Miałem wampira na widelcu

Czy Zdzisław Marchwicki był „wampirem z Zagłębia”, czy on i jego bliscy, stali się ofiarami socjalistycznej machiny prawno-milicyjnej, która potrzebowała śledztwa zakończonego sukcesem.  Zaś prowadzący je śledczy chcieli zrobić dzięki tej sprawie kariery. Wokół tej sprawy jest wiele niejasności i niedomówień. Jednak minęło już zbyt dużo czasu, aby można je było rozwiać.

 Wyrokiem Sądu Wojewódzkiego w Katowicach z 28 lipca 1975 roku – w jednym z milicyjnych garaży w Katowicach – 26 kwietnia 1977 roku powieszono Zdzisława Marchwickiego, zwanego „Wampirem z Zagłębia”. W tym samym garażu, godzinę potem powieszono jego starszego brata, Jana Marchwickiego. Trzeciego z braci, Henryka Marchwickiego, również oskarżonego w sprawie „Wampira z Zagłębia”, wsadzono na 25 lat do więzienia.

Było to śledztwo z wieloma wątpliwościami i niedomówieniami. Zwracali na to uwagę niektórzy uczestniczący w nim oficerowie milicji. Rezygnowali potem z dalszego śledztwa, bądź przesuwano ich na inne stanowiska. Nawet dowodzący dochodzeniem kapitan Jerzy Gruba miał ponoć krzyknąć do swoich podwładnych: – Myślicie, że i ja nie mam wątpliwości?!

Gruba był ambitny. Chciał awansować w milicji. I udało mu się  to. Po latach był komendantem wojewódzkim Milicji Obywatelskiej w Katowicach. Został awansowany do stopnia generała brygady. Był zastępcą komendanta głównego Milicji Obywatelskiej. Stał na czele zespołu, który tuszował dowody w sprawie zabójstwa Grzegorza Przemyka.

z_procesu_z_archiwum_policji_
Nie wszyscy byli przekonani do winy Henryka Marchwickiego

W latach 80. ubiegłego wieku, nie wracano do sprawy „wampira z Zagłębia”. Ponownie zaczęto o niej mówić i pisać dopiero po zmianach ustrojowych. Kiedy to – ze względu na stan zdrowia – wypuszczono przed terminem z więzienia Henryka Marchwickiego.

– To wszystko kłamstwo, nieprawda, brat był niewinny, zmuszano nas do składania przeciwko niemu nieprawdziwych zeznań! – mówił do mnie w ośrodku pomocy społecznej w Katowicach-Załężu, w kwietniu 1993 roku. Głodował w ośrodku, aby zwrócić uwagę na niesprawiedliwy – jego zdaniem – wyrok, który skrzywdził rodzinę Marchwickich. Słał w tej sprawie pisma, gdzie się tylko dało. – Mój brat, Zdzisław, nie był żadnym „wampirem”! –  twierdził w rozmowie ze mną.

Świat mediów też podzielił się w tej sprawie. Jedni widzieli w Marchwickich ofiary komunistycznego systemu. Inni uważali, że skazano właściwe osoby.

W pewnym sensie kwestię tę rozwiązał profesor Andrzej Zoll, rzecznik spraw obywatelskich w latach 2000-2006. O kasację wyroku zwróciły się do niego dzieci Zdzisława Marchwickiego. Po roku, po przejrzeniu 181 tomów akt, w marcu 2002 roku biuro rzecznika poinformowało rodzinę i media, że nie dopatrzono się żadnych nieprawidłowości, a wyrok z 28 lipca 1975 r. wydano zgodnie z prawem

 – Zresztą, kto dziś prawdy dojdzie?! – mówi emerytowany policjant – Najważniejsi świadkowie dawno pomarli.

Akta tej sprawy znajdują się w archiwach Sądu Okręgowego w Katowicach. Rośnie wokół nich legenda.

 Zaczęło się od Anny

 Józef Kogut, prezes Śląskiego Stowarzyszenia Pomocy Ofiarom Przemocy, w latach 90. ubiegłego wieku wieloletni komendant policji w Chorzowie, dobrze znał rodzinę Marchwickich. Jako młody wówczas górnik, nie raz widywał na kopalni „Siemianowice” Zdzisława Marchwickiego. Zapamiętał go dobrze: Po tej jego twarzy.

img_0899
– Miałem Marchwickiego na widelcu – wspomina Józef Kogut/ fot Roman Roessler

Marchwicki zajmował się wówczas zaopatrzeniem oddziału górniczego, i był bardzo mrukliwy: – Praktycznie był bez przyjaciół – dodaje Kogut. Potem, kiedy po wojsku Józef Kogut wstąpił do milicji, wielokrotnie miał do czynienia ze Zdzisławem a później i z jego żoną, Marią. Służbowo już. Kogut znał też pierwszą ofiarę Marchwickiego, Annę Mycek.

Wieczorem, 7 listopada 1964 roku, o godzinie 19 natknięto się w Dąbrówce Małej na zmasakrowane ciało tej 58-letniej kobiety.

– Mycek mieszkała niedaleko teściowej Marchwickiego i stale się z nią kłóciła – opowiada Józef Kogut – Szło na noże. Marchwicki, kiedy zjawiał się u teściowej, brał jej stronę w czasie takich kłótni i też naskakiwał na Mycek. Anna Mycek wracała z pracy, z zakładów przeróbki chemicznej zwanej „Szynerką”, na peryferiach Siemianowic Śląskich, gdy została zamordowana. W tył głowy otrzymała siedem ciosów jakimś narzędziem, którego nie odnaleziono. Ciało leżało obnażone. Nie stwierdzono, aby została zgwałcona. Teren, gdzie dokonano napadu, przy nasypie kolejowym ze ścieżką, był pełen krzaków, różnych zagłębień, i był oddalony od najbliższego budynku, słabo oświetlony na dodatek.

Podejrzenie padło na męża zamordowanej. Trzy miesiące przesiedział w areszcie. Wypuszczono go z powodu braku dowodów.

Odstrzeliła genitalia

Gdy w podobny sposób, jak w przypadku Mycek, giną kolejne dwie kobiety, włączyła się w sprawę wojewódzka komenda w Katowicach. Zabójca uderzył jednak po raz czwarty. Nieudanie. Uczennica szkoły podstawowej zdołała zbiec.

Potem  znowu zamordował, tym razem w czasie peerelowskiego święta 22 lipca. Bliski znajomy ofiary, który był podejrzewany, miał stuprocentowe alibi. W cztery dni później ginie kolejna kobieta. Zaś dwóm następnym ofiarom napadów udaje się  przeżyć.

Wówczas szefem grupy poszukującej seryjnego mordercy został kpt. Jerzy Gruba, zastępca naczelnika wydziału kryminalnego ówczesnej komendy MO w Katowicach. Grupa przyjęła kryptonim „Anna”, od imienia pierwszej ofiary. Z ramienia Prokuratury Generalnej PRL śledztwo nadzorował prokurator dr Józef Gurgul ze swym sztabem urzędującym w budynku komendy milicji w Siemianowicach Śląskich.

Następują kolejne zabójstwa. Mimo że włączono do grupy najlepszych specjalistów, to efektu śledztwa nie widać. Nawet psy milicyjne tracą trop. W komendzie działał specjalny telefon. Sprawdzano wszelkie doniesienia. Przebierano milicjantów w kobiece ubrania i peruki i tak wysyłano w teren. Wyglądali komicznie, więc przeszkolono milicjantki. Blisko sto funkcjonariuszek wyposażonych w specjalne ochraniacze pod czapką, zabezpieczające potylicę i lewą skroń – te miejsca zabójca atakował najczęściej. Każda z nich miała pod ręką małą krótkofalówkę. Spacerowały nocami, z gotową w każdej chwili do strzału bronią.

– Marta ze Starachowic, kuzynka mojej żony, też została skierowana jako „ochotniczka” do tej akcji – opowiada Kogut – Zakwaterowano ją w hotelu robotniczym elektrowni „Łagisza”. Nie spodziewała się napaści w hotelu. Ale tak się stało. Myślała, że to „wampir”. Broniła się i doszło do strzelaniny. Jednemu z napastników, który chciał jej odebrać broń, berettą odstrzeliła genitalia.

 Tysiąc zbrodni na tysiąclecie

 Tymczasem drukowano i wywieszano ostrzegawcze ulotki. Rodzice wieczorami nie wypuszczali z domów córek. Mężowie odprowadzali żony do pracy i wychodzili po nie. Zakłady rozwoziły do domów swe pracownice. Społeczne „trójki” patrolowały mniej oświetlone tereny. Jednak kobiety ginęły nadal. W 1965 roku „wampir” napadał aż jedenaście razy! Na początku 1966 roku nie dawał o sobie znać, aż do 19 lutego, kiedy to kobieta w Grodkowie przeżyła napad. Po nim nastąpiły dwa kolejne zabójstwa. W tym Marii Gomółki w Sosnowcu-Zagórzu, i jeszcze tego samego wieczoru kolejny napad, który ofiara przeżyła.

W przypadku Gomółki opinia publiczna doszukiwała się politycznego podtekstu: zbieżność z nazwiskiem ówczesnego pierwszego sekretarza politbiura – Władysława Gomułki. Chociaż jego nazwisko pisało się przez „u” otwarte.

Szemrano, że na tysiąclecie „Wampir z Zagłębia” zamierza zamordować tysiąc kobiet!

– 11 października 1966 roku, w parku za rzeką Przemsza, w Małpim Gaju zamordowano w Będzinie 18-letnią bratanicę ówczesnego pierwszego sekretarza komitetu wojewódzkiego, Jolantę Gierek – przypomina Józef Kogut Na miejsce zbrodni przyjeżdżało coraz to więcej wyższych rangą oficerów. Kręcili się wokół, często przeszkadzając sobie nawzajem. Przy okazji zadeptywali ślady.

Po zabójstwie bratanicy Edwarda Gierka, wyznaczono nagrodę miliona złotych za pomoc w ujęciu „wampira”. Nikt jednak się nie zgłaszał.

Zaś w kręgu podejrzanych znalazło się ponad 100 tysięcy mężczyzn, zamieszkałych pomiędzy Dąbrową Górniczą a Będzinem. Dla wielu tworzono nawet kartoteki.

Od 1967 roku „wampir” morduje następne kobiety.

– Pamiętam jak dziś, była to jesień 1968 r., pracowałem już w milicji –  Kogut wspomina tamten wieczór, w którym Marchwickiemu nie udało się zamordować kolejnej ofiary – Byłem plutonowym. Z sierżantem byliśmy na patrolu, a tu na piaskach, od strony Czeladzi, z terenu szybu „Bańgów” wyłania się znajoma mi postać. Był to Zdzisiek Marchwicki. Sierżant też go poznał. Nieraz Marchwicki kręcił się tutaj po terenie. Był jakiś poobijany, na twarzy miał podrapania, miał również podrapane ręce, więc zwróciłem na to uwagę sierżantowi. Gdy sierżant zapytał Marchwickiego, ten odpowiedział, że to nic, że pobił się z kolegami. A ja na to, że jak się mógł pobić z kolegami, skoro wyłazi z pola. Nie przekonał mnie, ale starszy rangą ode mnie sierżant zadecydował, że w sumie z Marchwickiego porządny chłop, zatem go puści wolno. No i wyszedł z samochodu, w którym już go mieliśmy. Nie mogłem się sprzeciwić dowódcy patrolu. Do dziś myślę sobie nieraz:  miałeś Marchwickiego na widelcu…

Ostatni raz zaatakował 4 marca 1970 roku w Siemianowicach – Bytkowie. Ofiarą była 43-letnia dr Jadwiga Kucia, pracownica naukowa Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach.

– Zjeżdżaliśmy wtedy z całonocnego dyżuru w terenie, do komendy w Siemianowicach Śl., kiedy przyszło wezwanie, że nad ranem, przed 6. w rejonie ośrodka TV w Katowicach, na Bytkowie, przechodnie znaleźli zwłoki kobiety – przypomina sobie Józef  Kogut – Głową leżała skierowana w kierunku ośrodka telewizyjnego. Była obnażona, ale niezgwałcona. Przez całą twarz, chyba to była prawa jej strona, od skroni aż prawie po szyję, miała mocne, rozorane cięcie. Jakby pejczem zadane, który wyrywał i nacinał skórę. Nie miała przy sobie dokumentów. Najpierw myślano, że to mogła być osoba z pobliskich domków fińskich. W końcu trafiono na starszych ludzi, którzy oznajmili, że ich córka pracuje na uczelni i nie wróciła z zajęć. Tym razem pies milicyjny podjął ślad i poszedł pod samo ogrodzenie kopalni „Siemianowice”, w której Marchwicki nadal pracował.

Pogromca dusiciela z Bostonu

 Po zabójstwie Kuci, docierały do milicji anonimy z Tarnowskich Gór, jakoby „wampir” pochodził z tego miasta i że zabójstwo w Siemianowicach było jego ostatnim. Przyszedł też list od Piotra Olszowego, że to on jest „wampirem” i nie może więcej zabijać, a na koniec zamorduje żonę i dzieci, oraz odbierze sobie życie. Milicja zbagatelizowała list od Olszowego, choć znany był  milicji, że znęca się nad rodziną. W kilka dni później – leczył się psychiatrycznie – zrealizował swą obietnicę. Nożem zamordował żonę, dwóch synów zatłukł młotkiem, po czym oblał się benzyną i podpalił swój dom, w którym dokonał zbrodni. On bardziej pasował do charakterystyki zabójcy, niż Marchwicki.

– Ale Olszowy już nie żył, gdy Zdzisław Marchwicki mordował Kucię – przypomina  Kogut.

Ze spalonych zwłok Olszowego już nie można było pobrać odcisków palców. Po samobójstwie Olszowego, przyszedł do komendy kolejny anonim. I on także informował o końcu zbrodni. Grafolodzy orzekli, że pisała ją ta sama ręka, która napisała anonimy przed śmiercią Olszowego. Nie było to pismo Olszowego, ani nikogo z rodziny Marchwickich.

Pod kątem fizycznym i psychicznym nadal analizowano wszystkie dane mężczyzn zamieszkałych od Dąbrowy Górniczej po Będzin i okolice. Skorzystano z pomocy fachowca ze Stanów Zjednoczonych, dr Jamesa A. Brussela, którego charakterystyka profilu zabójcy przyczyniła się do schwytania dusiciela z Bostonu. Zatrudnienie takiego fachowca, na owe czasy było sporą sensacją. Z 485 cech wyliczono 34, które charakteryzowały złoczyńcę, i przeniesiono je na arkusz, na który naniesiono karty perforowane z dokładnie opisanymi cechami fizycznymi i psychicznymi podejrzewanych. Pod naświetlarką, na arkuszu wyjść miał z nich „trójkąt”. Na 56. pozycji, miał się znaleźć Zdzisław Marchwicki.

Ale nie z powodu „trójkąta” i naświetlarki zatrzymano Marchwickiego. Funkcjonariusze dotarli do domostwa Zdzisława Marchwickiego przy ul. Krupanki w Siemianowicach. Nie zastali Marchwickiego w domu. Milicjanci rozpytywali żonę Marchwickiego, Marię, o jej kochanka Jana B., z którym – pozostawiając męża, Zdzisława – jakiś czas temu uciekła do Lęborka. Usłyszeli, żeby się odczepili od tego B., a lepiej się zajęli jej mężem, Zdziśkiem, bo to on jest tym „wampirem”, co go szukają! Powiedziała, że nosi przy sobie owinięty we flanelową koszulę 30-centymetrowy majzel (przecinka – przyp. red). No i zaczęła wylewać na swego męża najgorsze pomyje, że znęca się nad nią i dziećmi, i że jest najgorszy. A zadawanie bólu sprawia mu największą przyjemność. Mówiła, że sama choruje na padaczkę i kiedy ma ataki, to on odbywa z nią stosunek. Jeden z synów Marchwickiego miał również powiedzieć, że tata skacze po mamie. Mówiła jeszcze o zakrwawionych rzeczach, które jej mąż, nie wiadomo skąd, przynosił do domu.

Milicja wiedziała, że Zdzisław Marchwicki lubił zaglądać do kielicha i awanturował się w domu. – Nieraz milicjanci jeździli do Marchwickich z interwencją – wspomina Józef Kogut.

Maria była najpierw żoną najmłodszego z braci – Henryka Marchwickiego. Gdy jednak Henryk odsiadywał wyrok za kradzież, związała się z jego bratem, Zdzisławem. Henryk nie miał pretensji do Zdzisława, był już z kimś innym. Potem Maria odeszła także od Zdzisława. I od 1964 roku – przez dwa lata – mieszkała w Lęborku ze swoim kochankiem, z którym miała dwójkę dzieci. Zdzisław prosił, więc wróciła, a on z powrotem przyjął do siebie żonę wraz z nowym przychówkiem. W sumie mieli teraz siódemkę, w tym piątkę Maria miała ze Zdzisławem – trójkę przed tym, nim wyjechała do kochanka do Lęborka, i dwójkę po powrocie. Najmłodsze urodziło się, gdy Zdzisław, jako „wampir z Zagłębia”, siedział już w areszcie. Marii nie lubiano w rodzinie Marchwickich. Miała ponoć bić Zdzisława. Ale pasowała do jego rodziny.

Ojciec Marchwickich – górnik, za kołnierz nie wylewał i ciężką miał rękę do swych dzieci. Pięć razy się żenił! Rodzeństwo: Jan, Halina, Zdzisław i Henryk, było przyrodnie.

Dopiero, gdy Maria wsypała męża, przypomniano sobie o „trójkącie” i wynikach naświetlarki.

Nikt nie dostał miliona

 – Nie jest prawdą, jakoby Marchwickiego zatrzymano w centrum Dąbrowy Górniczej – wspomina Józef Kogut – Koledzy z komendy w Siemianowicach Śląskich pojechali wtedy po niego, wczesnym rankiem 6 stycznia 1972 roku na ulicę Krupanki, gdzie w starych nieistniejących już barakach mieszkał wraz z żoną, i tam go zwinęli.

 Zatrzymaniem brata zaniepokoił się szczególnie Jan Marchwicki. Siostrze, Halinie Flak miał powiedzieć, aby nikomu nie wspomniała o torbach, które dwa lata temu dostała od Henryka,  i które on, Jan, jej przekazał.

Po aresztowaniu przewieziono Zdzisława Marchwickiego do Warszawy, gdzie – w komendzie głównej – najpierw przyznał się do wszystkiego, ale na drugi dzień jednak zmienił zdanie i odwołał zeznania.

Nie odnaleziono rzekomego narzędzia jego zbrodni, 30-centymetrowego majzla, o którym wspominała Maria.

Z Warszawy przewieziono go do Katowic. W katowickiej komendzie wojewódzkiej powtarzało się to, co w komendzie głównej. Marchwicki co chwilę zmieniał zeznania. Jan Kowalski – pierwszy przesłuchujący Marchwickiego – przyznawał, że na początku nie odpowiadał on na żadne pytania. A jak zaczął, to kręcił i mataczył. Twierdził, że przyznał się do wszystkiego, bo myślał, że dadzą mu spokój. Podpisywał protokoły z przesłuchań, a potem dopisywał pod nimi, że to, co zeznał przed chwilą, nie jest prawdą. Raz zerwał się z krzesła, złapał arkusz protokołu i zaczął go zjadać. Albo pytał oficera, co ma powiedzieć, by było dobrze. Protestował tylko w jednym przypadku, gdy zarzucano mu, że bił żonę i znęcał się nad dziećmi.  Maria przyznawała, że wprawdzie bił ją, ale to ona właściwie nieraz pobiła męża, a raz nawet syn trzymał ojca, a ona lała Zdzicha ile wlezie. Ważyła blisko dwa razy więcej od męża – 120 kg! Przy niej Marchwicki wyglądał jak chuchro i trudno było przypuszczać, że się go w ogóle bała. Matka Marii oraz siostra braci Marchwickich – Halina Flak, wskazywały, że to raczej Maria tłukła męża. Nawet żelazkiem! Przychodził do nich pobity nieraz, skarżąc się na żonę. Maria była kobietą trudną we współżyciu, co nawet przyznawała jej matka.

– Dorastające dzieci Marii miały skłonności do kradzieży, byłem wtedy młodym inspektorem do spraw nieletnich – wspomina  Kogut – Raz wpadła do mnie na komendę z mordą, że zostawia mi swoje dzieci. I jeszcze padła na podłogę, że niby ma padaczkę, a jednym okiem łypała w moją stronę, co zrobię. No to ja za telefon i oznajmiłem jej, że jej dzieci zostaną oddane do domu dziecka. Kiedy wróciła po kilku godzinach, oświadczyłem, że już ich nie dostanie, no to jak się zaczęła drzeć na całą komendę, to przybiegł do mnie komendant, żeby jej te dzieci w końcu oddać. Innym razem przyszła do mnie pobita kablem jedna z córek Marii. Kabel rozciął dziewczynce pierś. Bardzo płakała, skarżąc się na matkę. Szybko pobiegłem z małą do lekarza. Gdy Maria przeniosła się na ul. Sobieskiego 43 w Siemianowicach, to od razu pokłóciła się ze wszystkimi sąsiadami. Lała ich po prostu, gdy schodzili z wyższych kondygnacji.

Mimo, że Maria pomogła w ujęciu „wampira”, to nagrody miliona złotych  nie otrzymała: – Nikt nie otrzymał tej nagrody – dodaje Józef Kogut.

Zeznania Zdzisława Marchwickiego były niespójne. Ale jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności wynikało z nich, że napady na kobiety wzrastały, gdy Maria planowała odejść od męża, kiedy kłóciła się z nim, i gdy wyjechała do Lęborka. Drugi z oficerów, Bogusław Zieliński przyznawał, że Marchwicki miał silną psychikę. Nic go nie mogło zaskoczyć.

Ślady, pozostawione na miejscach zbrodni, nie pasowały jednoznacznie do Zdzisława Marchwickiego. Sugerowano też, że „wampir” mógł być leworęczny. Trudno też było przypuszczać, że Marchwicki był zboczony, skoro przesłuchiwane jego kochanki potwierdzały, że pod względem seksu był normalnym mężczyzną. Gdyby był dewiantem seksualnym, to po zabójstwie Kuci, zaatakowałby ponownie. Marchwicki miał schowany w domu pejcz – to był jeden z późniejszych głównych dowodów przeciwko niemu.

Zdzisława Marchwickiego oskarżała jedna z niedoszłych ofiar, pielęgniarka, na którą miał się rzucić za wiaduktem kolejowym w Siemianowicach. Rozpoznała go po jego charakterystycznym skrzywionym nosie, wystających kościach policzkowych i falujących włosach. Zapamiętała go, gdy się broniła. Również przypadkowy kierowca, który rzucił się kobiecie na pomoc, rozpoznał w napastniku Marchwickiego. Z kolei Jan B. miał zeznać, że Maria powtarzała, iż z jej męża to taki zoofil.

Na początku śledztwa Marchwicki zaprzeczał też, że znał Annę Mycek – pierwszą swą ofiarę, i że była ona sąsiadką jego teściowej. Był jednak widywany przez wielu świadków i rozpoznawany.

Wobec Marchwickiego zastosowano wariograf. Efekt był niejednoznaczny. Przy wielu pytaniach wariograf nie dawał pozytywnych wyników. Marchwicki mocniej zareagował tylko raz, gdy zapytano go, czy zabił jakąś kobietę. Na pytania dotyczące Anny Mycek, nie reagował.

Zmieniano mu cele i osadzonych. Podstawiano osoby, by przyznał się w końcu do winy, siedzieli z nim funkcjonariusze w przebraniu. On ciągle jednak kluczył.

Rozpracowywano całą rodzinę Marchwickich. Niespełna trzy miesiące po aresztowania Zdzisława,  przesłuchiwano – w charakterze świadka – Jana Marchwickiego. Jego osobę od razu połączono z Kucią, ostatnią ofiarą „wampira”. Oboje pracowali na katowickiej uczelni. Do końca 1969 roku Jan Marchwicki był tam kierownikiem administracyjnym na wydziale prawa, i za łapówki, w zamian za otrzymanie indeksu, jak również za czyny lubieżne, został z uczelni usunięty. Miała się do tego przyczynić Kucia.

Jadwiga Kucia miała bardzo dobre stosunki z lokalnym duchowieństwem, a Jan Marchwicki – po wyrzuceni z uczelni – starał się o pracę w diecezjalnej drukarni. Kucia wiedziała też o jego współpracy z UB, a potem z SB. Najbardziej wykształcony z Marchwickich, jako były poznański seminarzysta i krakowski student teologii – w obu tych przypadkach zwolniony z uczelni za czyny lubieżne – miał donosić na księży. Kucia wiedziała też,  że Jan mieszkał razem ze swoim kochankiem – Józefem Klimczakiem. Jan Marchwicki obawiał się Jadwigi Kuci. Czy dlatego musiała zginąć? W trakcie śledztwa Jan Marchwicki wykazywał się bezczelnością, butą i tupetem. Oficjalnie mówił o łapówkach. Nie ukrywał też swych uczelnianych machlojek i powiązań. Szkalował dobre imię uczelni, jej pracowników naukowych, wykładowców, dziekanów, a nawet samego rektora. Drogo go to potem kosztowało. Lecz nie przyznawał się do nakłaniania braci do zamordowania Kuci. Obciążał go za to w śledztwie drugi z braci, Henryk Marchwicki. Opowiadał, jak  Jan namawiał jego i Zdzisława do tej zbrodni, jak pokazywał miejsca, którędy Kucia zawsze wracała do swego domu. Pomagać miał Janowi jego kochanek. Obserwowali Kucię i ustalili, gdzie w krzakach czyhać miał na nią Zdzisław Marchwicki. Gdy pod wieczór jechała z uczelni tramwajem, Henryk i Jan Marchwiccy, wraz z Józefem Klimczakiem jechali za nią taksówką. Henryk wysiadł z taksówki wcześniej, koło przystanku, Jan z Klimczakiem nieco dalej. Ona szła ścieżką, niewidoczna dla innych przechodniów. Zachodząc kobietę od tyłu, Zdzisław Marchwicki jednym uderzeniem pręta powalił ofiarę na ziemię.

Jednak Henryk Marchwicki zmienił swe zeznania, mówił też, że brat Zdzisław nie miał zamiaru zabić, tylko za silnie uderzył kobietę. Henryk Marchwicki miał być alkoholikiem, który podpisałby wszystko, byle tylko wyjść na wolność. Straszono go, że jak pójdzie siedzieć, to jego dzieci zostaną oddane do domu dziecka. W więzieniu znienawidził braci. Zaczął składać obciążające ich zeznania. Natomiast Zdzisław Marchwicki nie obciążał swego brata.

Henryk Marchwicki podpisał w końcu protokół, który zgadzał się z zebranym wcześniej materiałem dowodowym. Obciążał Marchwickich również kochanek Jana – Klimczak, zrobił to w zamian za przychylny dla niego wyrok. Był najsłabszym ogniwem w sprawie. W trakcie wizji lokalnej, gdy jechali milicyjnymi samochodami, Klimczak nie mógł sobie przypomnieć nawet drogi, którą miał ponoć znać na pamięć – jeżdżąc taksówką za Kucią. Nie była to jedna sprzeczność w zeznaniach Klimczaka.

W śledztwie Jan Marchwicki ciągle nie przyznawał się do winy, i z wyjątkiem oskarżeń Klimczaka, nic na niego nie miano.

 Rozdawał autografy

 Zdzisław Marchwicki, zmęczony dochodzeniem, przyznał się w końcu w śledztwie do zabójstwa Kuci i kradzieży jej rzeczy, torby z dokumentami, które oddał potem bratu Janowi. Przyznał się również do zabójstwa przy drodze polnej w Wojkowicach, w Sosnowcu-Zagórzu, na sosnowieckiej Pogoni i w Będzinie-Grodźcu. Mówił, że uderzał prętem. Zawsze kilka razy. Potem rabował i przeciągał ciała.

Nie wszyscy byli przekonani do winy Henryka Marchwickiego. Poważne wątpliwości mieli:  Zbigniew Gontarz – oficer śledczy, Stefan Tokarz – jeden z szefów grupy, Wiesław Tomaszek – ekspert kryminalistyki a także płk. Zygmunt Kalisz – od jego nazwiska grupę zwolenników niewinności Zbigniewa Marchwickiego zwano „kaliszanami”. Oficerowie ci nabrali wręcz pewności, i przekonania, że władza chce pogrążyć niewinnego człowieka i poświęcić całą jego rodzinę!

Leszek Polański, jeden z oskarżających Marchwickiego prokuratorów – z braku konkretnych dowodów – po pięciu latach dochodzenia, zrezygnował z dalszego udziału w śledztwie.

18 września 1974 roku ruszył proces. Trzeba było dużej sali, aby mogła pomieścić zainteresowanych. Na katowickim Wełnowcu wybrano salę Zakładów Cynkowych „Silesia”. Jednorazowo mogła pomieścić 800 osób. I tyle przychodziło na każdą rozprawę. Były nawet wejściówki na „wampira”. 166 tomów i 500 świadków! W 200-stronicowym akcie oskarżenia – dr Józef Gurgul z Prokuratury Generalnej i Zenon Kopański, zastępca prokuratora rejonowego w Katowicach – zarzucali 47-letniemu wówczas Zdzisławowi Marchwickiemu zabójstwo czternastu kobiet i usiłowanie zabójstwa sześciu dalszych. 45-letniego Jana Marchwickiego oskarżano o nakłanianie do zabójstwa Kuci. 44-letniego Henryka Marchwickiego oskarżono o pomoc w zabójstwie Kuci. 50-letnia Halina Flak usłyszała zarzut przyjmowania od brata, Zdzisława, kradzionych przedmiotów ofiar, wiedząc o ich pochodzeniu. Oskarżano również 22-letniego Zdzisława Flaka, syna Haliny Flak, który miał dowiedzieć się o zabójstwie Kuci i nie powiadomił o tym organów ścigania. 26-letni Józef Klimczyk usłyszał zarzut pomocnictwa w zabójstwie Kuci.

Przez cały czas prowadzonej przez sędziego Władysław Ochmana rozprawy, nikt z rodziny Marchwickich nie przyznawał się do zarzucanych im czynów. Zdzisław Marchwicki i Henryk zaprzeczali swym zeznaniom, zebranym podczas śledztwa. Biegli psychiatrzy i psycholodzy, przysłuchujący się rozprawie, wydali negatywną opinię o Zbigniewie Marchwickim, charakteryzując go jako osobnika o nieprawidłowych cechach osobowości typu psychopatycznego. Stwierdzili, że posiada sadystyczne zboczenie popędu seksualnego. Stwierdzili jednak, że istnienie zboczenia seksualnego, które niewątpliwie występuje u Zbigniewa Marchwickiego, jednak nie ogranicza jego poczytalności.

26 kwietnia 1977 roku powieszono Zdzisława Marchwickiego

Główne oskarżenie padło ze strony Klimczaka. Od razu przyznał się do uczestnictwa w zabójstwie Jadwigi Kuci, informując sąd, że – pod namową Jana Marchwickiego – popełnił je Zdzisław Marchwicki. W ten sposób pogrążył praktycznie całą rodzinę Marchwickich. Rozgoryczeni Jan Marchwicki i Halina Flak często obrażali sąd i władze PRL.

Wobec braku bezpośrednich świadków zabójstw i innych dowodów, świadczących jednoznacznie, że Zdzisław Marchwicki jest „wampirem z Zagłębia”, jego obrońcy – Mieczysław Frelich i Bolesław Andrysiak – przypominali sądowi o Olszowym. Pytali, czy aby wraz z samobójczą śmiercią, Olszowy nie zabrała do grobu tajemnicy zagłębiowskiego wampira? Obrońcy Marchwickich nie mieli wątpliwości, że jest to rodzina zdemoralizowana. Ale – zdaniem obrońców – niczego Marchwickim w czasie procesu nie udowodniono. I równie dobrze mogli być niewinni.

– Czy należy rozumieć, że oskarżony przyznaje się do zabójstw kobiet? – na końcu rozprawy pytał Zdzisława Marchwickiego sędzia Ochman.

– No, Wysoki, Najwyższy Sądzie, przyznaję się do tego, co tu się dowiedziałem – Marchwicki nadal kluczył.

I znowu włączyli się biegli. Stwierdzili, że istnienie zboczenia seksualnego, które niewątpliwie występuje u Zbigniewa Marchwickiego, jednak nie ogranicza jego poczytalności.

– Czy oskarżony jest mordercą? – pytał sędzia Ochman.

– Z tego, co słyszałem, to wynika, no, to tak… – odparł Zdzisław Marchwicki.

Mowa końcowa prokuratora Gurgula trwała cztery dni. W trzecim dniu Zdzisław Marchwicki, niespodziewanie poderwał się z ławy i wykrzyknął, że przyznaje się do winy, i że jest wielkim mordercą, i nie wie, ile kobiet zabił, nie pamięta, nie liczył, narobił wiele krzywd, i ponosi wielką winę.

Tuż przed ogłoszeniem wyroku, Zdzisław Marchwicki był zdruzgotany. Nie wiedział, co się wokół niego dzieje, i co do niego mówią. Nie jadł przez kilka dni. Karmiono go nawet. W więzieniu, jak w transie, wszystkim tym, którzy go odwiedzali i o to prosili, rozdawał autografy: „wampira z Zagłębia”. Dziennikarzom również. Nawet Jerzy Gruba wziął od niego autograf i chwali się nim, że ma pamiątkę od wampira.

Na śmierć skazano również Jana Marchwickiego

28 lipca 1975 roku skazano Zdzisława Marchwickiego na śmierć przez powieszenie. Na śmierć skazano również jego brata – Jana Marchwickiego. Henryk Marchwicki otrzymał 25 lat więzienia, Józef Klimczyk 12 lat, a Halina Flak i jej syn Zdzisław po 4 lata pozbawienia wolności.

Przed rewizją w Sądzie Najwyższym – pod namową współwięźnia, Zygmunta Alany – Zdzisław Marchwicki napisał pamiętnik, dedykowany Alanowi. Władza obiecała współwięźniowi, że jeśli nakłoni Marchwickiego do napisania kilkunastostronicowego pamiętnika, to skrócą mu wyrok. Marchwicki nie tylko przyznał się w tym pamiętniku do zabójstw, ale wspominał o innych napadach na kobiety i zabójstwach, wcześniejszych – jeszcze zanim został „wampirem z Zagłębia”. Padały nazwy miejscowości oraz stwierdzenie, że po raz pierwszy zamordował w 1951 a ostatni w 1971 roku. Pisał również o czasach, gdy przebywał na robotach w III Rzeszy i miał tam stosunki ze zwierzętami. Tchnie z pamiętnika zoofilią, seksem i mordem. I znowu, dla jednych pamiętnik ten był kolejnym argumentem za winą Marchwickiego, dla innych jedynie potwierdzeniem, że jest on kompletnie zrezygnowanym, zaszczutym człowiekiem – gotowym zrobić, napisać wszystko, czego się od niego oczekuje. Zygmunt Alan mówił potem, że Marchwicki myślał, że jak będzie pisał, to zyska więcej czasu. A może go zwolnią, bo takie tam brednie popisał. W pamiętniku pojawiał się również milicyjny żargon, sugerujący, że ktoś mógł go Marchwickiemu podyktować. Trudno jednak przypuszczać, aby pamiętnik ten był całkowicie zmyślony. Pokazuje on nędzny żywot Marchwickiego. Sąd Najwyższy potraktował te zapiski jako dodatkowy dowód w sprawie i raz jeszcze przesłuchano „zdeprawowanego człowieka”. Nie sprawdzono jednak już danych zawartych w pamiętniku i 25 września 1976 roku Sąd Najwyższy podtrzymał wyroki wobec trzech braci Marchwickich i Józefa Klimczaka. Natomiast  Halinie Flak obniżył karę do 3 lat więzienia, a jej synowi – Zbigniewowi Flakowi do 2 lat i ośmiu miesięcy.

Tuż przed śmiercią Zdzisław Marchwicki był pogodzony z losem. Gdy go wieszano, zachowywał się spokojnie. Nie wiadomo, gdzie pochowano ciała obu braci, i czy w ogóle je pogrzebano.

Maska wampira

Odlano natomiast pośmiertną maskę Zdzisława Marchwickiego. Takich masek ponoć było  kilka. Do połowy lat 90. ubiegłego wieku jedna z nich „zdobiła” policyjną Izbę Pamięci w Komendzie Wojewódzkiej Policji w Katowicach. W głównej mierze Izba poświęcona była Marchwickiemu. Był to największy triumf w historii tutejszych organów ścigania. Jednak, gdy coraz głośniej zaczęto kwestionować wyrok i inaczej pisać o Marchwickim, Izba zniknęła z komendy, a z nią pośmiertna maską. Gdzie się obecnie znajduje? Tego nikt nie wie.

W latach 90. ubiegłego wieku, Maria Marchwicka broniła pamięci męża i pytała, czy teraz ona musi tak samo cierpieć, jak on kiedyś? Po publikacjach prasowych bała się, że jej dorosłe dzieci  wsadzą ją do więzienia za te bzdury, które o nim kiedyś mówiła. Oskarżały ją za całe zło, że dla miliona, którego nigdy nie dostała, oskarżyła ich ojca. I teraz to ciągnie się za nimi przez całe ich życie. Nigdy tego matce nie wybaczyły. Najstarszy z synów groził nawet, że ją zabije. – Jest do tego zdolny – przekonywała dziennikarzy.

Nie wiadomo, z jakich schodów spadł Henryk Marchwicki, i jak zmarł – gdy w 1997 roku Maciej Pieprzyca kończył kręcić dokument o rodzinie Marchwickich. Powiadano, że Henryk był w komendzie wojewódzkiej policji w sprawie brata. I tam się pośliznął. Nikt nie jest dziś w stanie w Komendzie Wojewódzkiej Policji w Katowicach potwierdzić tamtej wersji. Prokuratura, z braku dowodów przestępstwa, umorzyła wtedy śledztwo.

Gdy Henryk Marchwicki jeszcze żył, powiedział mi w 1993 roku: – Nie mogłem inaczej, oskarżałem Zdzicha, bo mi Gruba zagroził, że mnie zlikwiduje.

Roman Roessler

Fot 2 Nie wszyscy byli przekonani do winy Henryka Marchwickiego / fot archiwum Dziennika Zachodniego

Fot. 3 Na śmierć skazano również  Jana Marchwickiego/ fot archiwum Dziennika Zachodniego

Fot.4  Na każdą rozprawę przychodziło 800 widzów/ fot archiwum policji

Fot. 5  – Miałem Marchwickiego na widelcu – wspomina Józef Kogut/ fot Roman Roessler

3 komentarzy do Miałem wampira na widelcu

  1. – Ale Olszowy już nie żył, gdy Zdzisław Marchwicki mordował Kucię – przypomina Kogut.

    Bzdura! Kucianka została zamordowana 4 marca 1970 roku, a Olszowy podpalił się w nocy z 14 na 15 marca! 11-go wysłał anonim o treści to było już ostatnie morderstwo, więcej już nie będzie i nigdy mnie nie złapiecie”

  2. Znałem Zdzisława Marchwickiego.na ul.Okrzei w Dąbrowie Górniczej na której się urodziłem i wychowałem mieszkali jego rodzice.Zdzichu często do nich przyjeżdżał a nam dzieciom rozdawał cukierki lub lizaki.Zapamiętałem że zawsze bywał smutny i jakby przygaszony. Nie wierzę że zabijał kobiety. Niech spoczywa w spokoju obojętnie gdzie leży.to komuna go zabiła

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*