BANDYTA W MUNDURZE MILICJI

W czasach PRL do opinii publicznej nie przenikały żadne informacje o procesach czy choćby postępowaniach karnych przeciwko milicjantom. Władza ludowa dbała, aby żadne przecieki nie podważały szlachetnego oblicza Milicji Obywatelskiej.

Zatem władza bardziej była zainteresowana ukręcaniem łbów kompromitującym sprawom, aniżeli stawianiem sprawców – gliniarzy przed sądami powszechnymi, a już upowszechnianiem ich wybryków – w ogóle. Tym niemniej czasami otwierała zawór bezpieczeństwa, a czasami zwyczajnie coś przegapiała, zwłaszcza gdy znalazł się ktoś odważny, kto nie odpuścił (w tym przypadku lekarz) i sędzia, który właściwie poprowadził sprawę – tu  pani sędzia Janina Petrykowska.

Milicyjne przestępstwa sprowadzały się przeważnie do incydentów związanych z bronią służbową („wypaliła niechcący podczas czyszczenia”) i o wiele częstszych przypadków brutalnego traktowania zatrzymanych, zwykle w komisariatach, komendach, w radiowozach, rzadziej w otwartych miejscach publicznych.

Próby tuszowania takich zdarzeń, były na porządku dziennym, ale nie zawsze się udawały. Co innego, gdy w grę wchodziły jakieś odniesienia polityczne. W takich przypadkach władze chroniły sprawców – nie wahając się nie tylko przed mniej lub bardziej prymitywnym oszustwem, ale nawet przed oskarżeniem o zbrodnię niewinnych osób. Tak, jak choćby było w sprawie zabójstwa Grzegorza Przemyka.

 Wybili mu oko

 Opisywany tu przypadek trafił na wokandę tylko dzięki odwadze i konsekwencji dyżurnego lekarza stołecznego pogotowia ratunkowego. Niestety, nie odnalazłem dziś jego nazwiska, a wówczas publikowane nie było, bo po co porządnemu człowiekowi przysparzać dodatkowych kłopotów? I tak z pewnością trafił na czarną listę u dzielnicowego, w miejscowej (i nie tylko) komendzie, w drogówce, jeśli miał samochód lub motocykl, być może w biurze paszportowym, czy jak się to wtedy nazywało.

Wyjącą z bólu ofiarę przywiozło dwóch milicjantów. Mężczyzna miał twarz we krwi i oko na zewnątrz oczodołu. Co mu zresztą nie przeszkodziło w celnym rzucie krzesłem w milicjanta – ponoć sprawcy obrażeń. No cóż, ranny był typowym przedstawicielem niższego szczebla klasy robotniczej, takim co to i popije i grubym słowem przy paniach rzuci. Nie zagłuszyło to jednak lekarskiego sumienia ani poczucia sprawiedliwości.

A milicjanci zgodnym chórem opowiedzieli doktorowi, jak to zatrzymali szarpiącego się w jakiejś bójce nietrzeźwego delikwenta i grzecznie prowadzili go na komendę. On jednak wolał się im wyrwać i podczas ucieczki – wskutek potknięcia – upadł na chodnik, gdzie mógł się „uderzyć o jakąś wystającą płytę lub kamień”. Został jednak zgodnie z pierwotnym przeznaczeniem doprowadzony do komendy, skąd jednak – widząc krew na twarzy niefortunnego uciekiniera – milicjanci zabrali go na pogotowie, już radiowozem.

Lekarz od razu stwierdził, że potrzebna jest interwencja chirurga ocznego i to bez najmniejszej zwłoki. Milicjanci zaproponowali, że sami – radiowozem – przewiozą poszkodowanego na ostry dyżur okulistyczny, jednak lekarz nie zgodził się na to. Spytany, gdy stanął przed sądem jako świadek, zeznał:

– Obawiałem się, że jazda radiowozem (w domyśle: sam na sam z milicjantami – przyp. red.) może zaszkodzić także drugiemu oku. W ogóle może zaszkodzić rannemu.

Doktor nie mógł opuścić dyżuru, ale spowodował przewiezienie ofiary do szpitala karetką pogotowia, w asyście pielęgniarki. Niestety, oka nie udało się uratować. Wstawiono szklane.

 Oprawca pod sąd

 Dzielny lekarz złożył do prokuratury doniesienie o popełnieniu przestępstwa i wskazany przez ofiarę funkcjonariusz stanął przed sądem. Oczywiście, koledzy oskarżonego niczego nie widzieli i nic nie słyszeli.

– Wysoki Sądzie, nie wył, nie wołał, nie krzyczał, generalnie to nie słyszeliśmy, żeby się na cokolwiek uskarżał! – zeznawali milicjanci pełniący służbę na terenie  praskiej komendy, a także oficer dyżurny.

– A jak daleko (od miejsca, w którym poszkodowany czekał na zabranie do lekarza – przyp. red.) znajduje się dyżurka? – spytała sędzia oficera dyżurnego.

– Dwa, trzy metry. Chociaż…owszem, słyszałem, jak zatrzymany ubliżał koledze!

Niewątpliwie, dużego znaczenia nabrała opinia biegłej-okulistki, (to nazwisko się zachowało), dr Barbary Langner z warszawskiego Zakładu Medycyny Sądowej, która nie miała wątpliwości:

– W przypadku takiego obrażenia nie krzyczy się, ale wręcz wyje z bólu! Wykluczam możliwość wybicia sobie oka przez samego poszkodowanego. Gdyby upadł na kamień lub kant wystającej płyty chodnikowej, oko byłoby wbite w głąb czaszki, a w tym przypadku wypłynęło. Ludzkie oko jest bowiem tak skonstruowane, że silny cios pięścią bądź jakimś narzędziem w oczodół powoduje jego wypłynięcie.

Po wzięciu wszystkiego pod uwagę, zza stołu padło sakramentalne:

– Sąd nie dał wiary…

Nie dał wiary wyjaśnieniom oskarżonego i zeznaniom funkcjonariuszy z komendy MO, jako sprzecznym z zeznaniami lekarza i pielęgniarki pogotowia ratunkowego, którzy przecież nie mieli żadnego interesu w tym, żeby mówić nieprawdę.

Oskarżony został uznany winnym i skazanym na 4 lata bezwzględnego więzienia. Trudno jednak powiedzieć, czy odsiedział swoje. Rada Państwa – ówczesny zbiorowy prezydent PRL – chętnie stosowała prawo łaski wobec skazanych mundurowych i partyjnych.

 Zemsta ofiary

 Jak mi po latach opowiadała pani sędzia Janina Petrykowska, sprawa miała dalszy – najpierw pozasądowy, a następnie znów sądowy – ciąg. Mianowicie mocno trunkowa, jednooka w wyniku okaleczenia, ofiara nie weszła bynajmniej na drogę cnoty, choć bardzo ją do tego zachęcał sąd w uzasadnieniu wyroku, podkreślając niewątpliwy związek przyczynowy między pijaństwem a nieszczęściem.

Otóż znajdując się w stanie nietrzeźwości – który to stan stał się z czasem permanentnym – jednooki inwalida na widok każdego milicjanta wyjmował znienacka sztuczną gałkę oczną i położoną na dłoni podtykał pod nos osłupiałego funkcjonariusza.

Ciąg pozasądowy doprowadził w końcu inwalidę przed sąd, pod zarzutem ubliżania, a nawet czynnej napaści na milicjanta. I oczywiście w wiadomym stanie.

Sąd wydał wówczas zaskakujący wyrok. Uniewinnił mianowicie oskarżonego, a to ze względu na znikome społecznie niebezpieczeństwo czynu.

– Można zrozumieć – uzasadniał sędzia – że po tak wielkiej krzywdzie, jakiej doznał oskarżony z ręki funkcjonariusza MO, widok milicyjnego munduru wywoływał w nim uzasadnioną agresję.

Jak na owe czasy, było to szokujące uzasadnienie.

Piotr Ambroziewicz

 

 

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*