Uciszony poprzez areszt

W październiku minie 15 lat od porwania Krzysztofa Olewnika. O kulisach sprawy i roli policji z Marcinem Popowskim – detektywem, który zeznawał przed Komisją Śledczą do zbadania okoliczności porwania i zabójstwa Krzysztofa Olewnika – rozmawia Marta Bilska.

Jak to się stało, że zajął się Pan sprawą Krzysztofa Olewnika?

Byłem rzecznikiem prasowym Stowarzyszenia Detektywów Polskich, obracałem się w kręgach dziennikarzy, policjantów i polityków, pisałem prace na temat terroryzmu a dodatkowo studia doktoranckie. Sprawa porwania Krzysztofa Olewnika często wchodziła w zakres zainteresowań i rozmów w tych kręgach. Znałem m.in. Jerzego Dziewulskiego i obaj uznaliśmy, że warto pomóc rodzinie Krzysztofa Olewnika. Wtedy spotkałem się z jego ojcem, porozmawialiśmy, przedstawił mi pewne informacje i tak to się zaczęło. To była jesień 2003 roku.

Dlaczego zainteresowała Pana ta sprawa?

Powodów zapewne można by wymienić kilka. Pisałem doktorat na wydziale prawa na katedrze kryminalistyki. Interesowały mnie techniki kryminalistyki wykorzystywane w zawodzie detektywa, porwania dla okupu, a także  profilowanie kryminalne sprawców przestępstw. Głośna sprawa nie tylko pobudza wyobraźnię, ale i może przynosić oczekiwany sukces zawodowy czy też medialny. Po latach pracy miałem dużo ciekawych zawodowych kontaktów, wiedzę i doświadczenie, więc uznałem, że warto się nad tą sprawą pochylić. Zacząłem zbierać informacje, wychodzić poza to, co podawano w mediach, szukać tropów w  innych miejscach.

Jakie były Pana pierwsze wrażenia?

Po kilku miesiącach pracy postawiłem roboczą tezę o współudziale funkcjonariuszy wymiaru sprawiedliwości (tak policji jak i prokuratury) w samym porwaniu lub zacieraniu śladów. Według mnie działania policji sprowadzały sprawę na fałszywe tory, a w wielu sytuacjach prowadziły do karygodnych zaniedbań i braku efektywności prowadzonego rozpracowania. Rozglądałem się więc głównie za nieprawidłowościami w ich pracy. Przez pierwszy rok zbierałem informacje na temat tego, jakie zostały popełnione błędy i zaniedbania, mogące mieć „opłakane” skutki. Wiedzą tą sukcesywnie dzieliłem się z Włodzimierzem Olewnikiem. On był już wtedy bardzo zagubiony i pozbawiony zaufania do wszystkich. Z jednej strony zrujnowany zdrowotnie przez przewlekłą traumę, a z innej finansowo przez różnego rodzaju naciągaczy i detektywów.

Wszedł Pan do sprawy po Rutkowskim. Co Pan myśli na temat jego pracy w tym konkretnym przypadku?

Rutkowski był wtedy posłem, brylował na salonach, udzielał się medialnie w tematach porwań dokonywanych  przez tak zwany gang „obcinaczy palców”, więc to poszło już jakby z rozpędu. Włodzimierz Olewnik myślał po prostu, że jest skuteczny i wpływowy. Rutkowski nie czuł się odpowiedzialny za w sumie nie swoje działania, tylko własnych pracowników. Uważał, podobnie jak policja, że nie doszło do porwania tylko do samouprowadzenia. Jego zespół przyjechał już dwa dni po porwaniu 29 października 2001 roku. Zamieszkał w domu Krzysztofa a także w domu rodziców. Sam Olewnik nie ukrywał, i otwarcie o tym mówił, że działania były prowadzone nieprofesjonalnie, np. nie był instruowany o tym, aby nie dotykał bezpośrednio listów, bowiem może to prowadzić do zatarcia śladów papilarnych sprawców. Poza tym dostawał nieprawdziwe informacje, co do logowania się telefonów sprawców. Włodzimierz Olewnik zapłacił ogromną sumę pieniędzy, a właściwie w zamian pozostawał dalej z wielką niewiadomą.

Został Pan oskarżony m.in. o pozyskiwanie informacji z policyjnych baz danych od Mirosława G. – policjanta z CBŚ. Jak to się stało, że zwrócił się Pan do niego?

Znaliśmy się bardzo długo, wiele razy pracowaliśmy przy tych samych sprawach, odnosiliśmy sukcesy przy sprawach związanych z napadami na TIR-y, odnajdowaliśmy kradziony w ten sposób towar. Mało tego, o tej współpracy wiedzieli jego zwierzchnicy, a ja nieraz brałem udział na terenie KGP w spotkaniach poświęconych bezpieczeństwu przewozu towarów na polskich drogach. Zawsze dobrze nam się współpracowało. Liczyłem, że powiadomi on swoich przełożonych o nieprawidłowościach w prowadzonym śledztwie. Nie miałem potrzeby pozyskiwania od niego informacji, gdyż miałem ich inne źródła. Bywało, że  przekazywałem mu swoje sugestie, co do czynionych ustaleń.

popowski-18-kopia

Wiedział Pan, że jest on członkiem specgrupy ds. Olewnika?

Wtedy nie. Tak jak wspominałem, współpracowaliśmy razem przy sprawach związanych z bandytyzmem drogowym. To był czas, kiedy ministrowie piali z zachwytu, że tworzą kolejną grupę, przeznaczają środki łączności, oddzielne pomieszczenia do prowadzenia śledztwa, samochody itd., a okazało się, że to była zwykła lipa. Wiedziałem od innych policjantów, że nie było żadnych osobnych sejfów, każdy miał dostęp do akt sprawy, nie było super środków łączności ani programów do analizy billingów, a członkowie grupy są dość przypadkowo dobrani – bez doświadczenia, jeśli chodzi o sprawy porwań. I jak to powiedziałem Olewnikowi, że kolejny raz jest „robiony w bambuko”, to uznał, że musi to zgłosić szefowi grupy. Okazało się wtedy, że w tej grupie jest też Mirosław G. Powiedziałem Mirkowi o jednym ważnym ustaleniu, i wtedy on oznajmił, że musi sporządzić z tego notatkę do swoich przełożonych. Pomyślałem świetnie, w końcu może pewne ustalenia przyczynią się do efektywnych działań.

Policja zaczęła się bać, że Pana wiedza może im zaszkodzić?

Odkryłem, że policjanci nie podjęli najważniejszych wątków, i w ogóle nie starają się wyjaśnić sprawy. Dotyczyło to również skandalicznego zaniedbania w postaci pozostawienia samochodu policyjnego wraz z całym kompletem akt sprawy, a w konsekwencji jego kradzieży wraz z dowodami. Podjęto wtedy działania o kryptonimie „Nubira”. Spotkało się to z natychmiastową reakcją. Szef grupy policyjnej – mł. insp. Grzegorz Korsan, przyjmujący od początku wersję, że Olewnik dokonał samouprowadzenia, i „zarażający” tą wersją wszystkich dookoła, uznał, że moje ustalenia są niewygodne i mogą wprowadzać zamieszanie. Wersja o samouprowadzeniu była już tak silnie od lat implikowana, że ministrowie w tym Kalisz, prokuratorzy w tym Kazimierz Olejnik, czy ówczesny szef CBŚ  Janusz Czerwiński, bredzili chyba o tym przez sen. Dawali bezpodstawną wiarę swoim pracownikom o kolejnych wyczynach Krzysztofa. A to o tym, że wyleciał w przebraniu do Berlina, a to że ukrywa się na plebanii w Gdańsku. Budowano teorie bez sprawdzenia, za pieniądze podatników. Wersja była tak silna i przekonywująca, że ówczesny prokurator apelacyjny, autor książki „Porwania dla okupu” też dał jej wiarę, mimo spotkań i łez wylewanych do niego przez rodzinę Olewnika. Wierzył w wersje prokuratorskie, nie zatrzymując oka na błędach w śledztwie, chociażby w braku zabezpieczenia śladów biologicznych czy też ciągłym odrzucaniu wniosków dowodowych.

Z jakiego powodu Pana aresztowano?

Młodszy inspektor Grzegorz Korsan postanowił stworzyć „legendę”, fałszywą wersję rozpracowania o tym, że jestem hersztem  grupy porywaczy o ogólnopolskim zasięgu, o charakterze zbrojnym. Grupa ma cztery komórki i nikt się w tych komórkach nie zna. Ja jestem jedynym łącznikiem, typuję osoby do porwania, organizuję miejsca przetrzymywania, techniki odbioru okupu. Żeby było ciekawiej, członkami tej grupy mieli być wysoko postawieni policjanci, ludzie z UOP-u, czy z WSI. Przy takiej legendzie sąd bez problemu klepnął wszystkie możliwe zgody na zastosowanie technik operacyjnych i permanentną inwigilację. Łamano wszelkie moje prawa. Miałem założony podsłuch na 9 miesięcy praktycznie na wszystko co możliwe. Wiedzieli o mnie bardzo dużo, wiedzieli, jakimi informacjami manipulować przy śledztwie. Sprawa inwigilacji została zamknięta w czerwcu 2005 roku. Moja wiedza była przyczyną aresztowania mnie, co dano mi wyraźnie do zrozumienia w czasie przesłuchania. Postanowiono mnie odizolować, osadzając w areszcie na podstawie materiałów w części sfabrykowanych, naciągniętych, a po części pozyskanych nielegalnie. Takich, które w swoim zagrożeniu mogły powodować stosowanie aresztu tymczasowego. Późniejsze śledztwo prokuratury wykazało, że grupa policyjna kierowana przez Korsana dopuściła się bardzo poważnych nadużyć. Sam kierownik grupy miał natomiast postawione zarzuty przyjmowania korzyści majątkowych i przekazywania informacji ze śledztw w innej sprawie.

Jak doszło do Pana zatrzymania?

Wsiadłem nieuzbrojony do samochodu na parkingu pod Komendą Główną Policji. Chciałem odjeżdżać i zrobiło się nagle czarno i głośno. Dwa jeepy zajechały mi drogę, otoczyli mnie z każdej strony, wyrzucili z samochodu, łamiąc żebra. Zatrzymywali mnie antyterroryści w dość mocnym składzie osobowym, ponad 20 osób. Oczywiście wszystko było nagrywane i fotografowane. Później zawieziono mnie do domu. Rewizję zrobiono z  naruszeniem wszelkich procedur, ponieważ nie pozwolono mi przysposobić wybranej osoby do przeszukania, powiadomić bliskich o zdarzeniu. Szantażem zmuszono mnie do otworzenia mieszkania rodziców i nielegalnie robiono tam oględziny, a w piwnicy szukano śladów Krzysztofa, przy użyciu psów tropiących. Samemu AT to nie ma co się dziwić, są powołani, żeby skutecznie działać. Pozostaje wstręt i brak zgody na stosowanie tego typu metod w celu przykrywania braku kompetencji zawodowych przez nadzorujących śledztwo. Oni dobrze wiedzieli, że nie ma zasadności stosowania tego typu zatrzymania. Wezwany do prokuratury, czy na policję, stawiłbym się bez problemu. I oni to wiedzieli. Przedstawienie jednak musiało trwać!

A słynna kwestia granatów, które u Pana znaleziono?

Prowadziłem szkolenia z zakresu napadów na banki i były to atrapy, pozbawione cech bojowych, co później potwierdziła ekspertyza balistyczna. Stały sobie w kuchni na półeczce. Jak oni wpadli i to zobaczyli, to od razu padło: „Uwaga! Uwaga! Tu są granaty!” Podeszli policjanci z AT, patrzą i się śmieją, i mówią, że tymi łupinkami to już nie powalczymy. Na co prowadzący śledztwo mówi:  „bierzmy, bierzmy będzie do TV”. Potem oczywiście poszła fama, że Popowski trzymał w domu materiały wybuchowe i pociski. Co najlepsze, to wzięli je z półki i wrzucili do reklamówki. Nawet przed komisją sejmową mówiłem, że jak to? Myśleli, że to prawdziwe granaty i zgarnęli je sobie do reklamówki i nosili jak świeże bułki z piekarni?! Manipulowano też komunikatami w mediach. Rzecznicy zadbali o to, aby informacje o tym sukcesie trafiły wszędzie: prasa, TV, radio, Internet. Dla przykładu: miałem w domu trzy jednostki broni legalnie, bo strzelałem na treningach i brałem udział w zawodach IPSC (szybkiego strzelania). Te 300 sztuk nabojów, które znaleziono, to czasami wystrzeliwałem na jednym treningu, więc były to śmieszne ilości. Broń i amunicja były w sejfie i wszystko było zgodnie z prawem. Tymczasem na nagraniu, które poszło do mediów, pokazano dom  kogoś z grupy przestępczej, gdzie na stole były powykładane karabiny maszynowe, lunety snajperskie i inne cuda w ilościach hurtowych. Tak mniej więcej wyglądał ten show wytworzony na potrzeby mediów, aby mnie zdyskredytować w oczach wielu ludzi. Lansowali też tezę, że oszukałem Olewnika na grube pieniądze. Wtedy on sam zabrał głos, że żadnych pieniędzy od niego nie brałem i nigdy żadnych mi nie dał. Chyba, że chodzi o postawienie kawy za 15 złotych w Sheratonie, którą nieraz ze mną pił.

Z domu zabrano Pana prosto do aresztu?

Tak. Do sprawy zatrzymano 13 osób, z czego areszt zastosowano wobec trzech osób. W tym również Mirosława G. Przesiedziałem tam dziewięć i pół miesiąca. I teraz kolejna ciekawostka. Przez ten czas do, jakby się wydawało, groźnego przestępcy ani razu nie przyjechał prokurator, a policja tylko raz. W grudniu 2006 roku wpłynął do sądu akt oskarżenia i tym samym „gospodarzem” mojej osoby stał się sąd niepodzielający opinii prokuratury, co do stosowania aresztu. Prokuratura cały czas zasłaniała się tą sama bajką, co do zagrożenia wysoką karą, rozwojowego śledztwa, coraz to nowymi wątkami. A wcześniejsi sędziowie tak bezkrytycznie podpisywali się pod tymi bzdurami nie zważając na fakty, które były w tych aktach. Wystarczyło się zagłębić, a nie z automatu klepać przedłużanie aresztu. No, ale w końcu przy takich lewych uzasadnieniach działań operacyjnych, to jakiś czas musiało trwać. Wyszedłem z aresztu w styczniu 2007 roku. Sąd mnie zwolnił, uznał, że to zatrzymanie było bzdurą. Prokuratura zachowywała się, jakby ją osy pogryzły, taki ważny podejrzany a na wolności. Jak już wyszedłem, to zaczęli mnie ścigać i zapraszać na rozmowy. Niestety dla nich, sąd zwolnił mnie też z dozoru i oddał mi paszport. Tak zaczęło się życie na wolności człowieka, który przed opinią publiczną został skazany na infamię. W zawodzie detektywa to dość bolesne. A tymczasem mija dziesięć lat. Zdążył już umrzeć jeden adwokat i jeden oskarżony. Także ekipa się skurczyła, tylko nie widać końca tej sprawy. Za to awanse w środowisku policyjno – prokuratorskim się posypały.

Gdy wyszedł Pan z aresztu, media przejrzały w końcu na oczy? Skończyła się ta fala dezinformacji?

Trochę tak. W mediach zaczął pojawiać się trochę inny obraz mojej osoby, ale też pod innym kątem zaczęto patrzeć na sprawę Olewnika. Takim  kulminacyjnym zwrotem akcji, było samobójstwo Sławomira Kościuka – jednego z morderców Krzysztofa, a było to kolejne samobójstwo w tej sprawie. Wtedy zdecydowałem się przekazać swoją wersję. Kilka opiniotwórczych tygodników o tym napisało i coraz ciężej było udawać, że nie ma problemu i wszystko można ukryć. Dodatkowo byłem jedną z osób, które walczyły o utworzenie komisji śledczej i w końcu się udało. Bardzo pomocny był poseł Zbigniew Wassermann, z którym często spotykałem się w Sejmie, i poseł Andrzej Dera. Kiedy wyszło na jaw, że będę przed nią zeznawał, to pojawiły się groźby pod moim adresem. Anonimy, nachodzenia, pogróżki, dziwne zdarzenia drogowe.

Mimo to zeznawał Pan, i opowiedział o swoich ustaleniach. Jakie błędy popełniono w tej sprawie?

Tak, zeznawałem i powiedziałem to, co wiem. Najważniejsze dla śledztwa są zawsze pierwsze 72 godziny. Zbiera się wtedy pozostawione ślady, przesłuchuje się świadków, przyjmuje wersje śledcze. Jest to czas strategiczny dla sprawy. Ten czas ma szczególne znaczenie, jeśli chodzi o czyjeś życie. Tutaj była bierność. Jak to możliwe, że policjant, który w feralną noc porwania bawił się u Krzysztofa w domu na grillu, wszedł w skład pierwszej grupy operacyjno – dochodzeniowej? Nikt nie widział w tym nic dziwnego, że potencjalny świadek będzie też śledczym?  Podam jeszcze kilka przykładów, bo długo by wymieniać. Chociażby to, że na miejscu znaleziono włos Sławomira Kościuka (jeden z uznanych za winnych zabójstwa Olewnika –  red.). Gdyby poddano ten włos analizie, to byłyby szanse wykrycia sprawcy, jednak tego nie zrobiono. Były też znalezione jego odciski palców na telefonie, którym posługiwał się Krzysztof Olewnik. To również zostało jakby pominięte. Zupełnie niezrozumiałe jest to, że policjanci ani razu nawet nie próbowali ustalić numeru telefonu komórkowego, z którego porywacze dzwonili do rodziny biznesmena! To wydaje się aż nieprawdopodobne. Równie niewytłumaczalne było zachowanie policjantów, kiedy ojciec ofiary dostał w styczniu 2003 roku anonim. Jego autor pisał, że porywacze chcą zabić Krzysztofa i… podał pseudonim zabójcy oraz nazwisko człowieka, który więził młodego Olewnika. Policjanci nawet nie sprawdzili wiarygodności anonimu! Przez cztery lata policjanci ukrywali kasetę wideo, na której widać, jak szef gangu porywaczy kupuje telefon komórkowy, z którego dzwoniono później do rodziny Olewników. A już kilkanaście tygodni po porwaniu śledczy wiedzieli, że w ich grupie działa informator, który przekazuje bandytom szczegóły dochodzenia. Równie szokujący jest inny fakt: policja nie spisała numerów banknotów, które rodzina Olewników przekazała porywaczom! Od początku w zasadzie można było wykryć sprawców. Jednak kompletnie zaniedbano pewne rzeczy i według mnie sprowadzono śledztwo na fałszywe tory.

Jakie hipotezy forsowali policjanci?

Były cztery główne tezy. Uprowadzenie przez zorganizowaną grupę przestępczą. Druga to, że mógł być winny komuś pieniądze. Brano pod uwagę, że utrzymywał bliskie kontakty z żoną kogoś ze świata przestępczego lub mężatką. Wtedy pojawiła się plotka – też wersja, że mogło chodzić o żonę bardzo wysoko postawionego na tamtym terenie policjanta. Ostatnia wersja, że jest to upozorowane porwanie w celu wyłudzenia pieniędzy. Policja bardzo się uparła na tę ostatnią wersję, bagatelizując wszystkie inne. Dane Kościuka i Franiewskiego były znane policji już w czerwcu 2003 roku, czyli w momencie, jak jeszcze Krzysiek żył. Nic z tym nie zrobiono. Kolejny skandal, to wypuszczenie latem 2004 roku zabójcy Olewnika. Zatrzymano go z kartą telefoniczną, z której były wykonywane rozmowy do rodziny biznesmena. Prokurator nawet nie wystąpił o jego tymczasowe aresztowanie.

 

A co z wersją porwania za odmowę współpracy Włodzimierza Olewnika z układem biznesowym?

Porwanie jako zemsta na rodzinie Olewników za odmowę współpracy z układem bizensowo-polityczno-policyjnym też była brana pod uwagę. Krzysztof Olewnik mógł dostał propozycję nie do odrzucenia. Miała ona związek z biznesem, a wiązała się z kręgiem osób powiązanych z lokalną polityką. Chodziło o wykorzystanie należącej do Krzysztofa firmy Krup Stal, zajmującej się handlem stalą. Związani z lewicą lokalni politycy chcieli ją wykorzystać do wprowadzania na polski rynek stopów przemycanych do kraju bez cła i podatku lub wyłudzanych z hut. Pamiętam moje spotkanie z profesorem Andrzejem Zybertowiczem, dziś doradcą prezydenta Dudy,  nazywał on to „wspólnotą brudu”- grupę ludzi, którzy mają wspólnie coś za skórą, mają interes, żeby się wzajemnie chronić, ale jednocześnie trzymają się wzajemnie na uwięzi. I nie mogłem się z nim nie zgodzić, wchodząc coraz bardziej w tę historię.

Myśli Pan, że kiedyś odpowiednie osoby zostaną ukarane za nieprawidłowości, które się w tej sprawie pojawiły?

Nadzór pracy policji to fikcja, a ta sprawa to przykład zamiatania błędów pod dywan. Prokuratorzy ukrywają się za immunitetem. Sąd dyscyplinarny możliwy jest dopiero po jego uchyleniu. Póki co minęło tyle lat i żaden z dwudziestu prokuratorów, którzy przewijali się w sprawie, nie poniósł żadnej odpowiedzialności. Była na początku pani prokurator, która gdyby dalej prowadziła sprawę, to myślę, że znaleźliby Krzyśka. Jednak z jakichś powodów została odsunięta. W Olsztynie część bezcennych dowodów rzeczowych została zalana ściekami z pękniętej rury. Nikt nie informował o zalaniu dowodów rzeczowych rodziny. Gdańska prokuratura oskarżyła dwoje pracowników Laboratorium Kryminalistycznego Komendy Wojewódzkiej Policji w Olsztynie o niedopełnienie obowiązków i sfałszowanie wyników ekspertyz badań DNA szczątków Krzysztofa Olewnika. Pobrano trzy materiały porównawcze DNA z kości Krzyśka. W dwóch próbkach się zgodziło, a w jednej nie. Powinni byli to powiedzieć i dokonać jeszcze raz poboru materiału, a nie zrobili tego. W tej sprawie roi się od błędów.

Wiadomo, co działo się z Krzysztofem podczas tych dwóch lat od porwania do śmierci?

Traktowano go strasznie. Był bity, wyrywano mu włosy, łamano kości. Kazano mu załatwiać potrzeby fizjologiczne do wiadra przez rozcięte spodnie. Aby mieć nad nim kontrolę znęcano się psychicznie, że rodzina się go wyparła i nie jest dla nich ważny. Faszerowano go też silnymi środkami psychotropowymi. Był przykuty do ściany krowim łańcuchem za szyję. W końcu trafił do dołu na szambo. Na koniec go udusili i zawinęli w siatkę, żeby zwierzęta go nie odkopały. Tak że te dwa lata były dla niego koszmarem. Nie ma co się dziwić rodzinie, że dalej walczy i nagłaśnia sprawę, bo dla nich to ogromna trauma. Takie historie się raczej na świecie nie zdarzają, żeby przetrzymywać tyle czasu ofiarę. Pozostaje pytanie, kto finansował to przedsięwzięcie? Przecież ktoś do niego musiał jeździć. Był przewożony z miejsca na miejsce. Przebywał przecież w Kałuszynie, potem w Różanie. Ktoś się musiał tym zajmować. W skali światowej nie ma chyba takich przypadków.

Dlaczego według Pana tyle go przetrzymywano?

Nie wiem. Mam różne teorie. Być może ktoś płacił Kościukowi i Pazikowi za porwanie, a później przetrzymywanie, a tak naprawdę stał za tym zupełnie ktoś inny. Pojawiała się też teoria, że chciano doprowadzić do upadku finansowego firmy Włodzimierza Olewnika i przejęcia biznesu.

W Polsce  jest mnóstwo spraw, które zamiata się pod dywan. Dlaczego?

Mamy bałagan w każdej możliwej służbie. To jest efekt pewnej nonszalancji. Nie zabezpiecza się prawidłowo śladów, podchodzi bardzo lekko do tematu. Nie przydziela się specjalistów, a jak się przydzieli, to środków finansowych nie wydaje się na to, co trzeba. Ludzie awansują po linii koleżeńskiej albo partyjnej, a nie na skutek swojej fachowości, i później takie są tego efekty. Takich spraw w Polsce jest mnóstwo, które nigdy do końca się nie rozwiążą, albo wcale nie będą miały finału. Tutaj można było załatwić sprawę poprzez prostą obserwację i odrobinę dobrej woli, bo przecież cały czas w śledztwie przewijały się pewne osoby. Z jakichś powodów jednak tego nie zrobiono. Z jakich? Tego możemy się nigdy nie dowiedzieć.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*