuje mnie przykładami.

– Pamiętam taką sytuację ze Śląska, gdy pojechaliśmy do małego komisariatu zabezpieczać towar, który wzięła firma od naszego klienta na produkcję odzieży. Firma ta pracowała na zlecenie klienta. On dał tego towaru za jakieś pięćset tysięcy złotych, nie wiedząc o tym, że ten zakład będzie ogłaszał upadłość, a towar chciano wciągnąć w masę upadłościową. W tym komisariacie zgłosiliśmy oszustwo, bo było to wyłudzenie jak byk. Ten towar był wyprodukowany przez naszego zleceniodawcę, był jego własnością – opowiada Rapacki. Zaproponował policjantom, aby zabezpieczyć wyłudzony towar w trakcie przeszukania i oddać w użytkowanie pokrzywdzonemu, do czasu zakończenia śledztwa. Tak się stało, towar wrócił do prawowitego właściciela, a poważny problem mieli oszuści, bo nie mieli czym napchać swoich kieszeni. Upadłość była przeprowadzona po to, aby wyłudzić pieniądze czyimś kosztem.

Policja ma braki

 Dziś, według słów detektywa, policjanci często nie rozumieją specyfiki tej przestępczości. Sami funkcjonariusze – w nieoficjalnych rozmowach – również skłaniają się ku tezie stawianej przez prywatnego detektywa. Twierdzą, że ściganie przestępczości gospodarczej nie jest proste, wymaga dużego nakładu pracy, specjalistycznej wiedzy i jest czasochłonne. A efekt wielomiesięcznych starań mocno niepewny. Przełożeni rozliczają nie z efektów a statystyk.  W efekcie cierpią niewinni ludzie, padający łupem cwanych oszustów.

Rapacki wini za ten stan rzeczy system szkoleń. Jest to też wynik „majstrowania” przy ustawach mundurowych, w efekcie czego z policji masowo odeszli doświadczeni, najbardziej wartościowi dla służby, ludzie. Skutki właśnie zaczynają być widoczne.

– Dziś nie ma już takiej “bandytki” jak kiedyś, jeśli są rozboje, to takie bardziej przypadkowe. Wiesz, idą pijani, kasy brakuje, to jakiegoś gościa napadną. Teraz faktycznie najwięcej jest oszustw, wyłudzeń, dużo jest internetowej przestępczości. Z bronią napadów, to już prawie nie ma. Kiedyś to był standard –  „Kuba” potwierdza słowa Rapackiego.

Pytam, dlaczego dzisiejsza policja nie chce prowadzić spraw gospodarczych?

– Nie tyle nie chce, co nie ma narzędzi. Aby ścigać przestępstwa gospodarcze, trzeba mieć przede wszystkim wiedzę. To można jeszcze uzupełnić. Przychodzą do policji ludzie po odpowiednich studiach, czy też z pewnym doświadczeniem życiowym, które można właściwie spożytkować. Ale nie ma środków na systemową walkę z tego typu przestępczością. Wyobraź sobie, że w wydziale, w którym pracuję, są tylko dwa miejsca dostępu do Internetu, a to tam najwięcej się teraz dzieje – opowiada „Kuba”. Policjanci przynoszą własne komputery, ale dostęp do sieci kosztuje, funkcjonariusze pokrywają go z własnej kieszeni. Brak jest przeszkolonych odpowiednio ludzi, brak sprzętu.

Wydawałoby się, że stoimy przed widmem upadku w przepaść, ale chyba nie jest tak źle. Jeśli tylko stworzyć odpowiednie warunki, to na poziomie zwykłej komendy rejonowej można doprowadzić do rozbicia szajki o zasięgu międzynarodowym. „Kuba” opowiada mi nieco o szczegółach jednej z takich spraw.

lowca
– Do mnie przychodzą klienci, którzy w życiu nie pójdą na policję – wyrzuca z siebie z goryczą prywatny detektyw Michał Rapacki

– Zatrzymaliśmy grupę ludzi zajmujących się wyłudzeniami m.in. telefonów. Mieli od groma dowodów osobistych, dane różnych ludzi. Fałszowali dokumenty i za ich pomocą zamawiali towary: laptopy, drogie urządzenia RTV i AGD lub brali kredyty w bankach. Pokrzywdzeni nic na ten temat nie wiedzieli – opowiada oficer o szczegółach procederu. Aby dostać kredyt na podstawie fałszywych danych, sprawcy podrabiali odpowiednio dokumenty, zaświadczenie o zarobkach, dane z miejsca pracy i wysyłali pocztą. Innym sposobem na wyłudzenie towarów było podpisanie na fałszywe dane umowy z firmą telekomunikacyjną. Stosują one praktykę, że wysyłają umowy za pośrednictwem firm kurierskich, trzeba tylko kurierowi pokazać dowód osobisty i podpisać przy nim umowę. Wystarczy mieć w dowodzie zdjęcie nieco przypominające osobę, która się tym dowodem legitymuje. I już. Nie wiedząc o tym, staliśmy się właścicielami ekskluzywnego sprzętu, na który w dodatku zaciągnęliśmy słony kredyt. Dowiadujemy się o tym wraz z pierwszą ratą. A nasza własność? Dawno spieniężona gdzieś na Białorusi.  Poraża skala działania sprawców.

– Na naszym terenie było ponad siedemdziesiąt takich przypadków. I całe mnóstwo spraw napływających z całej Polski. Zabezpieczyliśmy ponad czterdzieści fałszywych dowodów osobistych, paszportów. Te dokumenty nie były efektem zamiłowania kolekcjonerskiego sprawców, służyły czemuś, prawda? – pyta retorycznie „Kuba”. Kim są ci przestępcy? To, tak zwani „zwykli” ludzie. Bez kryminalnej przeszłości, wręcz przeciwnie, legitymujący się dobrym wykształceniem i profesjonalną wiedzą.

– Jeden pracował kiedyś w bankowości i znał bankowe procedury, drugi pracował w firmie spedycyjnej i znał zasady dotyczące wysyłki towarów, jakie kwity są potrzebne, aby towar wydać, trzeci zajmował się zbytem zagrabionego mienia – „Kuba” opowiada o podziale ról w rozpracowanej szajce.

– Towar zbywany był na Białorusi za jedną trzecią ceny. U nas, wcześniej czy później, sprzęt gdzieś by „wypłynął” jako poszukiwany. A tam to już „kamień w wodę” – dodaje oficer. Mówi, że tylko część sprzętu udało się odzyskać. Reszta przepadła. „Kuba” przyznaje, że prowadzenie tego typu spraw wiąże się z częstym pozostawaniem w komendzie po godzinach, za które nikt nie płaci, ani nie odda wolnego. Odbija się za to bardzo negatywnie na życiu rodzinnym. Ale prowadzenie tego typu spraw, dających wymierne efekty, daje policjantom dużą satysfakcję.

Detektyw to nie wróg

Michał Rapacki jest jednak bardzo sceptyczny. Nie rozumie, dlaczego niektórzy funkcjonariusze podchodzą tak nieufnie do informacji przynoszonych praktycznie „na tacy” od prywatnych detektywów. Podkreśla, że przecież pracują po tej samej stronie barykady. Twierdzi, że prywatny detektyw nie jest od tego, aby zatrzymywać bandytów, ma zebrać dowody przestępstwa. Osobiście nie ma nic przeciwko temu, aby policjanci traktowali go, jako osobę dostarczającą nieoficjalne informacje. Zaznacza, że „przerobienie” ich na pełnoprawne dowody w oficjalnym śledztwie, to tylko formalność dla doświadczonego policjanta.

Detektyw wielokrotnie występował podczas rozmów w poszczególnych komendach wojewódzkich, przy okazji realizacji wspólnych spraw, z propozycją przeprowadzenia darmowych szkoleń dla funkcjonariuszy policji na temat praktycznej współpracy z prywatnymi detektywami oraz problemów dotyczących przestępczości gospodarczej.

– Prowadzimy naprawdę  „grube” sprawy – mówi Rapacki. Dzięki temu ma wiedzę i doświadczenie skutkujące sukcesami. Zależy mu na dobrej współpracy z policją. Chciałby móc przeprowadzić szkolenia dla odpowiednich służb, dotyczące mechanizmów przestępstw gospodarczych. Twierdzi, że zrobi to za darmo, bo sam sobie poprawiłby komfort pracy. Uważa, że posiada stosowne kompetencje, gdyż realizuje szkolenia dla wielkich firm notowanych na giełdzie. Dlaczego z jego wiedzy nie miałyby dla dobra wspólnego skorzystać państwowe instytucje? Do tej pory nie było chętnych.

– W Szczecinie przez pół roku nie wychodziłem z samochodu – Rapacki daje przykład takiej skomplikowanej i trudnej sprawy, jaką udało mu się zakończyć sukcesem – Mężczyzna inwestujący w nieruchomości zaufał swoim prawnikom, doradcom. Kupili dla niego zupełnie bezwartościową ziemię, mamiąc wcześniej wizjami wspaniałych inwestycji, jakie będzie mógł na tym terenie przeprowadzić.

Jak się okazało, teren jest zupełnie bezwartościowy pod względem inwestycyjnym, bo działka leży w tunelu napowietrzania Karpat i nie można tam wbić nawet łopaty. Zapłacił oszustom za działkę wartą dwanaście milionów ponad dwa razy tyle. Oczywiście, człowiek zgłosił się na policję, ale funkcjonariusze odmówili wszczęcia sprawy, twierdząc, że jest to sprawa gospodarcza. A ewidentnie mamy do czynienia z wyłudzeniem. Sprawcy, szanowani prawnicy, doradcy inwestycyjni czuli się zupełnie bezkarnie.

– Dopiero po pół roku grzebania w kwitach wyszło, że akt notarialny został wystawiony przez osobę nieuprawnioną. Na naszych dokumentach zostały wszczęte cztery sprawy karne, na podstawie naszych zeznań, opinii i materiałów powoływani są biegli – relacjonuje z dumą Rapacki.

– Cały czas pracujemy dla leasingodawców, którzy proszą o opinię, czy na dany sprzęt można dać leasing, bo już mieli wyłudzenia na sprzęt, który wyglądał pięknie, a był warty złotówkę, a wyłudzono nań po kilkadziesiąt tysięcy mówi Michał Rapacki. Złości się, że brakuje zrozumienia dla czegoś takiego, jak przeciwdziałanie przestępczości. Trudniej jest coś „odkręcać” po kilku miesiącach, zamiast załatwić sprawę od razu. Uważa, że wszyscy stosują metodę “spychologii”, bo każda sprawa psuje statystykę wykrywalności, szczególnie, jeśli jest nieco skomplikowana i wymaga zaangażowania. Podaje przykład sprawy, która w jego ocenie mogła zakończyć się od razu, gdyby ktoś w stosownym czasie miał odwagę podjąć odważną decyzję. Takiej osoby zabrakło.

Spadek dla papieża

– Jest rodzina, która otworzyła sobie barek w miejscu, gdzie jest dużo starszych ludzi. Jedna z takich osób zaczęła być przez tych ludzi urabiana – opowiada detektyw, przedstawiając mechanizm oszustwa. Starsza pani dostawała darmowe obiadki, spotkała się z życzliwością właścicieli baru, którzy szybko zorientowali się, iż starsza pani ma poważne kłopoty z pamięcią z powodu postępującej miażdżycy i choroby Alzhaimera. Starsza pani zaczęła wierzyć, że mili ludzie z baru są jej rodziną. Zakwaterowali ją nawet u siebie i otoczyli opieką. A babcia przepisywała na oszustów swój majątek. Niebagatelny, bo wart ponad trzydzieści milionów.

– Znaleźliśmy tę starszą panią na zlecenie prawdziwej rodziny, zaniepokojonej tajemniczym zniknięciem krewniaczki – Rapacki był wyraźnie zbulwersowany opowiadając mi tę sprawę – Nasza zleceniodawczyni pół roku walczyła, aby prokuratura wszczęła w końcu śledztwo.

Rapacki, wspomina, że zainteresowali sprawą dziennikarzy z ogólnopolskiej telewizji. Jest nagranie, na którym staruszka podpisuje dokument, w którym cały swój majątek przepisuje papieżowi Benedyktowi XVI. Obecny przy tym policjant nie widział w tym niczego szczególnego. Dorosła osoba rozdysponowała swoim majątkiem.

– A przecież istnieje coś takiego, jak ustawa o ochronie zdrowia psychicznego. Można było wezwać na miejsce lekarza psychiatrę, który wystawiłby stosowną opinię, czy ta pani jest świadoma tego, co robi, czy nie – opowiada detektyw. Udało się w końcu naprostować tę sprawę, wszczęto postępowanie, ale dopiero po kilku miesiącach. Jakie szkody spowodowała zwłoka, czy uda się rodzinie odzyskać cały majątek, rozdany w ten sposób cwaniakom żywiącym się ludzką słabością?  Nie wiadomo.

– A można było od razu wszystko zabezpieczyć. Zabrakło odważnego decydenta – dodaje po chwili. Trudno odmówić mu racji. Ze słów moich rozmówców wyłania się dosyć ponury obraz. Można się zastanowić, dlaczego prywatnemu detektywowi chce się – mówiąc kolokwialnie – wnikać a policjantom nie zawsze.

Policjanci odchodzą

 Prywatny detektyw pracuje na czyjeś zlecenie. Nawet jeśli przyjdzie mu, tak jak wspominał Rapacki, przez kilka miesięcy nie wychodzić z samochodu, czy też „ryć” w papierach, to czyni to, dopóty ktoś płaci za jego wiedzę i trud. Policjanci chcąc rozwikłać jakąś sprawę, traktują ją jak hobby. Jeśli zostaną po godzinach, nie otrzymają za to wynagrodzenia. Nikt im też nie zwróci za materiały biurowe, papier, tusz, tonery do drukarek i prywatne komputery masowo przynoszone do komend w ramach ratowania nędznego budżetu. Mogą sponsorować dostęp do Internetu, czasem prywatną benzynę. Ale do czasu. Bo jednak do pracy przychodzi się pracować, a nie po to, aby ratować finansowo instytucję, w której przyszło służyć.

Zarówno „Kuba”, jak i Michał Rapacki, jako źródło nieszczęść zgodnie wskazują majstrowanie przez ekipy rządzące przy emeryturach policyjnych. Doświadczeni funkcjonariusze potraktowali to jako realne zagrożenie swoich przyszłych dochodów i po prostu odeszli. Skoro służba przestała być służbą, a stała się zwykłą pracą, to trudno się dziwić ich postawie. Michał Rapacki podsumowuje dzisiejszą sytuację krótko: – Teraz dzieci uczą dzieci. I mamy to, co mamy.

Jest jeszcze jedna sprawa. Prywatny detektyw, jak i policjant z komendy rejonowej, mają ograniczone możliwości działania. Nie są w stanie prowadzić tak rozbudowanych spraw, jak specjalnie powołane ku temu wydziały, czy służby specjalne. Dotykają tylko stosunkowo prostych spraw. A przecież, jeśli mamy do czynienia z próbami naprawdę dużych przekrętów, to sprawcy przygotowują się przez kilka lat. Zakładają firmy, płacą podatki, tworzą kwity, zatrudniają ludzi. Inwestują duże pieniądze, aby stworzyć pozór. Po to, aby wypompować pieniądze ze skarbu państwa, albo dokonać wrogiego przejęcia innej spółki. Walka z tego typu przestępczością, wymaga podobnego zaangażowania sił i środków, jak kiedyś walka z potężnymi organizacjami przestępczymi. Wierzchołek góry lodowej o nazwie „Amber Gold” i dzisiejsze machlojki przy „infoaferze” – dotykającej wysoko postawionych urzędników państwowych – chyba już to wszystkim bardzo boleśnie uświadomił.

– Niektóre firmy audytorskie próbują robić takie śledztwa – dodaje Michał Rapacki Ale co przeglądają? Tylko kwity. A kwity są tak zrobione, aby było dobrze. Twierdzi, że nawet najbardziej wnikliwe przejrzenie dokumentacji, nie doprowadzi do wykrycia przekrętu.

– Prezes spółki jest jednocześnie właścicielem terenu, na którym ma swoją siedzibę firma. I jest w tym momencie dostawcą prądu. Kto będzie wiedział, czy dla obiektu typu na przykład stadion, tego prądu idzie za pięćset, czy milion złotych miesięcznie? – podaje przykład takiego mechanizmu Rapacki. Mówi, że jeśli będziemy przeglądali faktury, to wszystko się nam zgodzi. Ale trzeba pójść do rozdzielni i popatrzeć fizycznie na licznik, jak on pracuje i ile prądu zużywa. Prawnik tego nie zrobi. Trzeba dyskretnie dotrzeć do pracownika i skłonić go do współpracy.

Zastanawiam się, czy rzeczywiście sytuacja jest aż tak dramatyczna, jak przedstawiają ją moi rozmówcy? Czy na pewno Komendant Główny nie zdaje sobie sprawy z zagrożenia, nie otrzymuje raportów i analiz przestępczości, nie zastanawia się nad nimi, nie planuje działań systemowych na najbliższe lata? Odpowiedź znajduję w statystycznym raporcie policyjnym. Przestępcy coraz rzadziej sięgają po broń, mniej jest kradzieży, uszkodzeń mienia i tym podobnych spraw. Zwiększyła się za to znacznie liczba przestępstw gospodarczych.  Nasze mienie nie jest bezpieczne.

Jedyna nadzieja, że decydenci wyciągną stosowne wnioski z rzędów statystycznych cyferek. Nie uśpią ich dane mówiące o spadkach w ilości rozbojów i kradzieży, a pobudzą te mówiące o wzroście przestępczości gospodarczej. Bo akurat te liczby wyznaczają trendy na najbliższe lata.

Piotr „Pochuro” Matysiak

Fot. Piotr „Pochuro” Matysiak

 

 

 

 

 

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*