Inkasent ciągle na wolności

To gotowy scenariusz dla filmowców z Hollywood. Seryjny zabójca z zimną krwią zabija z pistoletu pięć przypadkowych osób dla marnych pieniędzy, później wymyka się sprawiedliwości. To jedna z najbardziej makabrycznych historii w polskiej kryminalistyce.

Tak naprawdę do dzisiaj nie wiadomo, kto i dlaczego zastrzelił tych nieszczęśników. Łączyło ich to, że mieszkali przy popularnej i bardzo uczęszczanej trasie Kraków – Tarnów. Krwawy szlak zabójcy rozpoczął się 17 czerwca 1994 roku w Łapczycy w województwie małopolskim.

Dom w stylu późnego Gierka, gospodarze spokojni, nikomu nie wadzący ludzie. Wtedy właśnie za dnia pojawia się on. Można się tego domyślać, można też z tych domysłów ułożyć większą całość.

Z zimą krwią

– Dzień dobry, jestem z elektrowni, chciałem odczytać licznik – mówi na dzień dobry szczupły, miły z wyglądu inkasent. Lucyna Z. nie widzi w tym nic złego. Trzydziestoletnia kobieta ufnie wpuszcza do mieszkania swojego przyszłego kata. Tym bardziej, że tego właśnie dnia spodziewała się wizyty inkasenta.

Obcy mężczyzna zachowuje się jak prawdziwy pracownik zakładu energetycznego. Patrzy na licznik, coś notuje, później siada przy stoliku i wypisuje jakieś dokumenty. Dziękuje i wychodzi. Chwilę później wraca obłąkany myślą, aby zabić. Najpierw zabija panią Lucynę. Strzałem w głowę. Jej siedmioletni synek, Dominik, widząc tragedię stara się uciec na piętro, ukryć, by uratować swoje życie. Fałszywy inkasent nie ma litości. Strzela do dziecka. Trafia go w dłoń, w kolano. Gdy malec leży na schodach i wlecze się do góry, zabójca podchodzi i z zimną krwią strzela mu w głowę. Trzykrotnie. Niepotrzebny mu jest świadek. Trzy strzały w głowę, z przyłożenia, zamykają sprawę. Z mieszkania ukradł 200 DM, trochę biżuterii i zegarek.

Tragedię odkrył dziewięcioletni Sebastian. Nie mógł dostać się do domu, dlatego po drabinie wszedł na górę. Wtedy zobaczył prawdziwy horror. Co przeżył, to już na zawsze pozostanie w jego umyśle. Na miejscu pojawiła się policja. Szukali jakichkolwiek śladów. Zabójca był świetnie przygotowany. Na miejscu pozostawił tylko rozrzucone rachunki za prąd. Dlatego do niego przylgnęło miano „Inkasent”. Tak też nazwano całą akcję policji. Daremnie.

Nikt nie wiedział, że znów uderzy, po raz kolejny i nie ostatni. Długo nie czekał, 90 kilometrów dalej w Pilźnie – wówczas województwo rzeszowskie (obecnie podkarpackie) – 24 listopada, jako inkasent pojawił się u małżeństwa; 62 -letniej Marii i 68 -letniego Józefa J. Ich też zastrzelił z zimną krwią. Do pani Marii zabójca strzelił trzy razy, a do jej męża dwukrotnie. Policja szybko ustaliła, że zabójstwa w Łapczycy i Pilźnie dokonane zostały z tej samej broni, a konkretnie pistoletu gazowego typu walther PPK kaliber 8 mm, przystosowanego do strzelania ostrą amunicją kalibru 6,35 mm. Piękny profesjonalizm.

Z takiej broni zginęła wkrótce  – 5 grudnia 1994 roku – w Morawicy koło Krakowa, 58 -letnia wdowa Zofia K., do której bandyta oddał trzy strzały.

– Wcześniej kręcił się po tej miejscowości, że niby chce kupić kilka tysięcy kurczaków – opowiada jeden ze śledczych – namierzył kobietę i zastrzelił.

Dostał odszkodowanie

Krakowska policja stanęła na głowie, aby złapać seryjnego zabójcę. Specjalny kilkunastoosobowy zespół najlepszych policjantów robił wszystko, aby złapać mordercę. Liczba podejrzewanych sięgała 5876 osób! W końcu dopadli podejrzewanego Wojciecha B. To były milicjant. Szedł w zaparte, a jego adwokatem został profesor Jan Widacki.

To był proces poszlakowy. U Wojciecha B. nie znaleziono broni ani też butów. Na jednym z miejsc zabójstw, „Inkasent” pozostawił odcisk podeszwy. Traseologia (badanie odcisku podeszwy) zawiodła, bo takich butów Wojciech B. nie miał. Także zawiodła osmologia (kryminalistyczne badanie zapachów). Widacki i B. triumfowali. Podejrzewany o pięciokrotnie zabójstwo, został prawomocnym wyrokiem uniewinniony po 31 miesiącach spędzonych w areszcie. Teraz on przystąpił do ataku. Wojciech B. zaczął się domagać ponad 386 tysięcy złotych odszkodowania m.in. za utracone zarobki i poniesione koszty i zadośćuczynienia za krzywdy moralne, doznane w trakcie miesięcy pobytu w więzieniu i podczas późniejszego procesu zakończonego uniewinnieniem.

Ostatecznie Sąd Okręgowy w Krakowie w kwietniu 2001 roku przyznał mu 24,5 tysiąca złotych odszkodowania i 60 tysięcy złotych zadośćuczynienia. Zdaniem Temidy, taka kwota zadośćuczyniła poczuciu krzywdy odniesionemu przez Wojciecha B.

Co ciekawe, po tej sądowej sprawie „Inkasent” nikogo już nie zabił.

Specjalna grupa policjantów z Wydziału Kryminalnego Małopolskiej Komendy Policji o kryptonimie Archiwum X nadal pracuje nad tą sprawą.

– Myśleliśmy, że to finał tej sprawy – mówi policjant z tej specjalnej grupy – Teraz to przed nami jeszcze raz duże wyzwanie. Tylko nie wiemy, czy to coś da.

Najważniejsze, że „Inkasent” więcej nie zabija.

Mirosław Koźmin

 

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*