KRYMINALNE ZAGADKI WARSZAWY

Laboratorium Kryminalistyczne Komendy Stołecznej Policji. To tu pracują współcześni tropiciele. Od ich pracy zależy, czy detektywom uda się namierzyć sprawcę i udowodnić mu winę. Spotykam się z jednym z nich. Rozmawiamy o trudnej sztuce dokumentowania śladów na miejscu zbrodni. Przywołujemy wspomnienia starych spraw, o których kiedyś było bardzo głośno.

 – Gdyby go zastrzelili. Gdyby mu gardło poderżnęli. To trwałoby to szybko. A jego wrzucili do wody zimą. A to był mały dzieciak, któremu nie dano żadnej szansy. Dla mnie to jakaś niewyobrażalna męczarnia – siedzący przede mną postawny mężczyzna o szpakowatych włosach i twardym warszawskim akcencie, ma za sobą ponad 26 lat służby w policji. Robert Duchnowski, młodszy inspektor w stanie spoczynku. Ponad siedemnaście lat spędził w Stołecznym Laboratorium Kryminalistycznym. Kawał życia. Mnóstwo spraw. Oględzin miejsc zdarzenia. Różnych. Włamań, kradzieży. Często zgonów. Bywało, że nagłych, nienaturalnych, gwałtownych.

Nie pełnił swojej służby na ulicach, tkwiąc w zasadzkach na najbardziej groźnych bandytów. Nie prowadził żmudnych śledztw, budując razem z prokuratorem misterne konstrukcje aktów oskarżenia. Większość swojej służby pełnił w pewnym sensie „na zapleczu”.

– Gdy była wizja lokalna z tymi sprawcami i oni pokazywali, jak wrzucali tego chłopca do Wisły, to prokurator nakazał im założyć kamizelki ratunkowe a na dodatek przepasać ich linami. A intencją prokuratora nie było, że mogą skoczyć do rzeki, ale że ktoś z nas może im pomóc. Czy byłoby to działanie nieprofesjonalne? Pewnie tak. Ale, jak przepracuje się w tym fachu kilka lat, to można mieć nieźle zryty beret. I nie wiadomo, kiedy coś w człowieku pęknie – były policjant taką zaskakującą nieco pointą kończy wspomnienie o sprawie głośnej w całej Polsce, dwanaście lat temu.  Czteroletni Michałek został wrzucony przez przybranego ojca i jego kolegę w nurty Wisły.

Zapis zbrodni

  Skąd takie wspomnienia i przemyślenia u kogoś, kto dużą część służby spędził w ciemni fotograficznej, a laboratoryjne odczynniki to był jego świat?

– To nie jest tak, że siedziałem tylko za biurkiem. Moja komórka, pracownia fotografii uzupełniała ogniwo techniki kryminalistycznej. Pierwszy jechał technik, a jak się trafił kolejny wyjazd, no to któryś z nas. Wtedy, gdy człek miał chęć posiedzieć za tak zwanym „biurkiem”, czyli w ciemni, i tłukł dokumentację do ekspertyz, a jak miał chęć się trochę przewietrzyć, to jechał na oględziny, przeszukanie, na wizje lokalne, wszędzie tam, gdzie była potrzebna dokumentacja fotograficzna bądź film.

dsc00583
Robert Duchnowski, młodszy inspektor w stanie spoczynku, ma za sobą ponad 26 lat służby w policji. Ponad 17 lat spędził w Stołecznym Laboratorium Kryminalistycznym../ fot Piotr Pochuro Matysiak

Oględziny. Przeciętnemu zjadaczowi chleba kojarzą się z obrazkami znanymi z filmów kryminalnych, gdy znudzony detektyw, prowadzący akurat tę sprawę, zajeżdża radiowozem do miejsca ogrodzonego taśmami policyjnymi i żując niedbale gumę, nonszalancko je przekracza, pewnym krokiem zmierzając ku widocznym zwłokom. Ktoś pstryka fotki a kilku facetów z notesami w ręku snuje się tu i tam, strojąc mądre miny. Nagle ktoś spostrzega naszego detektywa i usiłuje wyrzucić go za obręb taśm, ale ten wyciąga z zanadrza odznakę policyjną, po czym pyta: Co my tu mamy?

Wysłuchawszy relacji, poleca jeszcze wykonać kilka czynności przeoczonych przez niedbałą ekipę, po czym znika gonić sprawców w efektownych pościgach i strzelaninach. W rzeczywistości to tak nie działa.

Nim nasz dzielny detektyw ruszy tropić zabójców, trzeba zabezpieczyć wszystkie ślady. Jak się do tego zabrać? Załóżmy, że dyżurny jednostki otrzymał anonimowy telefon o tym, że w jakimś mieszkaniu znajdują się zwłoki. Na miejsce przybywa najpierw patrol policyjny wstępnie potwierdzić, lub wykluczyć tę informację, i ewentualnie wstępnie zabezpieczyć miejsce zdarzenia. Jeśli potwierdzi ten fakt, organizowana jest grupa dochodzeniowo-śledcza, w skład której wchodzi obowiązkowo technik kryminalistyki.

– Po przybyciu na miejsce zdarzenia, następuje pierwszy, szybki ogląd sytuacji, co się stało, gdzie się stało. Jeśli jest to pomieszczenie zamknięte, to nie ma żadnego problemu, zamykało się drzwi i ewentualnie przed wejściem ustawiało policjanta z prewencji, który pilnował, aby obce osoby nie wchodziły do środka. Jeśli był to teren otwarty, musieliśmy zorganizować strefę bezpieczeństwa, aby nam się gapie i dziennikarze nie szwendali. Musieliśmy sobie tylko poradzić z tak zwanymi „zacieraczami”, czyli wszelkiej maści kierownictwem policyjnym i prokuratorami, którzy zjeżdżali się na miejsce czasami w nadmiarze. I gdy mieliśmy teren sterylny od obcych, zaczynaliśmy faktyczne oględziny – opowiada Duchnowski. Choć zaznacza, że ze znakomitą większością prokuratorów, zawsze mu się doskonale współpracowało. Podkreśla również, że oględziny, to tak naprawdę badanie miejsca zdarzenia. W protokole należy dokładnie zaznaczyć, co jest poddawane oględzinom, czy mieszkanie, czy lokal, czy też inne miejsce.

Podpis przestępcy

 – W przypadku lokalu trzeba je zlokalizować, ale to nie jest kłopot. Kłopot może się pojawić w terenie otwartym, musimy mieć jakiś stały punkt odniesienia. W Warszawie jest o tyle fajnie, że latarnie uliczne są zinwentaryzowane i każda ma swój numer – Duchnowski zdradza kilka szczegółów technicznych. Dalej, w zależności od zaistniałego zdarzenia, przyjmuje się metodę prowadzenia czynności, albo dośrodkową, albo odśrodkową i rozpoczyna się mozolne zabezpieczanie śladów. W ten właśnie żmudny sposób rozpoczyna się tropienie przestępców, dopiero później zakończone, być może bardzo brawurową i dynamiczną, akcją doskonale wyszkolonych funkcjonariuszy z oddziałów szturmowych. Prowadzenie oględzin wymaga specjalistycznego sprzętu i fachowej wiedzy ekspertów z wielu dziedzin. Chemii, fizyki, biologii, fotografii. Czynności oględzin właściwie nie da się powtórzyć. Ślady zostaną bezpowrotnie zatarte. A co można wyczytać z tych śladów? Wszystko. To podpis, jaki składa na miejscu zbrodni przestępca. Trzeba tylko umieć czytać.

– Wszystko jest ważne. Jeśli mamy zabójstwo, to same zwłoki są śladem. I ich otoczenie. Jeśli leży nieboszczyk z ranami ciętymi, a obok leży rozbita butelka, możemy przypuszczać, że ta butelka mogła być narzędziem zbrodni. Na odpryskach szkła powinniśmy znaleźć ślady tkanek denata, jego krwi i być może odciski palców – emerytowany inspektor podaje pierwszy z brzegu przykład. O oględzinach, technicznych szczegółach i wykorzystywanych sposobach ujawniania śladów, mógłby opowiadać godzinami.

– Trzeba mieć sporo doświadczenia, bo zabezpieczyć ciężarówkę śmieci, to nie jest problem, tylko kłopot mają później eksperci, bo muszą oddzielać ziarna od plew. Trzeba mieć wyczucie, ten tak zwany policyjny nos w przypadku techników kryminalistyki jest bardzo ważny. Po zastanym bałaganie można określić, co się mniej więcej stało. I szukamy śladów w określonych miejscach – dopowiada Robert. Później trzeba jeszcze przeanalizować zebrany materiał i wyłuskać te ślady, które mają znaczenie dla tej sprawy. Bo przecież, jeśli chodzi chociażby o odciski palców, to na miejscu znajdziemy ich praktycznie na pęczki. Domowników i ich gości, sąsiadów, przyjaciół oraz samej ofiary. Ślady stare i świeże.

W labiryncie śladów

 Poproszony o konkretny przypadek z życia mogący zilustrować pracę podczas oględzin, Robert Duchnowski opowiada o serii zabójstw starszych pań, z końca lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Sam był na kilku takich oględzinach dotyczących tej sprawy.

– Pamiętam, to było na Woli, robiłem oględziny w mieszkaniu, gdzie był również obecny syn zamordowanej staruszki. Znalazłem taki super świeży ślad linii papilarnych. Takie dwa paluszki, bardzo drobne. Ten ślad mógł pochodzić albo od kobiety, albo od dziecka. Na pewno nie był to ślad ofiary. To była starsza pani, jej odcisk byłby nieco zatarty, rozmyty. To taki przywilej wieku starczego. Te były ewidentnie świeże. Zapytałem się syna zamordowanej kobiety, czy w tym domu bywały dzieci. Dowiedziałem się, że owszem, był u matki ze swoimi córkami dwa miesiące temu. A ten ślad znaleziony przeze mnie, był najwyżej cztero-, pięciodniowy. Wytypowałem wtedy, że sprawcą może być kobieta. I tak właśnie było. Okazało się później, że zabójczyniami były dwie kobiety.

 Po chwili Robert przytacza jeszcze jedną opowieść: Na Pradze Południe doszło do zabójstwa sprzedawcy z kiosku Ruchu. Wedle uzyskanych wstępnie informacji, jakiś nieznany mężczyzna miał wpaść nagle do tego kiosku. Doszło do szarpaniny, sprzedawca został popchnięty przez napastnika i przewracając się uderzył się o coś, a napastnik chwycił pieniądze z kasy i uciekł.

Duchnowski przybył na miejsce, wysłuchał szybkiej relacji tego świadka, który wciąż był na miejscu zdarzenia. Następnie wraz z lekarzem, biegłym z zakresu medycyny sądowej, i technikiem z miejscowej komendy, przystąpili do metodycznego badania miejsca zdarzenia i ciała.

– Gdy z lekarzem robiliśmy oględziny ciała, to nam nijak nie pasowały obrażenia do tego, co nam opowiadał ten człowiek. Później pomogłem jeszcze technikowi dokończyć oględziny miejsca. To było pomieszczenie wygospodarowane z części klatki schodowej. Pod schodami był niby murek, ale widać było, że cegły są świeżo ułożone, bez warstwy wiążącej. I, tak z ciekawości, wyjęliśmy jedną cegłę. Pomyśleliśmy, że może facet chował tam lewy towar i przy okazji sprawdzimy, co tam jest. Wyciągnęliśmy stamtąd łom, a na łomie były włosy zakrwawione i ten łom zakrwawiony był z jednego końca. No i mówię do chłopaków, aby wzięli tego niby świadka, co to niby razem z tym zabitym też był napadnięty: „Weźcie go i przyciśnijcie”. Bo ta jego opowieść w ogóle nie trzyma się kupy. To raz, a dwa, to mamy narzędzie. Jeśli sprawca wpadł i zaraz wypadł, no to nie schował narzędzia i jeszcze go cegłami obłożył. No i okazało się, że to była awantura pomiędzy właścicielem kiosku a tym niby świadkiem. To on go załatwił – kończy Robert.

Te opowieści doskonale ilustrują, jak ważne są prawidłowo wykonane oględziny dla procesu wykrywczego. Najpierw wstępna informacja od świadków, dzięki temu można prawidłowo odczytać ślady. I odpowiednio je weryfikować. Albo wersja świadka pasuje do ujawnionych śladów, albo nie. Bo, jak zauważa Duchnowski, ślady same z siebie nie mają mocy kreowania rzeczywistości. Ile czasu trzeba, aby wykonać dobrze oględziny? Ekspert policyjny odpowiada mi, że trwa to co najmniej kilka godzin. Wspomina okrutną sprawę zabójstwa w warszawskim Kredyt Banku, gdy sprawca zastrzelił trzy kasjerki i ochroniarza.

– Ciało tego ostatniego, znaleźliśmy po dwóch czy trzech godzinach. Ale nie była to nasza nieudolność, ale musieliśmy dojść do pomieszczenia, w którym był ukryty – wspomina Duchnowski.

Praca eksperta kryminalistycznego poniekąd z definicji wiąże się ze współpracą z różnymi wydziałami policji i niejako mimochodem, uczestniczeniem w najbardziej tajnych akcjach. W latach 90. ubiegłego wieku warszawską plagą były wyspecjalizowane gangi, zajmujące się kradzieżami samochodów. W ciągu doby kilkudziesięciu właścicieli czterech kółek na zawsze żegnało się ze swoimi samochodami. Stołeczna policja wystawiała specjalne samochody nafaszerowane elektroniką, jako pułapki dla złodziei.

Jak wspomina Duchnowski, jeden z takich samochodów był poddawany oględzinom z osiem razy. Na tapicerce w pewnym momencie było tyle warstw środka czyszczącego, że zapadały się w nim palce, co uniemożliwiało prawidłowe zabezpieczenie śladów linii papilarnych.

– Ten samochód był wystawiany na warszawskiej Pradze. Było, jak na dobrym łowisku. Samochód stał najwyżej koło czterdziestu minut i już był brany. Nie nadążaliśmy z oględzinami, to szło taśmowo – śmieje się Duchnowski ze swojego udziału w specjalnych działaniach, które przyczyniły się do znacznego ograniczenia plagi kradzieży samochodowych. Dodaje żartem, że proponował nawet kolegom z wydziału samochodowego podpisanie umowy użyczenia do tych akcji swojego prywatnego samochodu, bo rabusie i do niego się dobierali.

 Łuska generała Papały

 Pytam mojego rozmówcę, jak ocenia ostatnie doniesienia prasowe na temat nieprawidłowości podczas oględzin miejsca zabójstwa generała Marka Papały, Komendanta Głównego Policji. Dziennikarze ujawnili film wideo nakręcony rzekomo podczas tych oględzin, na którym widać na dachu samochodu Komendanta tajemniczy przedmiot podobny do łuski pistoletowej. Natomiast w dokumentacji oględzin brak jest informacji, aby ta łuska została zabezpieczona, nie ma też żadnej wzmianki na temat filmu w protokole oględzin. Wybuchła olbrzymia wrzawa w mediach, mówi się o skandalu, nierzetelności, bałaganie czy wręcz o celowym zacieraniu śladów.

Ze słów Duchnowskiego – osoby, która, jak to się potocznie mówi „zęby zjadła” na oględzinach – wynika, że oględziny to niezwykle złożony proces, badanie miejsca zdarzenia z pieczołowitością godną badań naukowych, obwarowane jest żmudnymi procedurami. A tu, w przypadku najbardziej prestiżowego śledztwa dla całej policyjnej formacji, taki blamaż. Czy na pewno? Ciekawi mnie, co na ten temat ma do powiedzenia mój rozmówca, osoba, jakby nie było, doskonale poinformowana w tej materii.

Nie byłem na miejscu zdarzenia w dniu zabójstwa, byłem tam w następnych dniach, gdy robiliśmy inne czynności procesowe. Ale wiem, kto pracował na miejscu zdarzenia, i wiem, co kto wykonywał. I bardzo dużo rzeczy mi tutaj nie gra. Technik, który był na miejscu, nie był technikiem niedoświadczonym. Po za tym, nie był tam sam, miał innych kolegów z laboratorium. Niemożliwe jest dla mnie, aby przeoczyli taką rzecz – Duchnowski zwraca uwagę na jeszcze jeden istotny w tej sprawie szczegół. Na pokazanym w mediach filmie, widnieje godzina, o której dokonano zapisu. Duchnowski twierdzi, że jest to czas, w którym oględziny miejsca dawno zostały zakończone i na dachu samochodu mogło stać cokolwiek. Dlatego według niego, ten film nie ma żadnego znaczenia dla śledztwa. Duchnowski uważa, że cała awantura wokół tej sprawy jest sztucznie wywołana i bardzo łatwo jest zweryfikować dziennikarskie doniesienia, z materiałem fotograficznym wykonanym w trakcie oględzin. Jeśli ta łuska naprawdę tam była, jest też widoczna na zdjęciach. Wtedy faktycznie organy ścigania, policja i prokuratura mają problem. Inaczej nie warto sobie tą awanturą zawracać głowy, bo jest wynikiem niekompetencji dziennikarskiej i próbą wywołania szumu medialnego.

– Tablica poglądowa ze zdjęciami daje dużo lepszy ogląd sytuacji. To taki fotoreportaż. Idzie się od ogółu do szczegółu. Strzałkami można wskazać, co jest co, dojść do detalu. Przy technice wideo nie jest to możliwe. Film powstaje w trakcie wykonywania oględzin – podkreśla Duchnowski. – Nie znam pochodzenia tego materiału i przypuszczam, że jest jakoś umocowany w materiale dowodowym. Jednak nie mam pojęcia, kto go mógł wykonać. Wiem na sto procent, że wtedy kamera przez naszego technika nie była używana. Natomiast na miejscu wideo kręcili eksperci z Centralnego Laboratorium Kryminalistycznego. A oni używali wtedy kamer lepszej jakości, tak zwanego Betacamu. W materiale wyraźnie widać różnicę. Natomiast to była klasyczna kamera VHS. No chyba, że w tym dniu technicy z CLK przyjechali z VHS-em, w co mi się nie chce wierzyć, bo mieli ten Betacam i byli z niego dumni – dopowiada.

 Na planie filmowym

 Praca technika wymaga skupienia, systematyczności i cierpliwości. Z drugiej strony, to zetknięcie się ze sprawami ostatecznymi, ze śmiercią. Jak sobie z tym radzić? Czy widok trupa nie pojawia się przed oczami w najmniej spodziewanych momentach?

kryminalne-zagadki
Plan filmowy serialu „Glina”/ fot Robert Duchnowski

kryminalne-zagadki-1– Do widoku można się przyzwyczaić – odpowiada Duchnowski – gorzej z zapachem. Pamięć zapachowa jest bardzo silna i zawsze wracała. Jeśli brałem udział w sekcji zwłok, to tego dnia nie jadłem już mięsa.

Jeśli ktoś jest ekspertem, fachowcem od miejsca zbrodni, jeśli zawzięcie fotografuje zawodowo i prywatnie, to nie można się dziwić, jeśli taki ktoś trafi na plan filmu kryminalnego, jako konsultant.

To było na planie „Ekstradycji” i już byliśmy zbratani  z ekipą filmową, bo już była któraś scena tego odcinka. Był taki moment, gdy zły charakter, grany przez Edwarda Żentarę, mordował w restauracji kelnerkę, w którą wcieliła się Edyta Jungowska. Jak on ją już zamordował, to kolejną sceną do zrobienia były oględziny. Reżyser zapytał mnie wtedy, czy jest możliwe, wnioskowanie na temat śladu, że sprawca na przykład kuleje. Mówię, że tak, na podstawie śladu obuwia jest to możliwe, bo jak człowiek kuleje, to zelówki wycierają się bardzo charakterystycznie. A czy jest to możliwe tutaj, padło kolejne pytanie. I tu był pewien problem, bo takie rzeczy generalnie wnioskuje się po wgłębionych śladach, na przykład na błocie. A tu? Patrzę, na stoliku stoi cukiernica. I zaświtał mi pewien pomysł. Myślę sobie, kino jest kino, możemy to nagiąć – Duchnowski dostał buty aktora, torbę cukru i rozpoczął preparowanie śladu, obsypując wokół butów zwały cukru. Jak je zabrał, w jego ocenie ślad wyszedł bardzo kontrastowy, nierealny. Więc znów tu trochę podsypał, tam odgarnął a czas pędził. W ferworze pracy Robert nie zwrócił uwagi, że kamery już dawno są ustawione i włączone na podgląd. W pewnym momencie reżyser syknął scenicznym szeptem przez głośniki informując trudzącego się nad śladem eksperta, że ta cukiernica nie ma pięciu kilogramów objętości.

– Fakt, że mi się trochę tego cukru przesypało – wspomina Robert. Oglądał później ten odcinek, ale nie pamięta, czy ten ślad był w ogóle widoczny. W słynnym „Kilerze” Juliusza Machulskiego, ustawiał między innymi scenę początkową, gdy oglądamy śmierć ofiary z perspektywy jej butów. I nagle obok nich opada pistoletowa łuska a na ekranie pojawia się tytuł filmu.

– Jestem widoczny tuż nad literką „K“, po lewej stronie, przez dwie i pół sekundy. Scenę kręciliśmy dwanaście godzin. Gdyby nie to, że był już wschód słońca, a scena była nocna, to pewnie kręcilibyśmy dłużej – wspomina swoją ekspercko-aktorską przygodę Duchnowski.

Siedzimy przy kawiarnianym stoliku, korzystając z ostatnich jesiennych promieni słonecznych. Skrzętnie nagrywam wspomnienia Roberta, z wielu miejsc zbrodni, które przyszło mu badać. Z radiowego głośnika sączy się muzyka, przerywana raz po raz reklamami. Wychwytuję wiadomości. Pada informacja, że zmarł ranny podczas akcji antyterrorystów sprawca postrzelenia policjanta na warszawskim Gocławiu. Mam wrażenie, jakby czas zamknął jakąś pętlę.

Dopijamy kawę, dla nas to już odległy temat. Ale wiemy, że dla kolegów Roberta nie. Wielu z nich szkolił kiedyś, wprawiając do trudnej służby. A teraz ktoś z nich ma za sobą ciężkie oględziny, ktoś niedługo dowie się, że ma wpisany w grafik służby udział w sekcji zwłok na potrzeby toczącego się właśnie śledztwa. Życie toczy się dalej, w ulicznym szumie, kawiarnianym gwarze, codziennym pośpiechu. Staraliśmy się je na moment wstrzymać. Uwiecznić. Nie jest łatwo. Bo jak zmieścić dwadzieścia sześć lat życia policyjnego fotografa, na kilku zaledwie stronach?

Piotr Pochuro Matysiak

 

 

 

 

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*